Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewelka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewelka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 maja 2025

1987. Poniedziałek zygzakiem.

W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki. 

Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).

Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.

Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.

Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.

wtorek, 31 sierpnia 2021

623. I deszcz.

Rzęsiste opady deszczu obudziły mnie w nocy, do wyjazdu z Miasteczka już nie było lepiej. Po śniadaniu (zdarzyła mi się krótka pogadanka o walorach regionu z niejakim Bartkiem) Fred sam pojechał do domu kultury na umówione spotkanie. Jego nieobecność trwała krótko, mąż pchnął swoje sprawy we właściwym kierunku, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z Pałacu Książęcego pojechaliśmy jeszcze pożegnać się do cioci. Trochę nam zeszło nad herbatą i pysznymi resztkami szarlotki.

Po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną ... zakosami. Postanowiliśmy jeszcze raz podjechać do wieży rycerskiej w Siedlęcinie. To była bardzo dobra decyzja, rozmawialiśmy z miłym panem (Jakubem Przędzielewskim, zawodowym rekonstruktorem średniowiecznych napierdalanek) u którego kupiliśmy monografię o tym miejscu pod redakcją Przymysława Nocunia. 

Po Siedlęcinie drugim przystankiem był Bolesławiec. Zjedliśmy obiad w Season Bistro ze znajomą Freda zapoznaną w Irlandii. Menu badzo intrygujące, sandacz na główne, strudel jabłkowy na deser. Potem już naprawdę do domu, pod Wro złapało nas oberwanie chmury, ale i tak chwilę po siódmej wieczorem byliśmy na miejsu. Pranie jutro rano, na razie po prostu odpoczywamy.