Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwilowi miastowi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwilowi miastowi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2026

2394. Upał.

Dzisiaj byłam lepiej przygotowana: sandały, lniane spodnie. W biurze prawie skończyłam papierologię. Wracając z Tesco natknęłam się na Benka, usiedliśmy przed Czarną przy kawie. 

Grzebacze psujący nam ogródek pojawili się później, za to Kochany napuścił na nich Katlin. 

Podróż autobusem w tym upale ... no no. Wysiadłam na wcześniejszym przystanku, żeby kupić coś na obiad, po czym doczłapałam do domu i spokojnie zbierałam się do przywitania gościa (o piątej ekipa remontowa nadal kręciła się po osiedlu!). Dostałam odpowiedź na moją skargę dotyczącą barbarzyńców remontowych, nawet nie przeczytałam jej jeszcze do końca.

Opiekunka do kotów przyleciała. Ogarnięta dziewczyna, albo takie sprawia wrażenie. Zjedliśmy obiad, pokazaliśmy wszystko, co się należy, wyszliśmy z kotami na spacer (przedstawiłam ją Anne; rozmówiłyśmy się z sąsiadką na temat ulubionych rodzajów jabłek) i pora była nam spadać do przyjaciół.

Nota bene, nowy sąsiad (nawet jeszcze nie dostał kluczy) już ściął się z Katlin. Uuuuu ...

O dziewiątej musieliśmy jechać; w mieście herbata, rozmowa z Jot o wymarzonym zawodzie, prysznic (Kochany nadal na parterze ogląda z gospodarzami mecz, Szwajcaria - Kolumbia), powoli zwijam się w kokon, za oknem na horyzoncie czerwona poświata, szum miasta.

piątek, 3 kwietnia 2026

2298-2299. Czasem słońce, czasem deszcz?

Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.

Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.

W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)

Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:

Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).

Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności. 

Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...

niedziela, 29 marca 2026

2293-2294. Ciepło?

To się tylko tak wydaje, mili państwo. W sobotę słonecznie, przeważnie. Zdjątko poniższe zdjęłam sobotnim porankiem, na nim jedyna (jak mniemam) Bella Vista, której cebula przetrwała atak szkodnika (jak teraz o tym myślę, sądzę, że to one mogły być źródłem zarazy, pobzyga zaatakowała je w pierwszej kolejności):


Po nietypowym śniadaniu (wsunęliśmy trochę wczorajszego gulaszu) pojechaliśmy do Drołdy, po prawdzie sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam w biurze włączonego grzejnika, bo mam świra, ale też zrobiliśmy zakupy w polskim sklepie, a potem poszliśmy na kawę do Czarnej. Kolejka spora, za to dobre miejsce, z widokiem na ulicę, gdzie obserwowałam taką koegzystencję:

Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, trzeba było dziewczynom wynagrodzić nieobecność, więc koteły zostały wzięte na krótki spacer. Obiad. Kochany zadzwonił do Stu, ja w tym czasie długo rozmawiałam z mamą, prawie półtorej godziny, trudno mi teraz powiedzieć o czym (Franiulce trochę przechodzi, na Dolnym Śląsku jest zimno, a skoro Kochany skończył swoją rozmowę wcześniej, wspomnieliśmy mamie, co tam u Stu).

Wieczorem zaś wyjazd do Pieseła, chwilowi miastowi oboje (tym razem, bo w ciągu tygodnia Kochany będzie jeździł raczej sam. Zapakowałam się po żołniersku: półwilgotny ręcznik, szlafrok, krem, szczoteczka, książka). Od razu po przyjeździe i przywitaniu się z zaspanym gospodarzem, wzięliśmy go na spacer za osiedle (cień z uszami to ja):

W trakcie spaceru testowałam moce aparatu w telefonie, jak widać. S25 bardzo ciekawie rozjaśnia nocne krajobrazy (moje oczy widziały coś zdecydowanie ciemniejszego, albo raczej widziały niewiele). Towarzyszył nam gwiazdozbiór Oriona (po lewej):

Sądziłam, że po powrocie ze spaceru obejrzymy dobry film na Netflixie, ale ten punkt nie za bardzo wyszedł. Po długim skrolowaniu wybrałam The Royal Tenenbaums (2001), bo Anderson, ale bardziej, bo Hackman, bo Huston. Niestety początek mnie nie ujął, przegrał ze zmęczeniem, wygodny materac był bardziej przekonujący. Jeszcze chwila z książką i w kimono.

