Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2025

2023-2024. Lipca początek.

Wtorek małych zgag. Płacę wyższy podatek od wynagrodzenia, nie do końca wiem dlaczego (wspólne opodatkowanie jest w cholerę skomplikowane, więc nie mam poczucia kontroli). Poza tym w pracy będzie w tym tygodniu wizytacja, przewidziana, niemniej stresuję się. Wróciłam do kotów poobrażanych, Maniusia miała zadrapane oczko, było sikane poza kuwetą i ostre nawalanki. 

Zmotywowana świeżą sytuacją podatkową rozliczyłam nareszcie poprzedni rok. Kochany przyjechał na obiad i po prysznicu musiał wrócić do roboty, bo się im na mitingi pracownicze zebrało. Wieczorem ciacham z dwa milimetry grzywy (już zaczęła się rozkrzaczać, jak było do przewidzenia).

Środa jakby milsza. Wystrzępione dżinsy, trampy, apaszka za pasem, lniana koszula, lniany płaszcz, pork pie. W kawiarni dosiadła się do mnie niejaka Ethna, 83-letnia poetka urodzona tu niedaleczko, w budynku, gdzie obecnie jest sklep charytatywny św. Wicka. Porozmawiałyśmy jak artystka z artystką

Po południu Kochany podjechał jak zwykle. Dom, mąż robi obiad, potem idziemy nad morze, po drodze w sklepie Tony'ego wysupłuję ostatnie €6 bilonu na dwa lody w wafelku. 

Na osiedlu spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen wracającą z plaży (błogosławieństwo, wiadomo). Pojawiła się mama Larry'ego z nowym, czarnym psem w typie lurchera. Humphrey jest mu na imię. Czyli rozmawialiśmy z mamą Humphreya. Wiedzieliśmy od razu, że będzie padało, pogodynka spełniła się co joty, bździło całe pięć minut. Źródło bździn widać na ostatnim zdjęciu. 

Wielkie zwały zeschniętej sałaty tuż przy kawiarence robiły niesamowite wrażenie. "Sałata" to tak naprawdę glony o nazwie cladophora.





W domu z powrotem po szóstej. Mleczaki drzemią, więc zawędrowałam z laptopem do sypialni, obejrzeliśmy mietczynskiego aktualności na temat ekranizacji Lalki (a jednak! Ploty potwierdziły się, że Dorociński vs Schuchardt). Na późniejszą kolację zamieszałam guacamole i będziemy zaraz coś jedli (Kochany już rozprawia się z resztkami krokieta). Z okna widać księżyc w fazie przybywającego sierpa na jeszcze jasnym niebie. W ogródku nadal imigranty, nie można spokojnie wyjść, żeby czarno-biały lokator Anne nam nie namiaukał.

piątek, 27 czerwca 2025

2019. Siódmy dzień lata.

Pyknął następny tydzień pracy. Spokojnie pyknął: obudziłam się, wypiłam, zjadłam, przyjechałam, wypowiedziałam się, poczytałam, poszłam na kawę, wróciłam, wydrukowałam, wyszłam, wsiadłam.

A wsiadłam do Babci naszej wspaniałej, bo Fred właśnie podjechał. Jeszcze chwila w polskim sklepie i mamy obiad: krokiety dwóch rodzajów i barszczyk. Nic dziwnego, że chwilę po drugiej w domu cisza, w Kuchniosalonie powietrze zgęstniałe od smażenia powoli opada na sprzęty, Mleczaki śpią na moim fotelu zmęczone rozrabianiem; w sypialni Kochanie leży obok, oddycha miarowo w pogłębiającym się śnie, zaraz napiję się zielonej herbaty, która właśnie stygnie, a za oknem słyszę pianie kogucika. Nie mogę z tym kogucikiem, tak bardzo wzrusza wieś, która jest we mnie.
___
edit 19:15 Cóż za rozkosze życia domowego. Czytanka była przerwana długim snem. Następnie powrót do czytanki, herbata, pierniczki. Za oknem wietrzna szarość ... 
___
edit 21:25 Przegadałam z mamą ponad czterdzieści minut (tatko w tle, dorzuca gorzkie uwagi polityczne, bo podobno pisowcy protestują; ustalamy, że nie interesuje nas dlaczego), o gwarze, o pochodzeniu, o tym, że w telewizji leci jakiś program pt. co spakować w razie wojny i widać, że to wszystko teoretycy surwiwalu z bladym pojęciem na temat pecha i szczęścia. Jak zwykle peroruję, że szczoteczkę do zębów mogę ukraść, ale kontener do przewozu kota musi być. Kochany w tym czasie po drugiej stronie osiedlowej dróżki bajeruje z sąsiadami i mamą Larry'ego, którego już nie ma między nami (mama Larry'ego zaadoptowała pięknego, czarnego psa, którego ktoś inny nie chciał. Głupi ktoś, zdarza się). Ponieważ wyszłam z telefonem na zewnątrz, sąsiedzi pomachali mojej mamie. Szary dzień dogasa jakoś tak ładnie.

