Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.
Czwartek był jasny, ale coraz zimniejszy. Trochę grzebałam się z makaronem na obiad, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Gdy wróciłam z Bronią z krótkiego spaceru, było już zupełnie ciemno. Zajrzałam do Anne, na chwilę, żeby zapoznać się z nową sąsiadką, drobną, śliczną koteczką, która miała być na tymczasie, ale najprawdopodobniej zostaje na stałe. Poza tym właśnie kupiłam bilet z Warszawy Wschodniej do Nadodrza (wcześniej zadzwoniłam do mamy, czy grafik pasuje; w Polsce dziewiąta, ale rodzice jeszcze czuwają, jak zwykle przy tv nastawionym na publicystykę). Ciemno. Chociaż dziesięć minut na ćwiczenia, prysznic, trawienie z książką, spać.
(notatka na jutro: myślę, że powinnam napisać o dziadku i jego Mrówce)