... a tu niespodzianka, świat nadal istnieje. Wczorajsze groźby zdemenciałego Włatcy zakończyły się jego "wielkim sukcesem", co idiota obwieścił na Twitterze oczywiście (spałam spokojnie, o dziwo).
Praca jak u wojewody, rano łażę po mieście (zarezerwowałam sterylizację dla Broni, nie chcemy tego stresu rozdrabniać na tygodnie; wzięłam kawę na wynos w Czarnej), po południu też łażę po mieście (zajrzałam do charity shopu, na książki, oczywiście). Zamieniam audio Pani Dalloway na Piaskową Górę w papierze, i z powrotem. Trochę też pracuję, ale minimalnie, odsuwam papierologię wymagającą nieprzyjemnego zaangażowania na mgliste αύριο.
Po powrocie do domu najpierw spacer z kotami:
Obiad ekspresowy (krokiety z gotowca), i spacer nad morze, tym razem z mężem (po drodze spotkaliśmy mamę Larry'ego, czyli obecnie mamę Humphreya, rozmawialiśmy chwilę o tym, że pies jest piękny i nasze koteczki też):
Na plaży jeszcze spokój, choć wokół widać wyraźne przygotowania do sezonu. Wszystko śpiewa, kwiecie pachnie. Przyjemnie jestem zmęczona.
Wtorek małych zgag. Płacę wyższy podatek od wynagrodzenia, nie do końca wiem dlaczego (wspólne opodatkowanie jest w cholerę skomplikowane, więc nie mam poczucia kontroli). Poza tym w pracy będzie w tym tygodniu wizytacja, przewidziana, niemniej stresuję się. Wróciłam do kotów poobrażanych, Maniusia miała zadrapane oczko, było sikane poza kuwetą i ostre nawalanki.
Zmotywowana świeżą sytuacją podatkową rozliczyłam nareszcie poprzedni rok. Kochany przyjechał na obiad i po prysznicu musiał wrócić do roboty, bo się im na mitingi pracownicze zebrało. Wieczorem ciacham z dwa milimetry grzywy (już zaczęła się rozkrzaczać, jak było do przewidzenia).
Środa jakby milsza. Wystrzępione dżinsy,
trampy, apaszka za pasem, lniana koszula, lniany płaszcz, pork pie. W kawiarni dosiadła się do mnie niejaka Ethna, 83-letnia poetka urodzona tu niedaleczko,
w budynku, gdzie obecnie jest sklep charytatywny św. Wicka. Porozmawiałyśmy jak artystka z artystką.
Po południu Kochany podjechał jak zwykle. Dom, mąż robi obiad, potem idziemy nad morze, po drodze w sklepie Tony'ego wysupłuję ostatnie €6 bilonu na dwa lody w wafelku.
Na osiedlu spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen wracającą z plaży (błogosławieństwo, wiadomo). Pojawiła się mama Larry'ego z nowym, czarnym psem w typie lurchera. Humphrey jest mu na imię. Czyli rozmawialiśmy z mamą Humphreya. Wiedzieliśmy od razu, że będzie padało, pogodynka spełniła się co joty, bździło całe pięć minut. Źródło bździn widać na ostatnim zdjęciu.
Wielkie zwały zeschniętej sałaty tuż przy kawiarence robiły niesamowite wrażenie. "Sałata" to tak naprawdę glony o nazwie cladophora.
W domu z powrotem po szóstej. Mleczaki drzemią, więc zawędrowałam z laptopem do sypialni, obejrzeliśmy mietczynskiego aktualności na temat ekranizacji Lalki (a jednak! Ploty potwierdziły się, że Dorociński vs Schuchardt). Na późniejszą kolację zamieszałam guacamole i będziemy zaraz coś jedli (Kochany już rozprawia się z resztkami krokieta). Z okna widać księżyc w fazie przybywającego sierpa na jeszcze jasnym niebie. W ogródku nadal imigranty, nie można spokojnie wyjść, żeby czarno-biały lokator Anne nam nie namiaukał.