środa, 20 września 2023

1374. Grafik środowy.

5:50 budzę się, nie wiem po co o tej porze. Chyba zaniepokoiło mnie, że Kochany nadal nie wstał. Mąż przez półsen informuje mnie, że do pracy jedzie wieczorem. Sprawdzając godzinę kątem oka widzę info od dochtórki (nadal nie ma w podglądzie mojej pracy; przecież wiem).

8:00 druga pobudka, tym razem śniłam wielką wodę (nasze morze z ogromnymi falami). Wstaję, robię herbatę; kot nie kwapi się do śniadania, widocznie jadł wcześniej (szafa była otwarta, czyli stukając nią próbował mnie w nocy obudzić na kociośniadanko). Skroluję net. 

9:15 śniadanie (rozmawiamy z Kochanym o wczorajszej sytuacji i zrytych mózgach różnych postsowietikusów), telefon do CSS (miła pani Barbara zrobiła jeden klik i naprawiła to, co się wykrzaczyło). 

10:00 kawa, rozważania (miał być spacer nad morze, ale wiatr znowu przybiera na sile; bawię się ustawieniami strony na wordpressie, pochłaniam ciasteczka, odkrywamy z Kochanym, że w drukarce znowu brakuje czarnego tuszu).

13:00 postanawiam jednak wyjść nad morze. I bardzo dobrze, wiatr silny, ale nie jest zimno (ubrana już jestem jesiennie: kurtka na bluzę z kapturem, żółta czapka). Mijam Uśmiechniętą Kathleen oraz mamę Larry'ego (spaceruje z małym, białym psem; nie zapytałam jej, co z Larrym, ale się domyślam). 

14:00 po energicznym spacerze dopijam herbatę truskawkową. Kochany zaczął robić obiad (okazuje się, że musi wcześniej wyjechać do pracy). Poprawiam prezentację na poniedziałkowe zajęcia. Jemy obiad. 

17:00 Kochany wybywa w kierunku stolicy. Zakładam kurtkę i przy Rysiowej asyście chwilę wyrywam chwasty we frontowym ogródku (jest więc i szybki czat z sąsiadkami, najpierw z Anną, potem z Katlin; słonecznie i bardzo wietrznie, szybko mnie to nudzi). Genealogia. Pan Holmes (2015) z McKellenem (niezbyt odkrywczy, ale dobrze zagrany, sfotografowany i udźwiękowiony). 

21:20 Odczytuję info od dochtórki: antyplagiat bez przeszkód, procedury ruszyły, jest nazwisko recenzenta (oczekiwane, ale może i pocałunek śmierci, kto wie). Rysio wrócił z długiego spaceru (najbardziej mnie cieszy, że zaczął się normalnie zachowywać; żałoba po nas odwołana).

22:30 jeszcze ślęczę nad genealogią, ale prochu nie wymyślę, zaraz zwinę się w kłębek.

sobota, 31 grudnia 2022

1111. Ładny numer ;)

Dzień zapowiadający się na bezwydarzeniowy, na początku przy śniadaniu zrobiłam taki kolaż z randomowych zdjęć grudniowych:


To w zasadzie nie jest prawdziwy kolaż, ale tak to nazywają, więc niech będzie. Ulżyło mi trochę, że Ryszard zjadł śniadanie, 2/3 saszetki. Wypuściłam go, żeby zażył trochę ruchu, pojadł trawki. Kochany wrócił przed dziewiątą i nadal śpi (kot do niego dołączył).

