Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kildare Village. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kildare Village. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

2302. Mruczymy ...

... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.

Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):

Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.

Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).

piątek, 9 maja 2025

1970. W drodze.

Pakując się z rana i przeglądając plecak znalazłam w jednej kieszeni szczotkę do włosów (szukałam jej od roku), ciasteczko biscoff oraz ... kolejną szminkę nudziarską loreala, Velvet Rose, nr 378, prawie nieużywaną. Kiedy ją kupiłam? Nie wiem, pamiętniczek milczy. No trudno, biere (ze Szczotki Odzyskanej też się cieszę)

Jakby nie obracać mapy, wychodzi mi, że ostatni raz byłam w Mallow, gdy jechaliśmy z Kochanym w góry Kerry i mieliśmy plany związane z górą Brandona (nieurzeczywistnione). To był lipiec 2018. Znowu mamy plany związane z górą Brandona i czeka na nas Mallow.

Czyli rano w pracy była praca. Wyszłam, patrzę, a tu małżonek. Poszliśmy do polskiego sklepu, wykupić wołowe kabanosy. Potem podróż w dół mapy. Jesteśmy w Kildare Village i wsuwamy bruschettę.
___
edit 17:45 Jakby to powiedzieć? Siedzimy w Korku. Przy kawie (Costa na 6 Emmett Pl).

___
edit 20:30 W mieście dużym spacerowaliśmy do siódmej (statua upamiętniająca Rory’ego została obfocona). Przed ósmą znaleźliśmy się w mieście mniejszym. Siedzimy ze znajomymi we czworo, przy herbacie, wspominamy stare czasy (tak się tylko pisze, po prostu rozmawiamy o jakichś ogólnych sprawach, uaktualniamy informacje; zauważam, że nie wszystkie tematy pasują, np. widać, że gospodyni za bardzo nie chce rozwijać wątku swojej pracy, domyślam się gdzie leży trup i umiem być niezaangażowana ;)).
___
edit 23:00 smaczna kolacja (gulaszowa, pasta ze śledzia); niektóre plany uległy niewielkiej korekcie; gorący prysznic, ząbków umycie i spać na dmuchanym materacu już czas.

czwartek, 21 kwietnia 2022

856. 1+1=2

No i teraz tak się zastanawiam, czy do jednego garba nie dodałam sobie radośnie drugiego. Gdy na wyjeździe jedliśmy różne takie fiku-miku, zadzwoniła Bridżet i mi oświadczyła, że dostanę kasę na kurs i mam aplikować. Po wieczornym powrocie do domu aplikowałam, ale pytanie pozostaje otwarte.

Na wyjeździe byliśmy w Russborough House w hrabstwie Wicklow. Załapaliśmy się na ekskluzywne oprowadzanie (grupa składała się z nas dwojga) po domu z epoki georgiańskiej. Oprowadzaczem był przemiły i energiczny Jack.


Po deptaniu jedzonko, po jedzonku odkryliśmy, że pałacowy warzywnik był dzisiaj zamknięty, a szlak o którym czytał Fred znajduje się gdzie indziej. Przejechaliśmy więc dosłownie w dwie minuty na inny parking i poszliśmy na spacer w krzaki. Blessington greenway:


Szlakiem doszliśmy do rozlewiska rzeki Liffey:

I hyc do domu. Albo może nie tak hyc, bo pojechaliśmy prowincjonalnym skrótem wymyślonym przez naszego GPS-a o imieniu Andżej do Kildare Village, które wcale nie jest wsią. To wielki park z outletami i spacer skończył się tak, że wróciłam z prezentem: białą koszulą Barbour w paprocie oraz inne chwasty. Piękna jest.

Fred się jeszcze zatrzymał pod Woodisem, żeby odebrać zamówienie (skrzynię ogrodową na dingsy). Zadzwoniłam do domu z pytaniem, co z Maciejem, który cały dzień spędził w kocim szpitalu. Jest słaby, diagnoza pewnie wiadoma, ale nie było komu jej przekazać, więc dopiero jutro się wyjaśni. Może to przejściowe, a może pieniądze rodziców wydane na marne. Ale też bym wydała, choćby po to, żeby wiedzieć. Do tego jestem zmęczona, Fred podstawił mi obiad pod nos, jeszcze dopijam wodę, bo płynów w ciągu dnia nie było za dużo. Dzień pięknie spędzony, ale siły gdzieś znikają, wklejam randomowe zdjęcia i już myślę o pozycji horyzontalnej w łóżku.