Obudziliśmy się na dobre chwilę przed nastawionym budzikiem, 7:29. Gdyby nie zegarki analogowe, które się same nie synchronizują, może nawet nie zauważyłabym, że właśnie dzisiaj czas przestawiono na letni. Byliśmy obudzeni i stęsknieni za koteczkami; Pieseł dostał jeść, a my nawet nie napiliśmy się herbaty, żołnierski ekwipunek spakowany, ruszyliśmy na południe :) Na zewnątrz szarość, drobny deszcz. Drugą podpowiedzią zmiany czasu, już w naszym domu, byłby zegar w termostacie, który przestawił się na rok 2011. Co ja robiłam w roku 2011?

Potencjalna drama: Maniusia właśnie intensywnie pociera łapką oko, które bardzo się zaczerwieniło, łzawi. Jakby powiedziała babcia Mania: zaś coś. Dzień dobry.
___
edit 16:30 czy to coś znaczy, że w Dantem utknęłam na Czyśćcu? :D Przed chwilą zadałam sobie pytanie, czy chcę tekstu słuchać dalej i okazało się, że nie. Bardzo słuchanie rozwlekłam w czasie, czyli to nie jest lektura na ten moment. Może jeszcze do mnie przyjdzie. Albo nie.

Ach, jestem dzisiaj błyskotliwą panią domu gdyż obiad: podjechaliśmy do portu, zamówiłam dwie duże porcje ryby z frytkami. Było zbyt wietrznie, żeby jeść z widokiem na morze. Widok na morze:

Zabraliśmy pakunek na chatę, dołożyliśmy do tego dwie puszki pepsi i rewelacja. Kochany poszedł już na drzemkę przed kolejną podróżą; siedzę z maluchami, oczko Maniowe raz lepiej raz gorzej, za to Maniusia, gdy nie śpi, jest jak syrena strażacka, nieskończona litania kocich zawodzeń o bólu oczka, porzuceniu przez rodziców i trudach kociego życia. 
___
20:40 Kochany wyjechał już do Pieseła, właśnie go spaceruje; rozmawialiśmy, gdy był w drodze po tej samej trasie, którą wczoraj pokonywaliśmy razem; zobaczymy się dopiero jutro po południu. Myślę sobie jak bardzo nie lubię, gdy się rozstajemy. 

wtorek, 29 kwietnia 2025

1960. Odpływy i przypływy.

Ależ mgła mózgowa! Przez część dnia chodziłam jak śnięta, kawa w południe średnio pomogła. Pogoda jak marzenie, a na stópkach nowe trampy w których sunęłam po mieście opatulona kaszmirowym szałem (jedyna kurtka jaką wzięłam z domu, jest od kilku dni zdecydowanie za ciepła). W kawiarni rozpoznała mnie Emma; bardzo miłe spotkanie, dziewczyna właśnie kończy następny etap edukacji, a sądząc z sytuacji (spotkałyśmy się w gwarnym miejscu, Emma siedziała ze znajomą), spektrum daje jej żyć.

Po południu Kochany zabrał mnie z miasta. Pojechaliśmy do Trzeciego Miejsca. Po powrocie do Pieseła zjedliśmy steki (Pieseł został wystawiony za drzwi i szczekał), potem obejrzeliśmy Nyad (2023) z Bening i Foster. 

[Cieszę się, że jutro wracamy do siebie, bo zaczęłam się zamieniać w Jot z tym łażeniem i wycieraniem powierzchni płaskich. Poza tym wolałabym być matką psa mądrego ;)]

Po filmie całowaliśmy się w kuchni.

Ze spaceru wróciliśmy długo po zachodzie słońca.
Na niebie anorektyczny sierpik.
Jeszcze herbata, pakowanie, prysznic.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

1959. Niedotlenienie biurowe.

Ciepły, ładny dzień. Może nie dla wszystkich, wiadomo (na przystanku obserwowałam jak ptaszki wielkości różnych zbierały świeżo rozrzucone piórka od dorodnego grzywacza, któremu już się nie przydadzą), tym bardziej starałam się uwrażliwić na przyjemny fakt istnienia.

W pracy po kilku latach (ile to minęło? trzy?) ponownie spotkałam Teresę. Bardzo miła kobitka, cieszę się, że będziemy współpracowały.

Po południu zeszłam się z Kochanym w polskim sklepie, kupiliśmy coś prostego na obiad i heja do domu, żeby nie trzeba było wycierać kałuży ;) Zadzwoniłam do tatki, rozmawiałam z nim i z mamą dobre 45 minut (wszystko w porządku, gorąco, koty rozwalone na meblach). Aaaa, dalszy ciąg zmęczenia biurowego. Trochę się zdrzemnęłam, Kochany sam poszedł przespacerować psa i właśnie przed chwilą wrócił.

niedziela, 27 kwietnia 2025

1958. Spacerem.

Spałam głęboko; dopiero rano się okazało, że Kochany z powodu bólu, który chwycił go jeszcze wczoraj po obiedzie, zszedł na dół do salonu i leżakował pod kocem na tapczanie.

