Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2026

2456. Zachłanność.

Ależ z rana uderzyła mnie tęsknota za lipcem, zdjęcia przeglądałam.

Robienie jajek w koszulkach nagle okazało się dziecinnie proste (wcześniej było coś o konieczności wlewania octu, robieniu wiru, bzdury na resorach).

W przerwie w pracy miałam napad zachłanności: ściągnęłam ok. dwadzieścia ! ebooków różnych, do rozpuku, niepomna tego, że poprzednie ataki skutkowały zapasem, który częściowo nadal śpi nietknięty w czytniku. Ach, ale to jak z lekarstwami (jak ktoś twierdził na YT), dobrze jest mieć odtrutkę na wszystko. Są książki polecane dziesięć lat temu przez Eileen (Banks, wczesny Barrett), tłumaczenie Rudzkiej na angielski, bo tak, potencjalni nobliści (Matas,Rivera-Garza), Fosse, którego nie ma jeszcze po polsku, Grynberg Mikołaj gdyż, Jansson, Woolf, Plath, Ditlevsen, Linn Ullman. No dobra – Say Nothing polecona przez Inny Głos. Kiedy powiedziałam stop była jedenasta, światło późnego poranka zajaśniało przez górny świetlik.

Gdzieś o tej porze sprawdzam na kamerze, co tam w domu. W domu nic, koty podekscytowane w oknie, tylko dupki kręcące się na parapecie widać, więc zadzwoniłam do Kochanego, czy zmierza na chatę, bo w pierwszej chwili sądziłam, że to grzebacze wrócili i okrążają nam posiadłość. Ale nie, Kochany właśnie wchodził do Kuchniosalonu. Umówiliśmy się na rocznicowy obiad.

(czekając na męża, już po tym jak przemieliłam sporą ilość papieru z poprzednich semestrów, o trzeciej, znalazłam w ebookach dwa pierwsze tomy Trylogii husyckiej, trzeci okazał się być po niemiecku, więc na razie nie, oraz dużo książek Annie Ernaux, wybrałam przypadkowo pięć po angielsku, moje!).

Ale ... hyc, hyc, w drobnym deszczu, na chwilę do Tesco, potem okrężną trasą prowincjonalną do dobrej dziury pod nazwą The Valley Inn, na obiad rocznicowy:


Znowu siedzieliśmy pod grafiką Cawstona z lisem czytającym gazetę :) I tak to ... czy to możliwe, że mija siedem lat? W domu prezent w postaci Broni chętnie zjadającej po siostrze, czyli poprawia się i dobrze, bo smutny kot, smutny dom. Prysznic, dzielimy się się kinderkami, słucham mądrych wypowiedzi Ann Russell na różne tematy, zaraz wracam do opowiadań Huellego. Dobranoc państwu :)

wtorek, 11 sierpnia 2026

2429. Dziewięć!

praca sraca
jak ustaliliśmy z małżonkiem, robimy to tylko dla pieniędzy :E

mamy rocznicę
Kochany mi przypomniał, zadzwonił w przerwie (popijał kawę na zewnątrz Costy
ja w biurze, popijałam kawę po wizycie w Simonie)

do ósmej godzinny spacer z koteczkami
na niebie mnóstwo małych chmur, wiatr, w samym krótkim rękawku byłoby mi zimno, więc ścigam się z Bronką w skórze, znowu przegrywam (gdybym mieszkała w mieście, najbardziej brakowałoby mi zielonej przestrzeni na której mogłabym biec za kotem)

a potem herbata, ciastko z Termon i sypialniane ploty z Luśkiem,
godzina minut trzydzieści pięć ;)

sobota, 13 czerwca 2026

2370. Lodówka, lato, rozmowy o śmierci.

Sobotę zaczęliśmy dynamicznie: między dziesiątą a dwunastą zapowiedzieli się lodówkowi dostawcy, trzeba było rano wypatroszyć starego Zanussiego i wystawić go przed dom, włożyć szybko psujące się produkty do przenośnej paralodówki i zagadać do Anne czy jeszcze śpi, bo w jej zamrażarce przebywały nasze wkłady chłodzące. Kochany w międzyczasie wyjechał do pracy; pokicałam do sąsiadki po rzeczone wkłady, przy okazji pogłaskałam jej koteczkę, która właśnie piła wodę z kranu; rozmawiałyśmy z Anne tylko chwilę; poranek rześki, w sam raz na spacer nad morze, ale że utknęłam w Kuchniosalonie z produktami wyciągniętymi z lodówki, które idealnie nadawały się na zabawki dla Broni, wydarzenie zostało odwołane ;)

Fish był wczoraj live on Friday. Ładny dom, ładna wyspa, inne życie.

