Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.
czwartek, 1 października 2026
2480. Mój miesiąc.
Zaczęłam dzień w Pe, najpierw kupiłam kochanemu podwójne espresso, a gdy mąż wyjechał w swoim kierunku, zjadłam rogalik i czytając dopiłam w kawiarni espresso z wodą. W biurze włączyłam Program 2 niechcący załapując się na kawałek Zony Mathiasa Énarda czytany przez Bonaszewskiego (już któryś raz natykam się na tę książkę). Biurowe pierdółki zostały przerwane przedpołudniową kawą z Benkiem, poza tym siedziałam w excelu, przygotowałam umowy dla pracowników (tych samych co zwykle). Z rozmowy kawowej wynika, że nie będzie problemu ze znalezienia zastępstwa na czas mojej nieobecności; bardzo mnie to cieszy.
piątek, 11 września 2026
2460. Trzeba popracować oraz koncert.
Do plecaka wzięłam Boathouse Fossego. Dobry tekst. Ale też, myślę sobie, i powiedziałam to Kochanemu przy kawie, czytanie odciąga mnie od pisania. Nie piszę niczego. Zebrałam trochę materiałów o tacie, które leżą teraz w jednym z folderów na głównym ekranie, i nic więcej się z nimi nie dzieje od dwóch lat. Czytanie odciąga mnie również od oglądania filmów, do kina nie wychodzimy (prawdą jest, że często nie ma na co, idziemy do kinowego foyer, macamy wielkie ekrany omijając zachęty do kupienia popcornu w zestawie z colą, sprawdzamy plan na kilka następnych dni, a tam rzadka kupa).
Czyli piątek, dni śmigają. Jestem w domu wcześniej, jemy obiad i świeżo zakupione ciastka z Termon, spacer z koteczkami, przebieram się i wracamy do miasta. Kilka dni temu Kochany kupił bilety na występ Miah Persson (sopran) i Josepha Middletona (fortepian). Koncert w świętym Pietrze otwiera lokalnie sezon muzyki klasycznej 26/27. Lubię to miejsce pomimo tego, że siedzenia nie są za wygodne; otoczenie jest klimatyczne (nagrobki) oraz można liczyć na współpracę (pan kierujący ruch do kościoła stał na straży z małym, czarnym psem, przypomniał nam, że do Irlandii zjeżdża za chwilę Pomarańczowy i wiadomo, że my jesteśmy fajniejsi; kobieta robiąca fotki do lokalnej gazety).
niedziela, 7 grudnia 2025
2181-2182. Weekend mikołajkowy.
W sobotę późna pobudka, śniadanie o dziesiątej, wyjazd do Drołdy na kawę, zaszliśmy też do sklepu zoologicznego, żeby kupić coś dla kocóreczek. Czyli znowu się szwendamy. Po powrocie wolne grzebanie się, telefon do mamy, Kochany robi obiad kalafiorowy, potem trawimy pięć tysięcy kalorii.
Książkę trzeba zacząć od topografii — taka myśl mi przyszła do głowy, gdy w półśnie opierałam się o poduszkę jak Neron. Fred mnie ocucił przed siódmą, trzeba było się nam pozbierać z proszku i wyjechać do Ka. Po opowieściach nadstołowych obejrzeliśmy we troje Święto ognia (2023), które rozczarowało. Droga powrotna w jasnym świetle księżyca. Tuż po północy siedziałam już we własnym łóżku.
Nic dziwnego, że niedzielę też zaczęłam późno i Kochany wstał zanim zdążyłam otworzyć oko. Na śniadanie pierogi z boczniakami usmażone na maśle (baardzo dobre, jedna porcja na dwoje odpowiednia, bo mocno przyprawione i pewnie nie wcisnęłabym całej). Potem, paradne, zachciało mi się podróży, gdyż zawsze zachciewa mi się podróży, gdy jest szaro i pada. Fred twierdzi, że to kocia przyjemność: patrzeć na zmoknięte krajobrazy, gdy samemu siedzi się w suchym ciepełku. Wyruszyliśmy na południe przez Julianów, daliśmy się wyprzedzić ekspresowi z Belfastu mknącemu po szynach obok, i znaleźliśmy się w Skerries, w Goat in the Boat (tak, mieliśmy to odłożyć do nowego roku, ale nie wyszło; przemykaliśmy opłotkami, żeby nie stać w korkach, a w drodze powrotnej zaliczyliśmy wycieczkę krajoznawczą po uprzednim zgubieniu azymutu). Kawiarnia bardzo dobra, niestety wiele osób o tym wie, więc o stoliku przy oknie z widokiem na port nie było nawet co marzyć.