Na dziesiątą byliśmy umówieni z Aś; mój Mózgu cieszył się na naleśniki; podczas pośniadannej rozmowy uzmysłowiłam sobie, że Trzecie Miejsce jest w niedzielę zamknięte i spotykamy się w Coście w której byliśmy wczoraj. 

Po spotkaniu z przyjaciółką (wymiana ciekawostek zajęła nam ponad godzinę) pojechaliśmy w kierunku Carlingford, Aś swoim samochodem inną drogą, my przez góry (na pastwiskach pojawiły się młodziutkie owieczki, białe i czarne). Za chwilę zobaczyliśmy się z przyjaciółką ponownie, a nasza wizyta w sklepie skutkowała całkiem miłym zakupem: nabyłam różowe mitenki naokoło których nabożnie tuptałam przez ostatnie pół roku. Zostawiliśmy Aś w pracy i poszliśmy na spacer po miasteczku, zaszliśmy na cmentarz, na molo i przez zamek wróciliśmy do centrum, na obiad w herbaciarni.

Powrót do El Paso odbył się regularną trasą; reszta dnia bezwydarzeniowa, Kochany próbował drzemać, ja zerkam na któryś tam odcinek MM (sezon 23, jak mniemam). Jestem przesolona paczką popcornu (obiektywnie ohydztwo); włączyłam ogrzewanie, chcę iść pod prysznic trochę wcześniej, może poczytać, albo coś (za kilka dni znowu się przenosimy, trochę już tęsknię za domem).
___
edit 22:25 to prawda, że miałam iść wcześniej spać, ale prawda to nie wszystko ;) Wieczór był na tyle ciepły, że wyszliśmy na spacer z Piesełem. Przechadzka między domami układającymi się do snu: główna droga nadal porykuje w oddali, a po lewej w ciemności stoi bydło rogate — wiem, że tam jest, bo gdy przechodziliśmy tamtędy kilkadziesiąt minut wcześniej, rogacizna patrzyła na nas z pagórka ... może towarzystwo już się położyło i teraz tylko w letargu strzyże uszami.

sobota, 26 kwietnia 2025

1957. Sobota śpiocha.

Skończyłam czytać Little birds i zabrałam się za książkę kupioną w czwartek. W odbiorniku nadal ITV3: płaroty, marple oraz midsomery ;) zerkałam jednak nieregularnie. W ogóle sobota mnie zaskoczyła, albo sama siebie zaskoczyłam, bo miałam śpiocha przez większość dnia. Tak długo marudziliśmy z obiadem, że gdy skończyliśmy było już dobrze po czwartej, za późno na kawę w Trzecim Miejscu, które zamykało się za godzinę (bogowie wiedzą przecież, że nie lubimy się spieszyć). Kochany wziął więc misia w teczkę na wycieczkę: pojechaliśmy do Costy pod kinem, potem przeszliśmy się leniwym spacerkiem do kina, żeby zobaczyć, co dają (nic pilnego). Było miło, nawet słonecznie, więc przemieściliśmy się do Blackrock:


Spacer orzeźwiający, obserwacje ciekawe (gdy tak sobie szliśmy, przed nami sfoszyła się polska para, z małym dzieckiem i psem; ona poszła na plażę, on z psem wrócił, skądkolwiek przyszedł).

Wieczór w domu, zerkałam na Downton Abbey: A New Era (2022), w sam raz na tyle, żeby odkryć, że to nie dla mnie (wtórne i bez wciągających wątków). Przez internet zamówiłam dla siebie małą pizzę u Tony'ego, Fred był tak dobry i pojechał ją odebrać; czyli opchałam się na wieczór po kokardy, zapiłam to zieloną herbatą liściastą i leżę teraz w sypialni na piętrze bardzo zadowolona. 

Kochany uchylił okno, miasto jeszcze mruczy.

piątek, 25 kwietnia 2025

1956. Śpioch.

Cały dzień deszczowy. Po pracy pojechaliśmy z Kochanym na moment na wieś, na tyle, aby wziąć jakieś przydasie, ubrania i nakarmić ptaszyska (to Fred). Na obiad odgrzany bigos, na deser krótki wyjazd do centrum miasta i chwila nad filiżankami kawy. Mamy jutro pojutrze w planie spotkanie z Aś, poza tym zamierzam się porządnie wyspać, bo dzisiaj trochę jak zombie, za pierwszym razem wstałam tylko po oto, żeby nastawić budzik na za pół godziny, które odczułam jak pięć minut. 