Panowie przyjechali przed jedenastą, szybko i sprawnie załadowali stare, wtoczyli do Kuchniosalonu nowe (młodziak dostał ataku kichania gdy tylko wszedł do naszego ogródka). Trochę mi zeszło na odpakowywaniu i postawieniu sprzętu tam, gdzie jego miejsce. Wykorzystałam nabytek, jako pretekst dla telefonu do mamy, która była dzisiaj rozmowniejsza, opowiedziała mi o śmierci Maksiutkowej i innych przemyśleniach. Temat ciężki, ale adekwatny, takie rzeczy trzeba wygadać. Wysłałam jej kilka zdjęć Maksia z ostatnich pięciu lat. Cieszę się, że mama nie odrzuca pomysłu adoptowania innej jakiejś pokraki potrzebującej domu, choćby i miała być ze Szczecina. Rozgląda się. Rozglądanie się jest rzeczą dobrą.

Wybrałam się na chwilę do rzeźnika rodzinnego, kolejna okazja dojścia do plaży przegapiona, był tylko spacer wsiowy z okazji którego specjalnie nadłożyłam drogi dwa razy przez osiedle :) W osiedlu mijałam dom Polaków i niestety muszę stwierdzić, że ci akurat potwierdzają stereotypy (pan w ogrodzie na tyłach głośno bełkotał coś do siebie okraszając niezrozumiałe zdania kurwami, wczesne popołudnie, dziwny moment na głęboką intoksykację).

Po powrocie Kochanego z pracy obiad, spacer z kotami połączony z sąsiedzką pogawędką, po czym na wieczór znowu poszliśmy na spacer, tym razem tylko we dwoje, zobaczyć nasze morze. W drodze zauważyłam Caroline siedzącą przed domem, robiąca na drutach, Kochany ją zignorował, ale wracając zaproponował ścieżkę alternatywną. W wodzie dużo glonów, fale płaskie, horyzont przejrzysty, kutrów brak, tylko jedna większa jednostka bujała się na tle naleśnika Howth. Niewiele osób; inaczej we wsi, sobota, więc tłum buczał u Przemytników, i po drugiej stronie pub też szumiał gawiedzią. To samo z Szarkeyem, wieś wszerz i wzdłuż oblazła samochodami zaparkowanymi przy drodze. Doszliśmy do domu o dziewiątej, a tu nadal jasno. Lubię kręcenie się to tu to tam, mam szczęście, że wybrałam Kochanego, który lubi kręcić się ze mną.

wtorek, 26 maja 2026

2352. 9 lat.

Drugi upalny dzień. Byłam w pracy sama na włościach, z klientami oczywiście, więc gdy odkryłam, że nie mamy połączenia z Internetem, stresu było więcej niż gdybym była sama. Internet wrócił, wysiadł telefon stacjonarny. Poza tym typowe sprawy, emilki, zapytania i takie tam. Miałam na sobie lniane spodnie, więc byłam w łaskawym nastroju (Dżejmi z ubrań zimowych zmienił tylko czapkę, na prawie wiosenną; niewola zbroi jest straszna). Pod koniec dnia pracowniczego zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia z okazji DM. Też była w pracy, za biurkiem, ładnie umalowana, profesjonalna. 

Kochany porwał mnie do domu (chustę mam przywiązaną do szlufki u szerokich spodni, powiewam, łopoczę), zrobił obiad, wyszliśmy z koteczkami do ogródka (pierwszy raz w tym roku założyłam szorty, nogi jeszcze zimowe, szorty letnie, ale nic to, ciepło słoneczne na odkrytej skórze ważniejsze jest od autoprezentacji).

