Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilka. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2024

1493. Zimno.

Jeszcze zimniej, w nocy szyby samochodu zarosły mrozem, Kochany walczył z zimową powłoką świata do ostatniej chwili przed porannym wyjazdem. Dzień w pracy się mi dłużył, ale nie był nieprzyjemny (oprócz dłużyzn, pierwszy raz w tym roku pokazałam się w Moorlandzie na lunchu); Kochany z Lilką pojechali w tym czasie do Carlingford. 

Zanim ruszyłam do domu, zaszłam do Bootsa i zaopatrzyłam się w nową pomadkę o nazwie Montmartre, nr 129 (satynowe pomadki L’Oreala w cielisto-różowo-brązowawych odcieniach zostaną ze mną na dłużej). Wróciłam po piątej, a pół godziny później, gdy akurat przyprawiałam kurzynę do muzyki Gabriela z płyty So (1986), pojawiła się reszta domowników. Końcówkę dnia spędziłam przyjemnie, na wymądrzaniu się, testowaniu nowego kremu do włosów (z awokado), klikaniu na laptopie prosto z centrum dowodzenia w łóżku. Mąż zrobił obiad, zjadłam go i po dłuższej rozmowie z gościem ponownie zanurkowałam pod kołdrą. 

Na noc zapowiadają -4°C.

poniedziałek, 15 stycznia 2024

1491. Lovely Monday.

Zanim wyjechaliśmy na zachód, zatrzymaliśmy się na dziesięć minut na wsiowej plaży. Noc musiała być zimna, woda odpływu pokryła piasek cienką warstwą zmarzliny.

Do Moherów zaczęliśmy zmierzać nieco później niż to stało we wczorajszych planach, bo plaża, bo Fred jeszcze zajechał do mechanika (nie zastał go). Droga była długa, najpierw w kierunku Galway, potem przez torfowo-bagniste krajobrazy na lewo (obok ruin Learmenah Castle i zakręt w Kilfenorze). Pod centrum turystycznym zaparkowaliśmy przed drugą po południu (bilety podrożały, €12 za osobę) i prawie od razu ruszyliśmy na spacer pod górkę.



Podobnie jak ostatnio, nie doszliśmy do końca szlaku, ale tylko na tyle, na ile było to dla nas interesujące. Po trzeciej weszliśmy do centrum turystycznego, żeby skorzystać z toalety, zagrzać się chowderem z pajdą swojskiego chleba, wzmocnić kawą i rozejrzeć w sklepiku z suwenirami.


Wcześniej były różne pomysły na drogę powrotem i ewentualny posiłek, ale skoro kwestia jedzenia została załatwiona, pozostało nam wydobyć się ze skalistego krajobrazu przed zachodem słońca. Pojechaliśmy przez Corkscrew Hill, więc mogłam ponownie uwiecznić widok na wzgórza Burren płaskie jak krowie placki:

W tle David Bowie; młodzież na tylnym siedzeniu cichutka jak myszka; gwiazdozbiór Oriona prowadził nas gdzie trzeba. Już na swoich śmieciach skręciliśmy tylko na chwilę do Lidla i po ósmej witaliśmy się z domkiem. Zamiast zbyt późnego obiadu, każdemu dostała się upieczona kacza noga (młodzież dostała dwie, osobno na dwie półkule mózgowe, bo wiadomo, rośnie i mądrzeje), potem szybko wskoczyłam pod prysznic. Z pełnym żołądkiem jeszcze chwilę posiedzę usiłując trawić i nie myśleć o tym, że jutro (nie wiadomo po jakie licho) jadę do pracy. 

niedziela, 14 stycznia 2024

1490. Wizyta.

Do jedenastej mieliśmy być pozbierani i gotowi na wyjazd. Owszem, byliśmy. 

Rajd do Dublina. Samolot wylądował o właściwej porze, ale na Lilkę trochę poczekaliśmy, było akurat tyle czasu, żeby wypić zadziwiająco dobrą (jak na miejsce) kawę:


(w domu doczytałam, że Cloud Picker są palarnią specjalistycznej kawy z Crumlin, więc ich Jose nie jest przypadkiem)

Po przywitaniu najpierw udaliśmy na obiad do Swords, gdzie w Milano (pawilony) zjedliśmy bardzo dobre pizze. W trakcie posiłku zastanawialiśmy się, co jeszcze dzisiaj Lilce pokazać. Czas uciekał, słońce szybko chyliło się ku zachodowi, więc zamiast zagłębiać się ponownie w stolicę, pojechaliśmy w kierunku Ardgillan, żeby obejść naokoło znaną nam posiadłość.

Ogród stał nagi w zupełnej ciszy (zwiedzający raczej zmierzali do wyjścia, czyli w odwrotnym kierunku od naszego), za zaparowanymi szybami szklarń spały zimowym snem pelargonie, a gdy tylko weszliśmy na otwartą przestrzeń owionął nas lodowaty wiatr od morza. Niewiele rzeczy do delektowania się, poza tym nie chcieliśmy wchodzić do kawiarni, która i tak zaraz miała być zamykana. Następnie Costa w Drołdzie, sprawunki w Tesco i Lidlu, i do domu. Dla rozruszania atmosfery obejrzeliśmy pierwszy odcinek Ojca Teda. Przed dziewiąta Kochany zaczął przygotowywać krewetki.

Gość jest sympatyczny i nawet wymowny, chyba będzie dobrze (słyszę jak w Kuchniosalonie trwa dyskusja na temat polskiej polityki). Na jutro są ciekawe plany.