Strony

poniedziałek, 15 stycznia 2024

1491. Lovely Monday.

Zanim wyjechaliśmy na zachód, zatrzymaliśmy się na dziesięć minut na wsiowej plaży. Noc musiała być zimna, woda odpływu pokryła piasek cienką warstwą zmarzliny.

Do Moherów zaczęliśmy zmierzać nieco później niż to stało we wczorajszych planach, bo plaża, bo Fred jeszcze zajechał do mechanika (nie zastał go). Droga była długa, najpierw w kierunku Galway, potem przez torfowo-bagniste krajobrazy na lewo (obok ruin Learmenah Castle i zakręt w Kilfenorze). Pod centrum turystycznym zaparkowaliśmy przed drugą po południu (bilety podrożały, €12 za osobę) i prawie od razu ruszyliśmy na spacer pod górkę.



Podobnie jak ostatnio, nie doszliśmy do końca szlaku, ale tylko na tyle, na ile było to dla nas interesujące. Po trzeciej weszliśmy do centrum turystycznego, żeby skorzystać z toalety, zagrzać się chowderem z pajdą swojskiego chleba, wzmocnić kawą i rozejrzeć w sklepiku z suwenirami.


Wcześniej były różne pomysły na drogę powrotem i ewentualny posiłek, ale skoro kwestia jedzenia została załatwiona, pozostało nam wydobyć się ze skalistego krajobrazu przed zachodem słońca. Pojechaliśmy przez Corkscrew Hill, więc mogłam ponownie uwiecznić widok na wzgórza Burren płaskie jak krowie placki:

W tle David Bowie; młodzież na tylnym siedzeniu cichutka jak myszka; gwiazdozbiór Oriona prowadził nas gdzie trzeba. Już na swoich śmieciach skręciliśmy tylko na chwilę do Lidla i po ósmej witaliśmy się z domkiem. Zamiast zbyt późnego obiadu, każdemu dostała się upieczona kacza noga (młodzież dostała dwie, osobno na dwie półkule mózgowe, bo wiadomo, rośnie i mądrzeje), potem szybko wskoczyłam pod prysznic. Z pełnym żołądkiem jeszcze chwilę posiedzę usiłując trawić i nie myśleć o tym, że jutro (nie wiadomo po jakie licho) jadę do pracy. 

2 komentarze:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.