Kochany kupił paczkę ziaren, jest dobry powód, żeby tam wrócić.
Wracaliśmy do wsi od strony morskiej, żeby zobaczyć to i owo, np. nowy próg spowalniający, który zainstalowano na głównej ulicy, ale nie tam gdzie zginął Rysio, więc nie jestem zadowolona.
Po obiedzie (makaron, dużo makaronu) skończyłam Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu Masłowskiej (WL, 2017). Niedawno skończyliśmy z Kochanym oglądać Żądło (1973), tak dla przypomnienia jaki to świetny film. Koteczki, szczególnie Mania, kręciły się naokoło, przewalały na kolanach, tulały i domagały głaskania. Klikam, układam słowa w rzędach, w tle soundtrack z Pulp Fiction, bo mamy na cd takie dziwne rzeczy.
środa, 25 września 2024
1744. Przygotowani?
Na środę mieliśmy plan działania energiczny: trzeba posprzątać to, czego się do tej pory nie posprzątało. Założenie wstępne jest takie, że goście będą raczej chcieli coś zobaczyć, więc Fred miał kupić produkty śniadaniowo-kolacyjne, podczas gdy ja zamierzałam udawać, że umiem sprzątać. Łazienka, odkurzanie, blaty kuchenne. Ale zanim to wszystko nastąpiło, rozmawiałam z tatą (i nagrałam go dzięki aplikacji w laptopie, technologia z nami). Skupiliśmy się na latach 50-tych, muszę tego posłuchać jeszcze raz, żeby wiedzieć jakie pytania zadać następnym razem. Z nowości pozaprojektowych, tatko przekazał mi smutną wiadomość: mąż naszej polskiej sąsiadki umarł po dłuższym jakimś niedomaganiu. Szkoda Stefy, dobry z niej człowiek, teraz będzie jej jeszcze ciężej, jej mąż też dobry człowiek, wiele zwierząt go lubiło, a jak tatko złamał nogę, to też dużo mamie pomógł z transportem.
Sprzątanie szło mi tak sobie. Kochany wyjechał po zakupy i wtedy właśnie wydało mi się, że lodówka przestała działać. Na całe szczęście to były tylko moje zwidy. Ale coś się w kuchni przepaliło niewątpliwie, mam nadzieję, że nic istotnego. Mąż wrócił z zakupów z prezentem dla mnie, kolejnym kapelutkiem Seeberger, tym razem czarnym bucketem w czerwone i szare liście; będzie super na tę jesień. Poza tym, gdyby lodówka jednak padła, to będziemy jeść na mieście ... z tym facetem nie zginę :D
No to już po nas, powiedział dziadek Freda, francuski komunista, gdy ideowo wrócił po wojnie do (k)raju, i zobaczył jak jest pięknie. Takim wspomnieniem rodzinnym podzielił się ze mną Kochany, gdy on robił obiad, a ja się opierniczałam przy laptopie i rozmawialiśmy o moim projekcie wspominkowym.
Krótka rozmowa uaktualniająca z Usz była, że pada, że dwanaście stopni mamy i jutro będzie wiało, więc tego, żeby trzymali się poręczy. W głośnikach ostatnia płyta Rolling Stonesów.
___
edit 22:00 Obejrzeliśmy Samotność we dwoje (1968), z Horowianką, Voitem i Gogolewski. Szczególnie ten ostatni błyszczy.
poniedziałek, 23 września 2024
1742. Gosposia.
Dzień kończy się pająkiem i zaczyna pająkiem (wczoraj pająk na kurtynie prysznica, dzisiaj pająk na zamknięciu chlebaka). Transportuję pająki do ogródka w plastikowym pudełku.