Wieczorem relaks przy laptopie, pralinkach, The Great British Bake Off z Januszem (13.8). Rozchełstana z gorąca kończę czytać Mykwę Rudzkiej (W.A.B., 2023), książkę bardzo dziwną.

niedziela, 7 września 2025

2091. Wiatr ...

... i deszcz konkretnie odbierają mi rano ochotę na spacer. Może niesłusznie, może powinnam brnąć, korzystać, ale cóż. Rozmawiam z mamą (rodzice pokazują mi dwa z trzech kocich nabytków, Bronka i chyba Józię), rozmawiam z Kochanym, gdy w przerwie w pracy przemieszcza się gdzieś z szelmowskim uśmiechem, robię kiepski nie-gulasz, zapominam też, że jesteśmy umówieni z Ka&Jot (Kochany mi przypomina, gdy stoimy w ogródku i patrzymy na myszy tarzające się w mokrej trawie — bo nareszcie pogoda zmieniła się około szóstej, wyszło słońce, wiatr zelżał; miałam myć wieczorem głowę, nie zdążę, trudno). Cieszy mnie ta nagła przypominajka. Zaraz ubiorę to samo, co wczoraj, i lecimy na północ :)
___
edit 6:20 (dnia następnego) U Ka&Jot było całkiem przyjemnie, tzn. przynajmniej dla nas, nie wiem czy aż tak bardzo dla Ka, ponieważ Jot w nawiązaniu do naszej rocznicy, dość długo ciągnęła temat braku ich własnej rocznicy. We trójkę (Jot poszła wcześniej spać) obejrzeliśmy film przywieziony przez nas na dvd, Zupełnie Nowy Testament (2015) Jaco Van Dormaela.

Zaćmienie księżyca, jeśli było u nas widoczne, zostało najpewniej przykryte chmurami. Najpewniej, bo zupełnie o nim zapomniałam. Dopiero, gdy wracaliśmy i łysa głowa Księżyca w pełni wychynęła zza chmurnej firanki, coś mi zaczęło świtać.

niedziela, 10 sierpnia 2025

2063. Relaks z przerwą na frustrację kartoflaną.

O dziesiątej byłam już po śniadaniu, a grubasinki zmęczone harcami zapadły w głębokie kocie spanie. Ojadłam się śledzia, trochę pisałam po angielsku, co sprawiło mi dużo frajdy; postanowiłam wyoctować najbardziej śmierdzącą sikami książkę (kryminał Krajewskiego, przebywający na stałej emigracji w szopce, ze względu na zjadliwe wapory). Poza tym dzień cichy, relaksacyjny. Chwilę rozmawiałam z mamą. Kochany wrócił jak zwykle po piątej, zjedliśmy obiad (niedogotowujące się kartofle wkurwiły mnie na jakieś pięć minut) i dość szybko poszliśmy z myszami do ogródka. Aura wietrzna, przykryta chmurami, które spadły na Kochanego wyjeżdżającego do Pieseła. Myszy ktoś chce zobaczyć? Proszę bardzo, myszy wieczorne, zdegustowane, że Kotatko wyjechał:


Z mokrą głową ślęczałam jeszcze przy laptopie, nowy mietczynski poszedł na pierwsze. Miałam zamiar obejrzeć jakiś film, ale wpadłam w króliczą norę kanału Shakespeare Network i już nie skupię się na niczym sensownym.

Dzisiaj mija 8 lat, jak po raz pierwszy postawiłam stopę na Wyspie.
Kocham Cię, Srogi Fredzie.

poniedziałek, 26 maja 2025

1987. Poniedziałek zygzakiem.

W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki. 

Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).

Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.

Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.

Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.

niedziela, 9 marca 2025

1909. Bardzo ładny dzień.

Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, chyba tak to szło. Zrobiłam Kochanemu kanapki do pracy; w tym czasie małżonek mógł zauważyć, że naprawdę mamy we wsi koguta, pięknie pieje o poranku; zanim Fred zaczął szychtę już byłam po śniadaniu i sposobiłam się do wyjścia na dwór.

Wychynięcie z domu w celu opróżnienia kosza na odpadki skutkowało nasypaniem karmy dla ptaków do karmników, pozostawieniem rozkrojonych jabłek dla kosów i zmienieniem wody w poidełku (poidełko to tak naprawdę Rysiowa miska z napisem Merry Catmas), te czynności z kolei doprowadziły do szybkiego przeglądu ogródka przed domem i ścięcia suchych badyli zeszłorocznej tawuły. Pogoda piękna, nie mogę wrócić do domu ot tak, trzeba iść przed siebie. Zmieniłam kurtkę na lżejszą, przebrałam spodnie i wyszłam.

Doszłam do kawiarenki, weszłam do środka, zamówiłam flat white, chwilę siedziałam przy stoliku na zewnątrz, po czym poszłam dalej. 

