Wczoraj do późna siedziałam z mamą na pogaduchach i wskoczyłam do łóżka dzielonego z Wojtusiem w zasadzie po północy czasu lokalnego.
Rano pojechałam z awizo na pocztę, więc będę wiozła do domu dwie koszulki Siekiery oraz spory zestaw płyt cd.
Babcia kiedyś była aktywna w róży, ale ani nie wiem co to oznacza, ani nie znałam jej koleżanek. Przez ostatnie lata wycofywała się z życia, więc trudno się dziwić, że na pogrzeb przyszło tylko kilkoro sąsiadów. Msza pogrzebowa była standardowym, bezosobowym pitoleniem o niczym; mama niedyskretnie kręciła filmik, pewnie żeby się czymś zająć. Z gości nie spodziewaliśmy się nikogo poza jedynym żyjącym bratem babci (wpadł z synem, został na herbacie, bo to środek tygodnia i kuzyn mamy miał coś jeszcze do roboty). Dzień był szary, chłodny, a przed samym pogrzebem dodatkowo zaczęło mżyć. Wczoraj gdzieś na wschodzie Polski spadły jakieś pociski, jak można się było spodziewać, nie wywarło to na nas wrażenia. Zjedliśmy obiad we trójkę, dopadło mnie po nim niesamowite zmęczenie, mamę również, bo jeszcze przed ósmą położyła się spać.
Czytam o tym, że wolne mruganie to koci uśmiech; oglądam Columbo (2.03) i Poirota (1.03). God rest ye merry gentlemen wykorzystana została w reklamie specyfiku na trawienie (facepalm).