środa, 4 listopada 2026
2514. Dobra ...
wtorek, 3 listopada 2026
2513. Honey, I'm back!
Ależ dzień męczący. Sama jestem sobie winna, bo jadłam byle co i miałam spadek energii tuż przed obiadem. W pracy od razu wpadłam w stertę finansów oraz nierozpakowane pudło z dobrami zamówionymi przed urlopem. Na dodatek ludzie do mnie przychodzili i czegoś chcieli, gdy ja miałam plan tylko siedzieć w excelu i nic nie gadać (przez cudze błędy w wypłatach oraz pogadanki niezaplanowane nie skończyłam tego, co sobie wymyśliłam, ale trudno, niech). Wychodząc wczoraj z budynku Mira nie zapomniała włączyć alarmu, za to zapomniała wyłączyć światło oraz ogrzewanie w mojej części Jamy. Nie ma tego złego — gdy po kawie nad książką w Pe przyszłam do biura, w źle ogaconej kanciapie zaskoczyło mnie przyjemne ciepło (Kochany miał dzisiaj ostatni dzień ciągu pracowniczego, więc i jemu kupiłam kawę + croissant). Po południu czekając na męża zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy chwilę sennie, obie zmęczone tym całym jeżdżeniem i nie jeżdżeniem, spaniem przerywanym, chłodem, interakcjami ...
... nawet teraz słowa mi uciekają, zdania się przestawiają, wydarzenia płyną. Naokoło obiadu biernie gapiłam się na Gosię składającą szafkę i miecia mordującego się z gołąbkami. Mam ogromną ochotę zajrzeć do książek, może prysznic wytrąci mnie ze stanu odrętwienia. Coś miałam jeszcze dodać, trudno, dodam jutro. Idę pozwijać skarpetki w kulki, zajrzeć do walizki, albo zdecydować niech stoi do jutra, wziąć prysznic, zapodać krem do stópek, sprawdzić co tam u Wokulskiego lub u Aslego.
2512. Day ten (pora wracać).
Po śniadaniu jeszcze raz poszłam na cmentarz, tym razem z tatkiem. Niektóre znicze były na wykończeniu, ale płomień nadal się tlił, nie było sensu robić ruchów dodatkowych. Przy okazji porozmawiałam sobie z tatą, który coraz bardziej skupia się na swoich problemach zdrowotnych, niektóre są prawdziwe, inne bardziej takie ... głowowe.
(Rozmawiałam na kamerce z Mirą, pokłóciła się z Saren i chciała się upewnić co do procedur. W sumie jest to raczej nieprofesjonalne, żeby zaczepiać człowieka w czasie jego wakacji, ale już trochę znam Mirę i jej objawy adhd. Mówię, potakuję, odmawiam sobie mentalnego przenoszenia się gdzie indziej, jeszcze nie, bo gdyż ...)
Mama zrobiła zupę pomidorową; sama jej nie lubi, więc wiem, że to głównie dla mnie. I tak zajadając zupę oglądałam powtórkę Very (podoba mi się bazowy pomysł stojący za tym serialem: starsza kobieta w głównej roli, normalna, nieprzebrana za obiekt seksualny. Mam ochotę wrócić do pierwszego sezonu w jakimś czasie intelektualnego obiboctwa). Wojciechowi bieleje nos, to chyba nic chorobowego, tylko starość. Ogólnie, wszyscy jedzą i śpią, oszczędzają energię na wypadek wojny.
(Off topic, uśmiechnęła mnie sprawa pewnego łódzkiego nagrobka, na którym wykuto napis Żyłem jak chciałem. No i chooy. Naprawdę, bez żartu, bardzo inspirujące)
Wyjechaliśmy na lotnisko około trzeciej. Ruch samochodów gęstniał w pobliżu większych miast, ale akurat był przeciwny do naszego kierunku, więc poszło dynamicznie i po przyjeździe do Wro mieliśmy czas na kawę ...
To nie była dobra kawa, smakowała jak parząchew, a nie była to parząchew (w tym temacie zrobiłam się jak francuski piesek). Rodzice dojechali bezpiecznie do domu zanim jeszcze zdążyłam wystartować. Lot był opóźniony o jakieś pół godziny. Zapowiadało się wprawdzie nieciekawie (pewna mama z nadruchliwą latoroślą bardzo sobie nie radziła z sobą samą w tej sytuacji), jednak podróż przebiegła bez zakłóceń, była nudna i zaskakująco krótka. Dublin drzemał pod niskimi chmurami ...
Gdy wydobywałam się z korytarza w sali przylotów, Kochany właśnie nadchodził ... o wpół do dwunastej jestem we własnym Kuchniosalonie. Mańka tak mnie atakuje z góry i z dołu, że dokończę pisać jutro rano.
Jutro rano: jak mi się nie chce!
niedziela, 1 listopada 2026
2511. Day nine.
Rodzice wyjechali do Hochkirk wcześnie rano. Gdy wracali, zamknęłam dom i wyszłam na spacer do cmentarza niosąc w torbie znicze dla cioci Stachy. Piękna była cisza przez cały dzień, rano przecinana nawoływaniami żurawi, czasami tak głośnymi, jakby ptaki stały tuż za płotem.
Zaszłam na cmentarz jeszcze dwa razy. Najpierw w południe, wyszłam chwilę za rodzicami. Zamiast mszy, ksiądz pomachał kropidłem, zaintonował kilka modlitw. Skoro było krótko, zostałam na całości, bez żegnania się i udawania, że coś tam mruczę pod nosem, trochę się rozglądałam, rozpoznałam parę osób, chyba nawet bardziej z pokolenia moich rodziców niż z własnego. Wieczorem przespacerowałam się z mamą (kiedyś łuna od zniczy górowała nad lasem, teraz jest raczej ciemno, mniej ludnie; po zachodzie słońca ludzka aktywność przybiera formę spotkań towarzyskich).
Mój pobyt na DŚ dobiega powoli końca, odprawiłam się już w apce, ale nie jestem spakowana, rzeczy przemieszczają się chaotycznie; poniedziałek będzie jak druga niedziela, potem od razu wpadnę w tydzień jak śliwka w kompot. Poza lokalnym grobbingiem dzień był bardzo spokojny, zajadaliśmy się krokietami i bigosem, odkryłam w kredensie krówki smakowe na deser, zerkałyśmy z mamą na kolumbusy i fadery brałny (wypierałam politykę). Zaczęłam czytać Autumn Ali Smith oraz Trylogię Fossego, lektury dobre na podróż jesienią.