Gdy stanęłam za krokodylami (których widoku nie pamiętam, może znowu przysypane są piaskiem) i sączyłam sobie kawę gapiąc się na morze, zauważyłam Miszel zmierzającą w moim kierunku. Miszel jest siostrą mojego dawnego kolegi z byłej pracy, poza tym jest bliską przyjaciółką Anne, ale osobiście prawie się nie znamy, to raczej taka znajomość przechodnia, machana. Mimo to bardzo ją z jakichś powodów lubię, zawsze ma dobre słowo. Zamachałam, zatrzymała się, ściągnęła słuchawki w której leciał podcast, powiedziała, że pływała tu z koleżankami o wschodzie słońca, że teraz idzie, potem wraca do domu czytać książkę. I że jesteśmy szczęściarami. Cała prawda, wiem.

Wróciłam do domu po dziesiątej, zaczęłam słuchać Händela i zapisywać trochę myśli. W tle również miarowe stukanie pralki nastawionej na EasyWash. Czytanie dwóch książek na przemian, robienie sosu do makaronu, krótka rozmowa z mamą (sos został okazany), papierologia pracownicza.

Kiedy tylko Kochany wraca do domu, jemy, opychamy się po uszy; pod prysznicem myję włosy, Kochany pije kawę, rozmawia z Perlistym; nasłuchując z sypialni co piąte słowo doczytuję do końca Wiersze zebrane Herberta (Wyd. a5, 2011). 

Dzwonię do ciebie, bo dzisiaj niedziela, to się chciałem zapytać, czy już na mszy byłeś, zagaił mąż beztrosko. Człowieku, ale ja na sumie to jeszcze rano! bez zastanawiania się pociągnął Perlisty. I tak to. Mogłabym dzisiaj dokończyć także biografię Herberta by Franaszek, zostało mi kilkadziesiąt stron, ale nie godzi się w jednym dniu zwieńczać dwóch cegieł, świadomie więc zwalniam, a tymczasem obwąchuję następną lekturę zatytułowaną Antarctica.

sobota, 21 grudnia 2024

1831. Przesilenie.

Nareszcie jest, najdłuższa noc w roku, a później coraz więcej światła. Zaczęłam dzień od dokumentu o ślepowronach w Dolinie Górnej Wisły :D Obejrzeliśmy też z Kochanym Pętlę (1957) Hasa (trzeba przeczytać Hłaskę, ale to w nowym roku). Rodzice wyjechali do miasta, a ponieważ mama dostała na swój telefon kod potrzebny do odbioru laptopa, nie musieliśmy wybierać się do Tcy, laptop przywiózł się razem z rocznicowym tortem. Kochany miał trochę zabawy z nowym sprzętem (czternastocalowy Dell Inspiron), ale że nie pamięta wszystkich haseł, najlepsze zostawił na później. Ja z kolei zrobiłam sobie po południu dłuższą drzemkę; przebudziłam się na dobre, kiedy był czas na przygotowywanie herbaty i kawy. Gdyż:

Wprawdzie ślub kościelny był w pierwszym dniu świąt, ale cywilny właśnie dzisiaj, więc rodzice nie chcieli czekać zbyt długo z pysznym tortem śmietanowym z malinami, gdyż byłaby to zbrodnia na torcie. 

Chyrlam, ale nie jest tak źle. Z minusów, nigdzie dzisiaj nie wychodziliśmy. Za to już czuję świętowanie (nareszcie, bo katar trochę mi tę radość niecodzienności zasmarkał), chociaż większość dnia chodziłam w szlafroku, albo w rozciągniętych spodniach po mamie (bardzo wygodne, super). Kuchennie wydarzeń niewiele, bigos dochodzi od wczoraj, poza tym constans; na obiad rodzice przywieźli kurczaka z rożna. Martwi mnie, że mama jest często zmęczona. Wieczorem lampimy się z Fredem w kryminały na TV 6.

piątek, 20 grudnia 2024

1830. Dubidubidu.

Pobudka dość wczesna, wszystko przez to, że od drugiej rano spanie kiepsko mi szło. Śniadania mieliśmy z Kochanym różne (ja resztki z wczorajszego chińczyka, mąż kaszanę) i wybyliśmy do Magnolii, samochodem, a nie szynobusem, jak wcześniej planowaliśmy. Początek naszej wizyty był zorganizowany naokoło pomysłów na prezent rocznicowy dla rodziców (są dwa, jeśli pierwszy zawiedzie, jest plan b). Gdy dowiedziałam się tego, co mnie interesowało, poszliśmy do Cukierni Sowa (polecam herbatę imbirową).

Zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do Empiku (Fred kupił płyty cd: Zalewskiego Z głowy & Oddalenie Kazika) i jazda do domu. Po drodze suszarnia, tam gdzie zawsze w Tcy. Wypiłam herbatę i zjadłam miso, ale to prawie wszystko, bo gorączka zaczęła mnie lekko rozbierać (dziwne miejsce, menu nawet ok, ale obsługa jakaś taka ... hm). Mama w międzyczasie zadzwoniła, że powoli zmierzają na wieś.

Kochanemu bardzo zależało, żeby obejrzeć film Zbynia dopóki jeszcze ma do niego dostęp, więc przed obiadem mąż zrobił sobie krótki seans filmowy. Potem aktywności domowe, obiad, Kochany rozmawiał z Ka, ja smarkałam, kaszlałam i dramatyzowałam. Oczywiście kryminałki wleciały, kawałki Kojaka, CSI z rudym, Kości ...

sobota, 7 września 2024

1726. Five.

Kochany przed wyjściem przypomniał mi, że dzisiaj jest nasza piąta rocznica ślubu.

Ależ ci ludzie łażą. Najpierw zwlekli mnie z łóża (musiałam założyć spodnie) Świadkowie Jehowy z broszurką How do you view your future (bardzo młody, czarnoskóry chłopak i starsza pani; on mówił, widocznie miał się uczyć), potem naganiacz polityczki z Fianna Fáil, też z broszurką (znowu musiałam założyć spodnie). Gdy byłam już na ostatniej stronie Lata polarnego Anne Swärd (Czarne, 2007), zadzwonili rodzice, żeby mi pokazać, że właśnie siedzą w rozsłonecznionym kącie ogrodu i piją za nasze zdrowie jägermeistera (Maciej się dołączył, nie do picia, ale do wpychania głów w kamerkę). Tym razem założyłam spodnie na dobre (kwestia zakładania spodni wynikała z tego, że cały czas piszę o sytuacji czytania książki w łóżku jako tle wydarzeń); zrobiłam sobie kawę z aeropressu, rozwiesiłam pranie w ogródku, dokończyłam czytać ostatni akapit książki. To ile lat do złotych godów? Oj tam, oj tam.

Po skończeniu jednej książki, zaczęłam inną: słucham Poirot Investigates czytaną przez Davida Sucheta (dzisiaj trzy pierwsze nowelki).

Wieczór bardzo Rysiowy. Gdy Kochany wrócił z pracy i po obiedzie ściągał pranie, zastanawialiśmy się razem, co Rysio napisałby na ten temat na blogu. Mamy dżunglę, może pojawią się szczury. Czy też chcielibyście mieć szczury w ogródku? Nie mogę się doczekać, tak mógłby zacząć. I o rocznicy rozmawialiśmy. Pięć lat temu o tej porze dnia było już po, nawet po tych najbardziej wybuchowych wydarzeniach kurz właśnie opadał. I zaczynał się najgorszy rok w życiu Wu.

Kolejny raz z dużym poślizgiem obejrzałam sumacze podsumowanie, Nagoya-basho (wygrał Terunofuji). 

Dzień kończymy zachwycając się albumem Świnie (1985).

niedziela, 11 sierpnia 2024

1698-1699. Moralniaczek i próby.

Sobota
Od kilku dni idzie mi jak po grudzie. Znaczy, nic nie idzie, bo nic nie robię, zastój. Z rzeczy pożytecznych tylko obiad. Bo Kochany wrócił po piątej, więc wiadomo, coś by się zjadło. I jeszcze Ka z Jot przejeżdżali wracając z klifów, na chwilę podjechali pod dom, akurat gdy wrócił Fred. Po ich odjeździe (a przed obiadem) chwilę rozmawialiśmy z Katlin i Majkiem. Pogoda była piękna. Jutro, mówię sobie, wychodzę na świat. Poza tym grzebanie w genealogii i francuski.

Niedziela
Nie wyszłam. No i tak, jeden list motywacyjny wysłany. Cześć kapitanie (1969), kreminał z Horowianką ponownie obejrzany (poprzednim razem też było lato, tylko, że roku piętnastego, lipiec, dwudziesty szósty; dzień wcześniej zrobiłam rączkami moimi własnemi 99 pierogów z jagodami; babcia Mania żyła).

Kochany zaskoczył mnie bukietem róż i prezentem, łososiową kamizelką (Polo Ralph Lauren). Nie mogę przytyć, mąż ma w oku taką miarkę, że wszystkie jego prezenty są w rozmiarze M ;)

Zaczęłam czytać Lalę Dehnela. 

