Pomimo tego, że Fred ponownie wrócił z pracy po północy, chciało mu się dzisiaj jechać ze mną do Castle Espie, ptasiej przystani nad Strangford Lough (pracował tam kilka dni temu), żeby gapić się na kaczki, gęsi i wodę. Pobudka po siódmej, wyjazd po dziesiątej, po drodze wzięliśmy na wycieczkę Aś. Zeszło nam trzy godziny wolnego spaceru, do każdej wejściówki dodano nam po torebce ziaren dla ptaków, więc była zabawa. Najodważniejsze były bernikle rdzawoszyje oraz gadatliwe śnieżyce małe, obydwa gatunki z niewielkimi dziobami, którymi smyrały delikatnie po dłoni.
Trzy godziny na tak małym obszarze, ptasi raj, festiwal kolorów. Mogłabym sobie te różne kaczuchy wytatuować. Potem obiad w poleconym miejscu, The Poacher's Pocket w Lisbane, i Fred rozpływający się nad stekiem. Dobry, dobry dzień, deszcz kropił sporadycznie, ani na chwilę nie założyłam kurtki, która miałaby się nijak do jaskrawo czerwonych spodni i wściekle zielonej koszuli. Jutro Kochany ma zmianę dzienną, martwię się, że się przepracowuje.



Muszę się przejść któregoś dnia u siebie nad jezioro i sprawdzić, czy nadal stoją automaty z ziarnem dla ptaków.
OdpowiedzUsuńTo byłaby fajna sprawa, takie miejsce :) My rozgądamy się za robakami dla ptaków na jesienno-zimowy czas.
Usuńo jakie ladne...
OdpowiedzUsuńTak, dodatkowo część ptaków w tym miejscu to gatunki zagrożone. Bernikla ze zdjęcia uważana jest za gatunek narażony (jej populacja stale spada), a w Polsce jest pod ścisłą ochroną.
Usuń