Pod wieczór zerkamy na kryminałki w ITV3 (osiemnasty sezon Midsomer trudno zaliczyć do nowości). Kochany idzie na spacer z Piesełem. Jak zwykle rozmawiamy i zdumiewają nas różne rzeczy.

czwartek, 24 kwietnia 2025

1954-1955. Z pamiętniczka kobity chodzącej legularnie do pracy.

Środa
Kochany miał wolne, więc było mi bardzo wygodnie: pobudka po piątej, spokojne dochodzenie do siebie, potem kawa dla Kochanego, przed ósmą wyjazd z miasta A do miasta B. Mąż zostawił mnie pod pracą i pojechał w siną dal, najpewniej najpierw do kawiarni, potem na wieś, zrobić pranie i spakować parę przydasiów. Jak się później okazało, Kochany pojechał jeszcze do Swords. A skund wiem? A stund, że po powrocie do El Paso został mi wręczony prezent od zajączka: trampy Conversa, model All Star Hi, w kolorze dark green.

Przed powrotem do domu zajechaliśmy na zakupy spożywcze. Wątpię, żeby to miało decydujące znaczenie, ale Pieseł niestety zostawił w kuchni mokrą pamiątkę. Ech, potem robił niby takie mądre miny, gdy mu Kochany tłumaczył: Bo wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a jak nie ma ojca to nawet ważniejszy.

Zjedliśmy dobry obiad i zapadliśmy się w relaks. Nie za bardzo miałam ochotę oglądać tv, ot, góra-dół, herbata, zerkanie w sieć, rozmowa.

Czwartek
Spałam aż do budzika bez dłuższych pobudek, czyli nietypowo. Kochany podwiózł mnie w obydwie strony, tzn. po południu zwinął żonę nieomal z ulicy i jedziemy sobie do El Paso na napitki i przegryzki (zjadłam zupę w 3rd Place, trochę byłam głodna). Potem spacer do księgarni. Tym razem to ja kupiłam Kochanemu prezent: tomik z tekstami Leonarda Cohena, sobie zaś Wired Our Own Way, książkę o autyzmie. Po czwartej w domu; Pieseł dostaje w prezencie nową obrożę; trochę genealogii (testuję nowy dings w MyHeritage o nazwie Cousin Finder, i odkrywam, że Ryszard Jabłoński jest kuzynem piąta-woda-po-kisielu tatki).

Rozmawiałam z mamą; Kochany zrobił obiad; wieczorem obejrzeliśmy do połowy Mary, Queen of Scots (2018) z Saoirsą (może wrócimy do niego jutro, choć filmowi brakuje rozmachu); Pieseł dostał jeść i właśnie poleciał z wujem na spacer za osiedle ...

Wczesne wstawanie mnie zużywa. W ciągu dnia nie robię nic takiego, ale około dziewiątej jestem już padnięta. Czyli czytanie opowieści erotycznych kuleje, tym bardziej, że do tej pory tylko jedna nowelka była jako tako ciekawa (a tu zaraz wirtualna biblioteka będzie mnie ponaglała — może wcisnę dzisiaj z dwie historie, oby nie były za bardzo podniecające ;)). 

wtorek, 22 kwietnia 2025

1953. Powrót do aktywności.

Pobudka o piątej. Jeszcze przez chwilę mijaliśmy się z Kochanym, który zaraz wyjeżdżał do pracy. Herbata, śniadanie (moje i Pieseła), wyjście na przystanek. Podróż szybka, poranek słoneczny, praca niewyczerpująca, pełna długich dyskusji o sprawach pobocznych (angielski mój został pochwalon). 

Skończyłam wcześniej i poszłam z buta w kierunku Fredowej pracy, niebo zaczęło się po drodze nieco chmurzyć, ale wstrzymało się do momentu aż zamówiłam herbatę, wypiłam herbatę, przyszedł Kochany i wsiedliśmy oboje do samochodu.

Pieseł bardzo grzeczny, nie nabrudził, próbował wprawdzie wymusić coś w trakcie obiadu, ale zgasiliśmy jego zapał nie zwracając na niego uwagi. Dłuższa rozmowa z mamą. Deszcz się nasilił, więc nie tylko nici ze spaceru psowego, ale też spadek energii. Może tak lepiej. Ósma, a ja już pod kołderką; zamiast filmu książka erotyczna.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

1952. Lany poniedziałek.

Gdyż padało tu i tam. Myślałam wyjść z domu na miasto, ale mamy w sumie spory kawałek do interesujących miejsc oraz żadnej pewności, że deszcz nie pojawi się ponownie w kwadrans. Przejaśniło się dopiero dobrze po trzeciej, gdy blisko już było Fredowego powrotu. Pewnie z tego wynikła chętka obiadu w suszarni. Kochany zaskoczył mnie przyjeżdżając przed piątą, wziął prysznic, przebrał się i mogliśmy wyjechać na miasto.



