... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.
Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):
Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.
Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).