Ostatni dzień wieczornych wizyt u Junony, znowu miałam lekką obsuwę czasową. Przy tej okazji przykre odkrycie: o wpół do dziesiątej jest już ciemno. 

niedziela, 26 maja 2024

1620-1622. Przelotem.

Piątek
Wstałam wcześnie, bo od wczoraj tlił mi się w głowie pomysł, że razem zjemy śniadanie. Byłam jednak zbyt śpiąca, więc zrobiłam śniadanie tylko dla męża. Mimo wszystko po wyjeździe Freda już się nie położyłam do łóżka i jakoś przeturlałam się przez dzień, po drodze przeglądając papiery pracownicze. Trochę mnie zmuliło po trzeciej i poszłam na drzemkę, obudził mnie dopiero niepokój, że Fred coś nie wraca. Kochany utknął w mieście robiąc zakupu obiadowe. Obiad. Moje Kochanie zmęczone, więc wcześnie poszedł spać (jutro znowu to samo). Pogoda szara, wieczorem ciepły deszcz.

Sobota
Obudziłam się na chwilę, gdy Kochany wstał, ale pokonała mnie drzemka i zaczęłam dzień dopiero po ósmej. Nie wiem, co robiłam do wczesnego popołudnia (poza jedzeniem), ale w końcu kupiłam piąty tom Szymiczkowej w audiobooku, Śmierć na Wenecji (Znak, 2023). Zamierzałam zrobić to już wczoraj, ale Woblink zirytował mnie na tyle, że dzisiaj zakupu dokonałam w Publio. Słuchanie mnie pochłonęło dość mocno. W międzyczasie Kochany wrócił, zjedliśmy obiad. Audiobooki to zuo, człowiek potem nie ma co pisać na blogu.

Niedziela
Wstałam pierwsza i zadzwoniłam do mamy z życzeniami. Następnie ruchy jakieś rozlazłe, pogoda też taka różna, chmury, deszcz, nagle słońce. Na śniadanie Fred przygotował białą kiełbasę i wziął się do robienia fasolki po bretońsku. Wyjechaliśmy na kawę i małe zakupy. Po powrocie do domu chwilę rozmawialiśmy z Katlin i Majkiem: samochód Majkela już jest naprawiony, ale przygotowań do wyprowadzki jakoś nie widać, a czas mu się kończy. Przypomniało się nam, że mamy dzisiaj rocznicę spotkania, zadzwoniłam do domu jeszcze raz, żeby obwieścić to rodzicom. Przez większość dnia słuchałam Segdy czytającej Śmierć na Wenecji i skończyłam lekturę przed siódmą. Z rozczarowaniem odkryłam, że ostatni plik jest nieco uszkodzony i dźwięk kilka razy przeskakiwał (poza tym historia jak zwykle przyjemna). Żeby mieć co robić po książce, przeprosiłam się z MyHeritage (wykupiłam subskrypcję na kolejny rok). Słuchamy bardów (Bukartyk, Nohavica). Coraz więcej lat się znamy z Kochanym ... palców na kocich łapkach niedługo zabraknie.

niedziela, 10 marca 2024

1545. Porocznica.

Deszcz, deszcz, deszcz. Do wczesnego popołudnia nie mieliśmy żadnych planów, aż nagle pojawił się pomysł żony i jego realizację z przytupem rozpoczęliśmy w kilkadziesiąt minut. W deszczu udaliśmy się do Carlingford, żeby się przejść i zjeść (raczej kolejność: odwiedzić Gareta, zjeść i się przejść do naszej ławki na molo), a potem w drodze do domu zatrzymać się na kawę.





 


Na podróż pierwszy raz założyłam woskowanego Barboura, bardzo się przydał (świetny zakup, który czekał kilka miesięcy na właściwą pogodę; Fred sprezentował mi go latem zeszłego roku). Ciężkie deszczem chmury z trudem wskrobywały się na Slieve Foy. Po powrocie do domu genealogiczna rozmowa z mamą i relaks.