Suszarnia, spacer z psem wcześniej niż grafik przewiduje (i tak pod koniec złapał nas deszcz); włączam zmywarkę, siedzimy w salonie z Piesełem. Jutro wczesna pobudka i senne wędrówki ludów.

niedziela, 20 kwietnia 2025

1950-1951. Szał świętowania.

Sobota
Bardzo późno poszłam wczoraj spać, albo raczej dzisiaj, bo brałam prysznic już po północy. Wszystko przez to, że pośród wielu nieprzydatnych umiejętności AI natknęłam się na przynajmniej jedną przydatną: chatGPT fajnie wypełnia luki pomiędzy trudnymi do odcyfrowania bazgrołami, a to znaczy, że sprawniej tłumaczy rosyjski pisany ręcznie od zwykłego tłumacza Google. Oczywiście, nadal zmyśla, ale razem szybciej odcyfrowujemy dokumenty.

Poza tym dzień raczej o niczym. Kochany wyjechał do pracy, gdy spałam. Nie miałam planu przygotowywania się do wyjazdu przed jego powrotem (najpierw obiad, histeria później). Po czwartej długo stałam pod prysznicem, orzeźwiło mnie to. 

Zaczęłam czytać zbiór opowiadań z biblioteki, które od dobrych kilku dni mam na czytniku. Little Birds Anaïs Nin traktuję jako ciekawostkę.

Kochany wrócił, nawinęliśmy makaron na widelce. Z Ka&Jot byliśmy umówieni dopiero na dziewiątą. Tak też nam wyszło, kilka minut po dziewiątej przywitanie z przyjaciółmi, przywitanie z Piesełem, dzieciaki już w piżamkach, więc tylko im pomachałam. Krótkie przypomnienie, gdzie co jest, i zaraz sami poszliśmy spać w pokoju Damhnaica.

Niedziela
Przyjaciele wyjeżdżali o drugiej w nocy. Nie słyszałam, obudziłam się dopiero dwie godziny później, chyba zmęczona ciepłem. Kochany zaczynał pracę przed dziewiątą, dopiero wtedy wygrackałam się z łóżka. Zrobiłam sobie herbatę, zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (byli już pełni śniadania) i zaczęłam dzień (ze szlafroka wskoczyłam w nowiutkie kaszmirkowe spodnie i noszony już kilka dni T-shirt z Siekierą, oczywiście po inspekcji a la Big Lebowsky). Była krótka rozmowa internetowa z Celtem; próbowałam obejrzeć Netflixową ekranizację Rebeki (2020), ale znudziłam się chwilę po przybyciu nowej pani de Winter do Manderley; testowałam bigos, a po południu postanowiłam dać Netflixowie szansę jeszcze raz i na chybił trafił wybrałam do oglądania The Outrun (2024) z Saoirsą Ronan. Bardzo ciekawy.

Pieseł nie sprawiał kłopotu, głównie drzemał. Ożywił się po powrocie męża do domu. Zjedliśmy solidną porcję żurku, rozmawialiśmy telefonicznie ze świekrą (padło pytanie, kiedy nas zobaczy; zobaczymy), potem Fred wziął prysznic i jeszcze raz obejrzeliśmy The Outrun (nie planowałam oglądać ponownie, ale towarzyszenie pojawiło się naturalnie). Skończyliśmy niedawno; Pieseł ekspresowo zjadł drugą porcję karmy podekscytowany perspektywą wieczornego spaceru po osiedlu; przed chwilą oboje, mąż i Pieseł, zniknęli w ciemności za rogiem. 

niedziela, 25 sierpnia 2024

1713. U siebie.

Bury dzień. Kult doczytany do strony 328. Obejrzałam też Kraj (2021) Ślesickiego. Gdy ostatnio mieszkaliśmy z Piesełem, była w tym ekscytacja. Tym razem czekałam już na powrót do domu, „próbowanie” nowego krzesła obrotowego i takie tam. Kochany pojechał do Drołdy na dziewiątą, wrócił po południu. Wyskoczyliśmy na obiad do Atami, i dobrze, że kawiarnia była zamknięta, bo pewnie napchałabym się naleśnikami do rozpęku. Po powrocie do Pieseła drobne aktywności doprowadzające dom przyjaciół do stanu sprzed naszego nalotu, nakarmienie psa, przenoszenie bagażu do samochodu. Wyjechaliśmy po dziewiątej nie dokończywszy zerkania na jakiś późny odcinek Midsomer Murders na ITV 3. Na wsi ustawianie, układanie, refleksja ile trzeba posprzątać (w Kuchniosalonie piętrzą się najmniej trzy ostatnie prania). A fotelokrzesło super, moszczę się bardzo kontenta. I ogólnie, dobrze być w domu.