Jeszcze przed południem zadziała się dziwna akcja z sadzeniem tulipanów. Wyjrzałam bowiem przez okno na ogródek i zauważyłam, że w podłużnych doniczkach szaleją grube, zdrowe kiełki (co tam kiełki, toż to kły!) narcyzów. A biedne queenslandy nadal nie wysadzone! Wyszłam więc w domowych spodniach (w jeże) i lisim szaliku (od rodziców) na mżawkę i wysadziłam cebule do dwóch starych, brzydkich donic (z braku lepszej opcji). Naści, rośnijcie. Zajęło mi to od 5 do 8 minut i dla osób postronnych musiałoby głupio wyglądać (osób postronnych nie widziałam, sąsiedztwo w głębokiej śpiączce świątecznej). Przy okazji ślizgania się na rozciapanej brei zauważyłam, że (chyba) jest ciepło. I już nie mogłam nie pójść na ostatni w tym roku spacer nad morze (w drodze poczułam, że jest raczej trochę zimno, ale decyzja została podjęta, więc nie mieszajmy).


I bardzo dobrze. Akurat, gdy dochodziłam do morza minęłam Larry'ego z jego mamą. Cieszę się, że nadal żyje (nie widziałam go już szmat czasu). Zima przynosi na wybrzeże różne dary, w tym roku duże muszle. Robię zdjęcie i odkładam, bo czuję, że krabom przydadzą się bardziej. Oczywiście czasami trudno jest je zostawić w spokoju:


Ale z tym kawałkiem kwarcu to się już nie krępuję, ląduje w lewej kieszeni:


W drodze powrotnej mgła zamieniła się w intensywną mżawkę i wracałam do domu z wodą kapiącą mi z daszka czapki. W taki sposób stało się południe i była kawa południowa (dopiero wczoraj zauważyłam, że dripper idealnie pasuje do mojej filiżanki i mam lepszą opcję niż parząchew). Miałam szczęście, że nie wyszłam kwadrans później, bo wracałabym w regularnym deszczu. Szaro, mokro, sennie.
___
edit 16:30 Kochany został na dobre rozbudzony telefonem od Ka, przyjaciel wybiera się jutro z rodziną do Polski, ale chciał jeszcze porozmawiać z kimś normalnym o rzeczach dziwnych i ulotnych. Zjedliśmy po lidlowskiej zupie i dopiero wtedy powoli doszła do nas świadomość, że jutro sklepy są zamknięte z okazji na okoliczność, więc jeśli pragniemy coś na obiad, wypada upolować to teraz. Fred szykuje się do rajdu sklepowego. A tak w ogóle to Benek the Pope umarł. Poświęciliśmy kilka chwil na analizę jego osoby i Fredowi przypomniało się, że dzisiaj mija 7 lat od śmierci kuzyna. 
___
edit 22:00 Fred wrócił ze sklepów z prowiantem i bukietem róż. Kontakty różne: rozmowa była z moim tatą, rozmowa była ze Stu (Fred ma teraz zamówienie od bratanka, że ma mu zagrać na "szalonej gitarze", cokolwiek to znaczy). Rysio nadal mnie martwi, bo jak zjadł rano, tak ponownie dieta odchudzająca (a to nie jest normalne u tego kota) i wydaje się mieć objawy podobne do sytuacji z września (ech). Obejrzeliśmy Śniegu już nigdy nie będzie (2020) Szumowskiej. Ma klimat. Chyra wielkim aktorem jest. To teraz chyba pizza noworoczna ;)
___
edit 00:05 I tak z Gotta Feeling i herbatami przywitaliśmy nowy rok. Ale potem już Buzzcocks ...

niedziela, 13 czerwca 2021

544. Kot grzeczny, pies stary, biblioteka online.

Kolejny szary i ciepły dzień, z rodzaju tych, które w Polsce mogą znamionować kiszącą się w zanadrzu burzę. Nie działo się nic spektakularnego, były trzy rozmowy telefoniczno-messengerowe, więc wiemy m.in., że Stu zawiózł teścia do szpitala. 

Po południu wyjechaliśmy na krótko do miasta — kupiliśmy uprząż dla Ryszarda, na szczęście regulowaną, więc pulpet jakoś się zmieścił. Jak często będzie w użyciu trudno powiedzieć, ale testujemy możliwości. Po powrocie do domu trochę kręciliśmy się po ogródku, więc była okazja zagadania z panią, która spaceruje obok naszego domu ze swoim psem. Pies ma na imię Larry, ma 14 lat i artretyzm, jest na pięciu tabletkach dziennie. Jego mama powiedziała, że zna Ryszarda z fb. Kot przysłuchiwał się naszej rozmowie bardzo zadowolony.

Wieczorem spadł w końcu ciepły deszcz. Zapisałam się do biblioteki, na razie online i mam tymczasowy kod oraz na oku kilka audiobooków.