Wtorek małych zgag. Płacę wyższy podatek od wynagrodzenia, nie do końca wiem dlaczego (wspólne opodatkowanie jest w cholerę skomplikowane, więc nie mam poczucia kontroli). Poza tym w pracy będzie w tym tygodniu wizytacja, przewidziana, niemniej stresuję się. Wróciłam do kotów poobrażanych, Maniusia miała zadrapane oczko, było sikane poza kuwetą i ostre nawalanki.
Zmotywowana świeżą sytuacją podatkową rozliczyłam nareszcie poprzedni rok. Kochany przyjechał na obiad i po prysznicu musiał wrócić do roboty, bo się im na mitingi pracownicze zebrało. Wieczorem ciacham z dwa milimetry grzywy (już zaczęła się rozkrzaczać, jak było do przewidzenia).
Środa jakby milsza. Wystrzępione dżinsy, trampy, apaszka za pasem, lniana koszula, lniany płaszcz, pork pie. W kawiarni dosiadła się do mnie niejaka Ethna, 83-letnia poetka urodzona tu niedaleczko, w budynku, gdzie obecnie jest sklep charytatywny św. Wicka. Porozmawiałyśmy jak artystka z artystką.
Po południu Kochany podjechał jak zwykle. Dom, mąż robi obiad, potem idziemy nad morze, po drodze w sklepie Tony'ego wysupłuję ostatnie €6 bilonu na dwa lody w wafelku.
Na osiedlu spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen wracającą z plaży (błogosławieństwo, wiadomo). Pojawiła się mama Larry'ego z nowym, czarnym psem w typie lurchera. Humphrey jest mu na imię. Czyli rozmawialiśmy z mamą Humphreya. Wiedzieliśmy od razu, że będzie padało, pogodynka spełniła się co joty, bździło całe pięć minut. Źródło bździn widać na ostatnim zdjęciu.
Wielkie zwały zeschniętej sałaty tuż przy kawiarence robiły niesamowite wrażenie. "Sałata" to tak naprawdę glony o nazwie cladophora.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.