sobota, 24 sierpnia 2024

1712. Zaleganie.

Zapadłam się w marazm bezrobotny. Minęło ledwie kilka dni, a już ciąży mi brak stałego dochodu, na razie głównie umysłowo, ale to nawet ważniejszy ciężar. Kochany wybył do pracy o typowej porze. Śniadanie; tworzenie prezentacji na kolejne zajęcia; zupa, kaffka, lektura Kultu Orbitowskiego (sprawne czytadło z kopytkiem); po powrocie Kochanego robienie obiadu oraz gadu gadu.

piątek, 23 sierpnia 2024

1711. Piątek z mężem.

Słonecznie, raczej chłodno. Budzę się tak powoli, że mam czas w półśnie zrobić sobie test pt. jakim kwiatem jestem. Wyszło mi, że kanną (You stand up for what you believe in, even if it gets in the way of what other people think. You are proud of yourself and your accomplishments and you enjoy letting people know that, powiedzieli :D)

Śniadanie skromne (jakieś jajka z majonezem). Chleb się kończył, trzeba było wyściubić nosy na dwór, więc po śniadaniu kawa w 3rd Place. Od rana nie mieliśmy też planu gotowania obiadu. Po kawie i naleśnikach z syropem klonowym poturlaliśmy się wolno ulicą Clanbrassil, do księgarni i z powrotem, z sukcesem unikając większego deszczu. 

Zmyślnie nie kupiliśmy niczego ani w księgarni, ani w obuwniczym, ani w perfumerii. Zatrzymaliśmy się na obiad w Atami. Potem spacer do Tesco, małe sprawunki, i do domu, do łóżka, gdyż procesy trawienne dawały nam sygnał, że w przedszkolu czas na leżakowanie.

Śniłam o rodzinie królewskiej, nawet ciekawa fabuła (któryś syn króla nie był jego synem, ale nie pytajcie, nie pamiętam, gdzie i co), niestety z drzemki wybudziła mnie wizyta Pieseła na piętrze. Gdy w końcu zerknęłam na telefon, znalazłam tekst od zdołowanej Anne — przyszły wyniki biopsji Junony, koteczka ma raka. Przy okazji ostatniego zabiegu wycięto tkankę, ale rak wróci, miejmy nadzieję, że nie szybko, że nie zdąży za Junoną, kotką w wieku słusznym.

Dokończyliśmy oglądanie Irlandczyka (2019), ostatnie półtorej godziny. Końcówka robi wrażenie odpowiednie.

czwartek, 22 sierpnia 2024

1710. Odhaczone, carry on.

Pierwsze zajęcia w Jamie minęły spokojnie (zdecydowanie było mi to potrzebne; za sprawą dwóch uczennic mam déjà), no bother. Teraz tylko przeglądanie ofert, czytanie książek oraz picie dużej ilości płynów, żeby rozpuścić gila.

O drugiej złapałam autobus do El Paso i byłam na miejscu o całkiem przyzwoitej porze, kilka godzin przed Fredem. Czekając na niego obejrzałam pierwszy odcinek netflixowego Wiedźmina. Nie było to bardzo złe, ale fascynujące też raczej średnio i kontynuacja doświadczenia zapewne nie nastąpi; Sapkowskiego trzeba mi nabyć, choćby na czytnik.

Tak sobie czekając i czekając, moszcząc się przez kilka godzin na tapczanie przy oknie (Kochany utknął w korku, a potem zajechał do TK Maxxa, odebrał opłacony wczoraj fotel na kółkach i kupił mi wełniane, imaginujcie sobie, spodnie dresowe Majestic Filatures, zawiózł fotel na wieś i zabrał z domu makaron na obiad), tuż po siódmej skończyłam Lalę Dehnela (W.A.B., 2007). Bardzo ciekawa wędrówka treści od "zanussiego" do przypadków uniwersalnych. Po obiedzie, lekko rozmiękczeni (osobiście kicham, prycham) usiedliśmy z Kochanym do Irlandczyka (2019) Scorsese. Po dwóch godzinach seans został przerwany, reszta jutro, oboje musimy się zregenerować.

