Fred wrócił z pracy jeszcze później niż zakładał w czarnym scenariuszu, czyli był skonany, przekazał mi jedynie, żeby nastawić pralkę na denim i zapadł w sen. Nie mogliśmy więc rozmawiać o tym, co bierzemy na wypadek chłodniejszej temperatury. Postanowiłam się tym nie martwić; Trudno, pożyczę coś od mamy, pomyślałam. Jakoś się ogarnęłam, wystawiłam kuchenną bazylię do ogrodu, żeby sama sobie radziła, zalałam kaktusy, odkurzyłam pork pie od Kena z Belfastu, i w drogę. Na przystanku przeczytałam artykuł na Onecie w którym wystąpili Norbert i Andrzej. Pojedyncze macchiato w Czarnej.
___
edit 15:50 zmokła jak kura czekam na autobus do lotniska wiozący już Kochanego w moim kierunku. Pogoda krajowa skiepściła się definitywnie około lunchu (z Moorlanda wracałam lekko nadmoknięta); sprawy pracownicze, dokończone i niedokończone, zostały w tyle; pomachałam wszystkim śpiewającym you’re breaking my heart, założyłam kapelusz i myk. Teraz mogę od czasu do czasu poprawiając okulary sprawdzać jaki to numer podjeżdża (HSE przysłało mi rano list, że chcą sfinansować mi okulistę, thank you very much, see you later).
___
edit 18:55
czwartek, 13 czerwca 2024
1640. Podróż.
czwartek, 12 stycznia 2023
1123. Sztormowo.
Jeszcze wczoraj zabrałam się za Autorytaryzm, lęk, konformizm (Collegium Civitas, 2008) Koralewicz, bo Rokeach trochę mnie znużył (tymczasem już mnie o niego nagabują mole biblioteczne). Fred wrócił po moim zagłębieniu się w sen, czułam jak przesuwał mnie na łóżku i zawijał mi odwłok w kordełkę. Dobranoc po północy i dobranoc nad ranem. W pracy aktywnie. Gdy jechałam autobusem do domu, sztorm był już oczywisty (współczuję drzewom i krzewom oraz fruwającej maliźnie), więc plan: obiad, herbata z cytryną, prysznic i lektura.
Genealogia z powodu mojego wkurwu na politykę MyHeritage na razie śpi, jeśli już się czymś od czasu do czasu zajmuję, to przepisywaniem nazwisk przodków bezpośrednich do e-kapownika (z zeszytu i drzewa online). Do dzisiaj Andrzej nie znalazł czasu na odcyfrowanie cyrylicy z paru aktów, które mu podesłałam kilka miesięcy temu. Już na nie nie czekam, choć trochę mnie ta sytuacja dziwi, bo sądziłam, że chłopaki potrzebują pieniędzy (tak Norbert pisał do Freda przed świętami). Jak siebie znam, ślęczałabym nad dokumentami zamiast zająć się sprawami do zrobienia na teraz, więc summa summarum może to i lepiej.
Za oknem śwista wściekle.
środa, 3 sierpnia 2022
960. Różne takie.
I właśnie jak pościele wyprane, pogoda postanawia się skichać. Byłam wprawdzie nad morzem po śniadaniu (zanim Fred wyjechał do Dublina), ale potem już tak różnie, cały czas trzeba łypać okiem na zewnątrz. Gdy wracałam, zatrzymały mnie Katlin i Anna Emerytka, poczatować o wizycie teściowej, a także zwrócić uwagę na problem. Anne nam nie powiedziała, że leci do Stanów na kilka tygodni, Fred mógł ją wczoraj zabrać na lotnisko, bo było wolne miejsce w samochodzie. A tak samochód Anne stoi w mieście na parkingu i nie ma go kto stamtąd zabrać, gdyż Majkel się jeszcze tego samego wtorku zabrał w siną dal (wczoraj przyszły do nich paczki i nadal stały pod drzwiami, stąd sąsiedzi wiedzieli, że nie wrócił z baśniowego rejsu). Zapodałam do Anne tekst "naobkoło", okazuje się, że jest cat sitterka zaklepana raz na dzień. Wstawiłam paczki do mieszkania, Junona próbowała mnie zaprowadzić do misek. Zapewniłam Anne, żeby następnym razem nie wywalała kasy na opiekunów, skoro sąsiedzi są w domu. Ech ... Majkel chyba trafił w drzwi, bo późnym wieczorem jest światło w oknach.
Prasowanie z kryminałem, dwa następne odcinki Midsmomer z 12 sezonu (z Olivią Colman i Rikiem Mayallem). Kochany wrócił z pracy i radośnie knuje jutrzejsze historie.
Udało mi się potwierdzić datę urodzin prababci Antoniny i odpisał mi Andrzej, który umie rozczytać ręcznie pisaną cyrylicę. To będzie przez chwilę ciekawe, dopóki znowu na czymś nie utknę :)
wtorek, 5 kwietnia 2022
839-840. Dół, góra, dół.
piątek, 1 kwietnia 2022
Postscriptum #835.
Dużo ludzi. Sporo rodziny. Zimno.
Przed mszą w Garnizonowym omijając różaniec poszliśmy się ogrzać herbatą w okrąglaku. Stypa przy Alei Królewskiej (w Sybilli) trwała ponad dwie godziny. Ludzie przyjechali z Dolnego Śląska, Krakowa, Łodzi, czekała na nich długa droga powrotna. Na cmentarzu zaskoczyli nas swoją obecnością Norbert i Andrzej (byli tam tylko ze względu na znajomość z nami). No i tyle, teść został pochowany w szary dzień w miejscu z widokiem na dymiący komin Azotów. Czwartek skończyliśmy tak jak został rozpoczęty, w pięć osób, rozmawiając o przeszłości, kotach, muzyce. A dzisiaj na miasto spadł śnieg ...
