Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norbert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norbert. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 czerwca 2024

1640. Podróż.

Fred wrócił z pracy jeszcze później niż zakładał w czarnym scenariuszu, czyli był skonany, przekazał mi jedynie, żeby nastawić pralkę na denim i zapadł w sen. Nie mogliśmy więc rozmawiać o tym, co bierzemy na wypadek chłodniejszej temperatury. Postanowiłam się tym nie martwić; Trudno, pożyczę coś od mamy, pomyślałam. Jakoś się ogarnęłam, wystawiłam kuchenną bazylię do ogrodu, żeby sama sobie radziła, zalałam kaktusy, odkurzyłam pork pie od Kena z Belfastu, i w drogę. Na przystanku przeczytałam artykuł na Onecie w którym wystąpili Norbert i Andrzej. Pojedyncze macchiato w Czarnej.
___
edit 15:50 zmokła jak kura czekam na autobus do lotniska wiozący już Kochanego w moim kierunku. Pogoda krajowa skiepściła się definitywnie około lunchu (z Moorlanda wracałam lekko nadmoknięta); sprawy pracownicze, dokończone i niedokończone, zostały w tyle; pomachałam wszystkim śpiewającym you’re breaking my heart, założyłam kapelusz i myk. Teraz mogę od czasu do czasu poprawiając okulary sprawdzać jaki to numer podjeżdża (HSE przysłało mi rano list, że chcą sfinansować mi okulistę, thank you very much, see you later).
___
edit 18:55 


Wsiadłam, spotkaliśmy się, dojechaliśmy. Oboje zabrzęczeliśmy na bramce. Na lotnisku był obiad drogi jak złoto (dobry) i sok jabłkowy w butelkach europejskich (wypiliśmy zawartość z łatwością, niezrażeni zakrętką przytwierdzoną na stałe; naturalne talenty), oraz miła pani, która użyczyła nam w tym gąszczu stolika. A teraz, proszę bardzo, czekamy. Samolot jest opóźniony.
___
edit 01:20 wylot opóźniony o pół godziny, za to niebo się przetarło, żadnego babrania opadem, droga do Polski na skrzydłach wichru. Startowaliśmy pod prąd, potem wiatr z zachodu pchał nas tak efektywnie, że lot trwał mniej niż dwie godziny. Przejście przez bramki we Wrocławiu niemrawe; gdy w końcu przeszliśmy granicę, nasze walizki już jeździły w kółko na taśmie, a rodzice machali nam z sali przylotów. Komitet powitalny w domu pod lasem był (Mruczysław & Malinka), zupa kapustkowa była. Bardzo jestem zmęczona tą eskapadą, rozanielać się będę jutro.

wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.

piątek, 1 kwietnia 2022

Postscriptum #835.

Dużo ludzi. Sporo rodziny. Zimno. 

Przed mszą w Garnizonowym omijając różaniec poszliśmy się ogrzać herbatą w okrąglaku. Stypa przy Alei Królewskiej (w Sybilli) trwała ponad dwie godziny. Ludzie przyjechali z Dolnego Śląska, Krakowa, Łodzi, czekała na nich długa droga powrotna. Na cmentarzu zaskoczyli nas swoją obecnością Norbert i Andrzej (byli tam tylko ze względu na znajomość z nami). No i tyle, teść został pochowany w szary dzień w miejscu z widokiem na dymiący komin Azotów. Czwartek skończyliśmy tak jak został rozpoczęty, w pięć osób, rozmawiając o przeszłości, kotach, muzyce. A dzisiaj na miasto spadł śnieg ... 

środa, 24 marca 2021

463. Drobny, popołudniowy deszcz.

W pracy robię równania kwadratowe i się tym cieszę, kto by pomyślał. Gdy skończyłam swoją zmianę, rozpadało się za oknem, tak jak to kot wieszczył od rana. Kotu warto wierzyć, nawet, gdy początek dnia jest bezchmurny i rozśpiewany (świt wstaje już naprawdę wcześnie).

Fred wrócił z pracy w nocy, później niż oczekiwał. To było najprawdopodobniej jego ostatnie zlecenie w marcu, ponieważ dzisiaj anulowano mu jutrzejsze, a nowych propozycji na razie brak. Do świąt będzie więc siedział w domu ze swoją ulubioną żoną. Tymczasem po obiedzie Kochany poszedł odpocząć, a ja obejrzałam przedostatni odcinek Poirota, The Labours of Hercules (2013).