Pogoda się zasmarkała i Pieseł obywa się bez wieczornego spaceru. Dziwne, że niespecjalnie się do niego garnie (nadal jest jakiś nieswój, mniej je). Może pies-meteopata? Zmiana w ostatnich dniach to efekt resztek z huraganu Ernesto. Deszcz znowu bębni w rynnach.

środa, 21 sierpnia 2024

1708-1709. Hasta la vista.

Wtorek
Możliwe, że nowa grupa w nowym miejscu nie będzie bardzo okropna (na chwilę zajrzałam do Szefa, zagadać co-tam-jak-tam).

Po południu, gdy skończyłam pracę, Ka przekazał nam na parkingu klucz do domu (startujemy jutro, dzisiaj lekkie pakowanie). 

Obiad bajeczny (słodkie ziemniaki, kalafior, pieczarki, pomidory w śmietanie). Napęczniała od dóbr kulinarnych zadzwoniłam do mamy. Akurat dzisiaj rodzice musieli wymienić poniemieckie kable wokół głównego bezpiecznika, bo sytuacja była przedpożarowa (miałam napisać, że dom ma 80 lat, ale to przecież nieprawda, jest stulatkiem).
 
Bloomville, New York 13739, USA — w ramach genealogicznych niuchań znalazłam takie małe coś, jakiś kuzyn Freda, Stanley piąta woda po kisielu, zmarły w 1976, mieszkał w tej osadzie. Totalny folklor.

Środa
Powinienem wozić Cię w samochodzie zamiast choinki zapachowej, rzecze mi Fred po południu, gdy jedziemy z miasta do miasta. Wcześniej była praca, tort pożegnalny w Centrum, lunch w CG (już w mniejszej grupie, do nas trzech dołączyła Katrin-była asystentka), znowu praca. Za bardzo nie czuję bluesa (może jestem po prostu mało sentymentalną, wredną babą?). 

Kochany po drodze pokazał mi fotel na kółkach, który znalazł w TK Maxxie (i zaraz mi go kupił), po czym w deszczu ruszyliśmy w kierunku El Paso. I gdzie wylądowaliśmy? Oczywiście najpierw przy kawie w 3rd Place. Dopiero potem stacja benzynowa i dom. Na miejscu rozłożyłam się z całym majdanem i z lekkim niepokojem zerknęłam na revenue, bo wysłano mi papiery związane z trzema ostatnimi latami podatkowymi (chyba chcieli po prostu napisać, że wiedzą, że oddali mi kasę; w każdym razie mam nadzieję, że nie mają na myśli czegoś innego, bo to by było przykro). 

Wiatr zawiewa, jego dudnienie słychać tu na górze bardzo wyraźnie (siedzę z laptopem w pokoju Seamusa), w ogóle dom wydaje inne pomruki niż nasz własny, poza tym, za każdym razem, gdy ktoś odpala silnik samochodu, odnoszę wrażenie, że to złodzieje :D

Fred w tej ciemności poszedł na spacer z Piesełem i twierdzi, że ktoś go podmienił. Że niby grzeczny taki (Pieseł). Hm.

poniedziałek, 29 lipca 2024

1686. W domu.

I tak po dziesiątej rano nasz pobyt chwilowy w El Paso dobiegł końca. Byliśmy już po napitkach i spakowaniu się, gdy taksówka przywiozła Jot z chłopakami; powitanie, wymiana informacji (historia pobytu u teściowej potrzebuje jednak więcej czasu ;)) i prezentów, po czym wyruszyliśmy na drugie śniadanie do 3rd Place. 

Wróciliśmy do domu na wsi około południa (w głośnikach Queen).

Opieka nad Junoną może się skomplikować, koteczka od kilku dni ma problemy zdrowotne, trzeba czekać jak to się rozwinie. Anne zaproponowała nawet, że możemy u niej mieszkać. Nie widzę problemu, nie pierwszy chory kot w moim życiu. Można tylko dawać jeść, obserwować, pogłaskać, zawieźć do weta, jeśli będzie gorzej. Myślenie o tym odkładam na środę, wiele może się jeszcze zmienić. Przy okazji powitań sąsiedzkich dowiedzieliśmy się od Anny, że po osiedlu łaził ten sam komitet, co zwykle o tej porze roku, który znowu zrobił zdjęcie naszego ogrodu.

