Do jedenastej mieliśmy być pozbierani i gotowi na wyjazd. Owszem, byliśmy.
Rajd do Dublina. Samolot wylądował o właściwej porze, ale na Lilkę trochę poczekaliśmy, było akurat tyle czasu, żeby wypić zadziwiająco dobrą (jak na miejsce) kawę:
Po przywitaniu najpierw udaliśmy na obiad do Swords, gdzie w Milano (pawilony) zjedliśmy bardzo dobre pizze. W trakcie posiłku zastanawialiśmy się, co jeszcze dzisiaj Lilce pokazać. Czas uciekał, słońce szybko chyliło się ku zachodowi, więc zamiast zagłębiać się ponownie w stolicę, pojechaliśmy w kierunku Ardgillan, żeby obejść naokoło znaną nam posiadłość.
Ogród stał nagi w zupełnej ciszy (zwiedzający raczej zmierzali do wyjścia, czyli w odwrotnym kierunku od naszego), za zaparowanymi szybami szklarń spały zimowym snem pelargonie, a gdy tylko weszliśmy na otwartą przestrzeń owionął nas lodowaty wiatr od morza. Niewiele rzeczy do delektowania się, poza tym nie chcieliśmy wchodzić do kawiarni, która i tak zaraz miała być zamykana. Następnie Costa w Drołdzie, sprawunki w Tesco i Lidlu, i do domu. Dla rozruszania atmosfery obejrzeliśmy pierwszy odcinek Ojca Teda. Przed dziewiąta Kochany zaczął przygotowywać krewetki.
Gość jest sympatyczny i nawet wymowny, chyba będzie dobrze (słyszę jak w Kuchniosalonie trwa dyskusja na temat polskiej polityki). Na jutro są ciekawe plany.





