sobota, 9 marca 2024

1544. Sennie.

Przez cały poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy ranek mocno wiało. Sobota na lenia. Chyba zrzuciłam z siebie zmęczenie, które przygniatało mnie wczoraj do łóżka. Niespiesznie zjedliśmy z Kochanym śniadanie i zajęliśmy się niczym (1/3 tego czasu przełaziłam w szlafroku susząc włosy i czytając powieść). Około czwartej skończyłam Death Comes to Pemberley P.D. James (Faber & Faber, 2022). Mogłaby być lepsza; tak jak wcześniej słyszałam, rzeczywiście serial bardzo rozwinął niektóre wątki. Na wieczór mieliśmy zaproszenie do Ka&Jot, tylko wcześniej obiad trzeba było spreparować. W czasie grzebania w patelni zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że nic nowego się nie dzieje. Tatko do tej pory nie był u lekarza z wszystkimi wynikami. Przejrzałam dwie oferty UTW i przesłałam je mamie. U przyjaciół tylko Ka, który zapodał nam jabłecznik z lodami, herbatę i dwa kolejne odcinki 1670. Już w domu.

czwartek, 22 lutego 2024

1529. Rok szósty.

Pół dnia w pracy, wróciłam wczesnym popołudniem, gdy Kochany był już na nogach (Fred położył się spać o czwartej nad ranem). Zjedliśmy pierogi i oboje smarkokaszleliśmy w przytulności naszego domku. Na jutro zapowiedział się ktoś od ogrzewania. Dostałam zaproszenie na przesiewowy test HPV i pewnie skorzystam. Reszta dnia pomiędzy kuchenną częścią Kuchniosalonu a salonową częścią Kuchniosalonu, czyli żarcie i klikanie. Pogoda słoneczna, ale zatoki powiedziały nie.

czwartek, 7 września 2023

1361. Do Rzeszowa!

Pobudka wczesna (happy anniversary, my Love), wyjście do Sarzyńskiego dopiero ok. ósmej (młodzież licznie zbierała się na przystanku). Fred zauważył był, że lubię tak chodzić z fioletową torbą świekry na zakupy do piekarni. Fakticznie: miejskie życie ze sklepem osiedlowym oddalonym o kilka kroków chwilowo bardzo mnie konweniowało. (Widziałam ciekawie ubraną seniorkę, perły miała na szyi, a drugi sznur fantazyjnie upięty we włosach. I git) Lista zakupów: 6 puławianek, 1 cebularz, 2 drożdżówki z serem i rodzynkami. Fred dorobił wczoraj klucze do bloku i mieszkania, więc z zamykaniem po raz ostatni przybytku nie było dodatkowych mecyi i zawracania głowy sąsiadom. Jeszcze chwila suspensu, gdy klucz do samochodu po locie z balkonu trzeciego piętra rozpadł się na pół; wyrzucanie śmieci (z dokarmieniem dwóch osiedlowych kawek); w ostatniej chwili wrzucenie do kieszeni skarpetek suszących się w łazience; no i oczywiście szukanie na mieście taśmy dwustronnej do zabezpieczenia w połowie rozgrzebanej tablicy rejestracyjnej.

Gdy w czasie podróży poślubnej późnym latem zmierzaliśmy na Wschód, nie pamiętam nawet, czy widzieliśmy cień tego miasta na horyzoncie. Tym razem pojechaliśmy do Rzeszowa mając na myśli konkretny plan spreparowany z fantazją wczoraj: kobieta w błękitnej sukience z rybą u szyi weszła do restauracji Chilita po drugiej po południu. Zjedliśmy razem obiad i wymieniliśmy się kilkoma faktami (dobrze jest zobaczyć żywego człowieka za blogowym pisaniem; oczywiście Frau Be już wcześniej znała nas z fejsbunia, więc od razu wiedziała, że jestem siwa, bez żartów). Wszystko to za krótko; zanim zdążyliśmy się rozgadać, trzeba nam było jechać. Droga wiodła pod słońce; był przystanek gdzieś przy A4, bo Kochany musiał się wesprzeć jeszcze jedną kawą. Po dziewiątej wieczorem rodzice przywitali nas po staropolsku: pierogami i pychotkami z bitą śmietaną. Zmęczona jestem bardzo. Ale też szczęściara ze mnie jest :)

czwartek, 10 sierpnia 2023

1333. Tak i nie; za to jest czajnik.

Spałam do dziewiątej, jakbym chciała uciec od myśli o regresji liniowej i zbliżającej się a koniecznej zmianie pracy. Kot był bardzo grzeczny, nic a nic nie harcował (w kuchni nie ma śladu po walce z gigantycznym pająkiem, który wczoraj znowu mnie wystraszył; wątpię by pokój został zawarty, raczej kątnik wykazał się roztropnością, co mnie wcale nie dziwi, bo to duży pająk, zapewne z bogatym doświadczeniem życiowym). Zmitrężyłam sporo czasu na nie wiadomo czym (trochę wiadomo: oglądałam komentarze Midasa do Szopki dla reportera).