Zazwyczaj najlepiej śpię nad ranem, nie tym razem jednak, czekała mnie wizyta pana majstra, więc wygramoliłam się z sypialni, gdy Kochany był jeszcze w domu. Plan następujący: majster, porozmawiać z tatkiem, przygotować foldery dla uczniów, wysadzić chryzantemę do doniczki. Plan w działaniu: po śniadaniu Safron zagadała na whatsappie jak tam i czy coś przegapiła, odpowiedziałam jej, co wiem i że też czekam na Godota. Majster Pol przyjechał dziesięć minut przed czasem (jakiś taki znękany porannym poniedziałkiem), odkręcanie i przykręcanie rurki zajęło mu kwadrans, w tym czasie opisałam połowę folderów. Zadzwoniłam do tatki, ale nadal był zajęty pracą przed domem (asystenci: Maciej i Zosia; Zosia wskakiwała w wykopane przez tatę dziury, Maciej przyszedł na głaskanie, żeby było wiadomo, kto jest najważniejszy). Chryzantemę kupioną kilka dni temu przez Freda wysadziłam do ozdobnej doniczki przed domem. Testowałam, czy majstrowi udało się naprawić to, co nawalało. Niestety, czyszczenie dignsa nie pomogło, jeśli chcemy podgrzać wodę, podgrzewamy jednocześnie grzejniki, czy się to nam podoba czy nie. Zrobiłam obiad (myślę o babci Mani, jak ona to znosiła, robienie obiadu codziennie przez 60 lat). Z rozpaczy zabrałam się za robotę papierkową, ściubienie tabelek do akredytacji. Przerwałam w połowie. Awrio. Folderów nie dokończę. Awrio.
Kochany jest zbyt zmęczony na wspólne oglądanie dramatu psychologicznego. Odkładamy to na później. Francuski i książki, do wyboru, do koloru [alles, was das Herz begehrt].
piątek, 13 września 2024
1732. Zwyklak.
Dzień upłynął mi na miłych drapaniach się po brzuszku: zjedliśmy znośne śniadanie, Fred przygotował kurczaka na rosół, do którego od czasu do czasu zaglądałam dorzucając ingrediencje; tatko zadzwonił przekazując grafik swoich przeprowadzek i informując nas o nadciągającej do Dolnego Śląska wielkiej powodzi; zaczęłam słuchać The Big Four (kolejny audiobook z głosem Hugh Frasera).
Przed wyjazdem do przyjaciół zajrzałam do Junony, żeby zaaplikować jej homeopatyczne krople wraz z kocią kolacją.
___
edit 23:35 spotkanie przy bezie z owocami i zielonej herbacie minęło jak z bicza strzelił. Nie oglądaliśmy żadnego filmu, przyjaciel zachęcał nas do obejrzenia debaty Trump vs Kamala, ale to za ciężkie działa na towarzyskie posiedzenie. Pieseł wtulił się w nas i chrapał, dobry pies.
W Wyborczej zerkam na wątek powodziowy.
środa, 11 września 2024
1729-1730. Trzymać się grafiku nie jest łatwo.
Wtorek
Śniadanie, kawa, męczenie Zająca, wysłanie dwóch cv, terapeutyczna rozmowa z tatką (42 minuty), zakończenie czytania Anny i Pana B. (Wielka Litera, 2023); kontynuacja słuchania wczorajszego audiobooka z Hugh Fraserem i wybebeszanie jednaj półki. Chwilowe omdlenia, więc obiad, żeby pierogi ruskie zapić kefirem po same uszy (mam wrażenie, że to moja mentalna reakcja na grafik, który sama sobie narzuciłam, patrzę na papiery na podłodze i słabo mi się robi, czy mogłaby przyjść służba i uprzątnąć to wszystko? Marysiu!). Kochany wrócił o zwykłej porze, wrzuciłam mu łososia na ruszt i zagadałam z detalami o tym, że nie mam pojęcia, po co Zając napisał książkę. Wieczorem rozmawiamy na pół-poważnie, czy by nie zacząć robić wywiadów z moim tatkiem. Zaczynam lekturę Dziadów i dybuków Jarosława Kurskiego.
