W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki.
Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).
Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.
Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.
Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.