Po kilku chwilach wypakowywania, upychania, odkładania na miejsce wyszliśmy na spacer nad morze, początkowo bez planu, potem z wyraźną chęcią zjedzenia obiadu w porcie. Nie wyszło, ale nie była to wyprawa nieudana. Pogoda wspaniała, ciepło, wiatr nieco schładzał, tyle ile trzeba, w powietrzu już czuć nostalgiczny zapach sierpnia. Na spotkanie wyszło nam spore stado zaciekawionych byczków. Goarse przekwitł, za to pięknie kwitną osty i dzikie jeżyny; o ciągłym rozwoju króliczego królestwa, które obrosło zieleniną, świadczyła gęsta warstwa bobków przy wejściu na klify (kłólika nie widzieliśmy ani jednego, pewnie odpoczywały w swoich głębokich norach).





We wsi Kochany kupił steki i zrobił nam obiad (mój mózg z każdą godziną coraz bardziej zawodził, nawet schłodzenie go lodami ze sklepu za rogiem pomogło jeno umiarkowanie). O piątej, po obiedzie, nadal walczyłam z sennością, za to Fred przestał, po prostu wskoczył do łóżka. Jeszcze rozmawialiśmy chwilę z Ka, który zadzwonił po południu zapytać o wrażenia (biedak, z wakacji przeskoczył od razu do pracy). Coś tam klikałam, po czym odłączenie prądu, w połowie ubrana położyłam się na drzemkę. Pobudka o ósmej. Ale ekscesów żadnych już dziś nie będzie.

1685. Ostatnia niedziela.

Przed poranną herbatą robię sobie przygłupi test na łonecie "czy zgadniemy, jakie masz wykształcenie", mylę się tylko w temacie amperów, zgadywacz mi na to: Wynik tego quizu wskazuje, że najrozleglejszą wiedzę (lub wykształcenie kierunkowe) masz z zakresu nauk przyrodniczych. Jeśli chcesz uchodzić za erudytę, przyda ci się uzupełnienie wiedzy humanistycznej i z nauk ścisłych. :D Ale czy na to nie jest już za późno w moim wieku, łonecie?

Kochany pojechał do pracy na dziewiątą, wrócił po piątej W międzyczasie zrobiłam trochę papierów, omiotłam z lekka chałupę, umyłam włosy, rozmawiałam z rodzicami (wszystko ok, kotka zdrowieje i już dostała imię, Zosia). Po szóstej wyszliśmy na obiad do Atami, potem na deser do Nonna Nenne (do kawy przygrywał nam Renato Zero), zeszło nam do ósmej, bo jakże by inaczej. 

A miasto jakieś takie ... podniecone. Bo dzisiaj był finał GAA, 2024 All-Ireland Senior Football Championship. Na stadionie Croke Park (Dublin) Armagh pokonało Galway. Armagh to technicznie Północni, ale jakby nie było, bliski sąsiad. Fred mówił, że w jego pracy towarzystwo z tej okazji przerzedzone. Gdy wyszliśmy na obiad właśnie zaczynało się świętowanie, ludzie wychodzili z pubów (gdzie oglądali mecz), ryczeli do siebie po dwóch stronach ulicy i trąbili do przechodniów.

Zaraz po powrocie do domu spacer z Piesełem wg ustalonej rutyny: Pieseł dostaje jedzenie i podekscytowany natychmiast chce wyjść, więc Fred zakłada mu obrożę i pies z wujkiem wypadają na ulicę; zamykam drzwi wejściowe na drugi zamek i idę za nimi, widzę jak Kochany powiewając swoim super punkowym płaszczem znika mi za drugim zakrętem. Pogoda wspaniała, niezbyt ciepło, wiatr umiarkowany, wiedziałam, że towarzysze są gdzieś przede mną, ale zamiast gonić ich bez sensu szłam we własnym tempie. Dobrze jest móc chodzić, tak sobie pomyślałam. Kiedy byliśmy już razem (postój na kupę w tym samym miejscu, co zawsze), doszliśmy do zagrzybionego ronda, a potem myk przez osiedle cokolwiek luksusowe (to bardziejsze niż "nasze", z pięciosypialniowymi domami).

Na sen Wicked Little Letters (2023) z Olivią Colman. 

Jutro (czyli dzisiaj) trzeba się będzie jakoś zorganizować. Ale może najpierw do łóżka.

sobota, 27 lipca 2024

1684. Oczko.

Sobota nanoszenia poprawek, podrzucania Piesełowi smaczków i szwendania się po domu. Fred wrócił dopiero o szóstej, z nowymi skarpetkami dla małżonki (bo mi czyste wyszli); zjedliśmy, wysłuchałam kilku różnych wersji Now is the winter of our discontent made glorious summer (Olivier, Morrisey, Fiennes, Pacino, McKellen). O dziesiątej byliśmy już po spacerze z Piesełem (doszliśmy do zagrzybionego ronda, bardzo miły spacer, pogoda bezwietrzna, łagodna). Zmywarka szemrze; klikamy.