Środa
Miałam sen, po przebudzeniu tuż przed ósmą natychmiast opowiedziałam go Kochanemu, żeby nie zapomnieć, bo wątek utleniał się w tempie przyspieszonym. Początek był nad morzem, bardzo jasnym, prawie nieirlandzkim, gdzie spędzaliśmy noc (robiłam zdjęcia porannej plaży). To była niemiła część snu, sen z wodą, nowymi budynkami i wędrowaniem po omacku. Druga część była na uczelni. Wróciłam na studia z których w tym śnie wcześniej odpadłam, były to studia artystyczne, pierwszy dzień, pierwszy wykład, niewygodne siedzenie. Wykładowca nie przyszedł. Domyślałam się, że wykład przeniesiono gdzie indziej, ale nie mogłam znaleźć tego miejsca, bo z powodu słabego wzroku i jeszcze słabszego oświetlenia w korytarzach, nie mogłam odczytać żadnych informacji na drzwiach. I Kochany tam ze mną był, razem studiowaliśmy, mieliśmy wspaniałego osła. Osioł porwał naszą uniwersytecką torbę i zgubił ją w czasie dzikiego wyścigu z końmi. Jeszcze wyhodujemy sobie w tej torbie grzyba, powiedziałeś. Nic nie szkodzi, wysuszymy, powiedziałam. Bo ten osioł pięknie biegł, nieustraszenie. Poza tym Kochany powiedział mi, że Deniro, który też z nami studiował, w drodze przejechał jakieś zwierzę. Znowu była woda, tak jakby na polach za domem rodzinnym, nagle wataha wilków zaatakowała dzika, prawie go dopadły, ale to się działo w wodzie, która się szybko podnosiła. Spoglądam pod stopy, widzę szorstkie grzbiety dzików, całą ich flotyllę, nurkujące jak delfiny. Nikomu nic się nie stało, wilki nie potrafią nurkować, a dzik nie był sam.
Czyli tak zaczął się dzień, opowiadaniem o śnie, analizą pokrętnych wyobrażeń. Może rzeczywiście powinnam wypytać tatkę o różne rzeczy? Plan: przygotować się na jutrzejsze zajęcia, wybebeszyć drugą szafkę, wywiadować tatkę.
___
edit 20:40 Wyszło tak, że przede wszystkim była rozmowa z tatkiem. Po śniadaniu zobowiązałam go do zrobienia grafiku jego życiowych relokacji. Potem rozpoczęłam poszukiwania książki, która ukazała się prawdopodobnie w ostatnim roku PRL, myślę, że bardzo pomogłyby mi archiwalne numery Gazety Robotniczej z lat 1987-89 (do tej pory ani słychu). Po drugiej oboje z Kochanym się ocknęliśmy, on z zaaferowania tym, co robił na laptopie, ja z podążania za dr Jamesem Sheppardem. Zapytałam o obiad, zajrzałam do lodówki, powstał plan bardzo dziwny, typowy dla nas: podjeżdżamy do rzeźnika familijnego, Fred kupuje wątróbkę (coś kiepsko z moim semi-wegetarianizmem w tym tygodniu), potem jedziemy do El Paso, na kawę, bardzo przecież po drodze. Ba! Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze udało się wcisnąć "małe" zakupy warzywne (gdyż do wątróbki dobra jest Krisowa sałatka z pora), a na końcu herbatkę u przyjaciół. Wpadliśmy tylko na chwilę napić się zielonej i ustalić, kiedy widzimy się w piątek. Patataj do domu, Kochany smaży wątróbkę, ja szukam głowy do jutrzejszej pracy; jemy, i oto jesteśmy, pełni i kontenci. Szafka nie została wybebeszona.