Zanim jeszcze Kochany pojawił się w domu, kurier przyniósł paczkę dla Freda, a w niej sandały dr Martensa, fajna rzecz. Miły wyjechał z hotelu przed południem, pojawił się w domu przed piątą ciągnąc za sobą zmianę pogody i morską mgłę. Przyjechał z bukietem róż, mięciutką marynarką w kolorze kawy z mlekiem dla moi (Majestic Filatures, znowu) oraz nowym czajnikiem dla nas obojga (Tefal nieco bajerancki). Teraz (choć nie tylko w rocznicę) sobie mogę klikać w czajnik i się go pytać o temperaturę.

A jeśli chodzi o ucieczkę od myśli, labilna jestem. Raz się mi zdaje, że sobie poradzę, a raz, że nie. Teraz przeważa myśl, że tak (młody przesłał mi wyliczenia, dochtórka potwierdziła spotkanie na poniedziałek), ale jest jak w kalejdoskopie. 

6 lat. 

piątek, 26 maja 2023

1257. 6.

No, ależ się przez ten czas zmieniło, powiedziałam coś w tym guście patrząc przez okno na miasto.

Czwartek omsknął się o piątek. Przy zmianie daty złożyliśmy sobie życzenia, po czym Kochany okazał mi torbę z giftami dla nas obojga, perfumami Clive Christian (Matsukita & Amberwood; obudziłam się otulona ciekawym zapachem). 

Dzień wiadomy, przed pierwszą herbatą zadzwoniłam do mamy, żeby jej złożyć życzenia mamodniowe. Mama zadowolona, brwi narysowane, już w pracy, zajęta i w ogóle. Tymczasem ja większość dnia byłam niedospana i bez energii. Spotkanie na które umówiłam się w związku z TT niczego interesującego mi nie dało, ale czasu nie zmarnowałam (gdy doszłam do wniosku, że nie o to się mi rozchodziło, po prostu wylogowałam się z zoomu). O czwartej poszłam do Czarnej, chwilę później witałam się z Kochanym ozdobionym moją nową, jedwabną bandaną All Saints. Wypiliśmy kawy, przeszliśmy się do polmarketu, po zakupach wróciliśmy do domu. Ponieważ Fred rano buszował po sklepach, w ogródku pojawił się nowy karmnik "robakowy", a w Kuchniosalonie gatki dla mnie na Kretę/lato w Polsce (frufru Antik Batik w kwiatki; gdy wieje, widać pupę, jak mniemam). Wieczorem rozmawialiśmy z żoną Andrju, która ma dzisiaj urodziny; Fred po raz kolejny przedstawiał swój nowy projekt i plany przyjazdu do Polski. Z powodu umysłowego zmęczenia piątek nabrał charakteru rozsypanki — wysłuchiwałam połowy zdań, ziewałam w nieodpowiednich momentach i szybko traciłam zainteresowanie. A jednak, dzień jest udany, czasami wystarczy po prostu być. 

czwartek, 18 maja 2023

1249. Dobrze, że ...

Dobry dzień w pracy, spokojny i miło spożytkowany. Kochany przywiózł mnie do Centrum, a po południu spotkaliśmy się na kaffce w Czarnej. Z randki kawowej udaliśmy się do polskiego sklepu, potem Fred maszerował przez miasto z kartonem czerwonego barszczu w dłoni. Przy okazji zajrzałam do Izoldy, żeby ją dopytać what's up. A what's up jest takie, że jeszcze będąc w pracy dostałam bardzo niepokojącą wiadomość od Martaszki. Właśnie się zwolniła, ale jej narracja na ten temat była cokolwiek nietypowa. Może to tylko nieumiejętność przekazania faktów, może rzecz grubsza ...

Wieczór z Nickiem Cavem i oparami wolno gotującego się gulaszu à la Woland. Okazuje się, że kiedy kończą się krokiety, zaczynają mi smakować słone paluszki maczane w barszczu (i proszę: Fred też tak miał, gdy był małym Fredem). Od słowa do słowa mąż wręczył mi część prezentu rocznicowego: suszarkę do włosów (panasonic eh-n65). Dobrze, że się wtedy spotkaliśmy, bo co ja bym teraz robiła? A że Kochany był kiedyś podobny do dziadka Staszka, a teraz zaczyna wyglądać jak dziadek Bronek, to już w ogóle bym się nie dowiedziała, zniknęłoby w Drodze Mlecznej, jak nie powiem co.