Po odpoczynku i kawie razem obejrzeliśmy Allena, bo gdy nie bardzo wiemy, na co filomowo mamy ochotę, Allen jest bardzo poręczny. Złote czasy radia (1987) sprawiły mi dużą przyjemność, sentymentalne, inteligentne kino z naprawdę dobrą Mią Farrow. Poza tym od kilku dni chodzi za mną piosenka All the Madmen Bowiego, więc w ciągu dnia wysłuchałam jej kilkakrotnie, razem z całą płytą z 1970 roku.

'Cause I'd rather stay here / With all the madmen / Than perish with the sad men roaming free / And I'd rather play here / With all the madmen / For I'm quite content they're all as sane as me.

Jeszcze wczoraj wieczorem Norbert napisał do mnie krótko, że on i Andrzej złapali covida. Mieliśmy dzisiaj pogadać, ale wiem tyle, że oboje czują się źle i nie ma sensu tego drążyć.

czwartek, 14 maja 2020

149. Dzień, jak co dzień ...

ale pamiętajmy za poetką, że nic dwa razy. Pogodowo było trochę lepiej. Fred pojechał po chleb, gdy wrócił, przed obiadem poszliśmy na spacer. W drodze powrotnej mężu obfotografował czarnego kotka chowającego się w wysokiej trawie.


Wieczorem obejrzeliśmy Skazanego na bluesa (2005). Sam film taki sobie, scenariusz słaby, aktorzy dorośli robią, co mogą, kwestia uzależnienia tak spłaszczona i umajona pierdami, jak tylko się da — romantyzacja w wersji premium ze współuzależnieniem w tle. W połowie Fred porozmawiał telefonicznie z kuzynem z Miasteczka i przerwa krzywdy filmowi nie zrobiła.

Z rzeczy miłych: przypomniałam na blogu Galaktycznym o zbiórce Norberta, która utknęła jak nieszczęścia i nie wiem, kto wpłacił, ale zrobił to z komentarzem "Świechna mnie zmobilizowała, życzę zdrowia". Taka drobna przyjemność wieczorna, która niesamowicie mi ego podłechtała. Późną nocą słuchamy na żywo Mary Bridget Davies, która śpiewa na oficjalnym profilu JanisJoplin.

poniedziałek, 23 marca 2020

97. Muć się za nami grzecznymi.

Nie mam pewności, czy termin egzaminu zostanie utrzymany, ale bez zastanawiania się nad tym przerobiłam sporą część przepisów drogowych. Przed południem gadam z Luś przez kamerkę ponad godzinę, dowiaduję się, jak wygląda praca w e-szkole i jak się ma morale. Do sklepu jedziemy po obiedzie, Fred zastanawia się, czy są jakieś nowe obostrzenia związane z social distancing (Räumliche Distanzierung, kocham ten język). Są lub nie, do sklepu wchodzi tylko on. W Lidlu nie było naszego chleba. Był za to bukiet kwiatów. Bukiety też są potrzebne w tych ciężkich czasach.

Norbert otworzył zbiórkę na pompę insulinową dla siebie, trochę zagadałam co tam u niego. Dorzuciliśmy kilka groszy.

piątek, 21 lutego 2020

66. Nietypowy poranek i cała reszta.

Mąż jedzie do pracy z rana drugi raz pod rząd. Kot, zamiast rzucić się na karmę, po przyjściu z nocki je niespiesznie, połowę zostawia, po czym zasypia głębokim snem na złożonym laptopie Freda. Po śniadaniu (dwa jajka na miękko i czarna herbata z miodem) wróciłam do podgrzewanego łóżeczka i zaliczyłam seans serialowy. Nemesis, czyli odc. 3.4 Panny Marple (2009). Intryga niezwykle skomplikowana, Grant świetny. W międzyczasie rozmawiam z Norbertem. Zapomniałam wczoraj napisać, że małżonek przywiózł mi po pracy wełniane, czarne spodnie, z zakładkami jak u Diane Keaton (Polo Ralph Lauren).

Mała, puchata pierdoła, po drzemce na laptopie, mędzeniu nie wiadomo o co i spacerku w mżawce, śpi obok mnie na łóżku.
___
edit 21:10 Po południu Księgi Jakubowe Tokarczuk (WL, 2014). To wspaniała powieść na takie dni, jak teraz. "Czytaliśmy" z Rysiem przy otwartym oknie. Na weekend jest zapowiedź kolejnego silnego wiatru znad Atlantyku. Skończyłam Księgę Mgły.