Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl z Kanią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl z Kanią. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2026

2356. Słucham.

Upiór Siembiedy wleciał do ucha o poranku. Tak skutecznie się na nim skupiłam, że została mi tylko godzina, ale zostawię ją sobie na jutro. 

Pod wieczór, po obiedzie i spacerze z koteczkami, rozmawiałam z mamą. Tatko miał dzisiaj rezonans głowy (prywatnie, bo inaczej musiałby czekać z rok), mama cały dzień źle się czuła z powodu pogody. Porozmawialiśmy trochę, smęciłam im o naszych planach lotniczych. W tym czasie Fred zagajał z Haną (coś tam się wykluwa). 

Ogólnie dzień rozbabrany, mokro, na czas spaceru musiałam wymienić szorty na długie spodnie, aktywność twórcza i sensowna minimalna.

niedziela, 15 lutego 2026

2252. Słuchanie i sztrykanie.

Poranek poświęciłam na wysłuchanie do końca Sobowtóra Siembiedy. Ściągnęłam też na czytnik dostępny od wczoraj w bibliotece ostatni tom Trylogii kopenhaskiej Ditlevsen. 

Kochany dodzwonił się do świekry, jako pretekstu użył zaproszenia na wiejskie wesele, które dotarło do nas niedawno pocztą. Świekra brzmiała marnie, podobno któryś tydzień męczy ją koklusz. Rozmowa potoczyła się w kierunku genealogicznym, w konsekwencji spędziłam trochę czasu na poszukiwaniu kolejnych dokumentów, jak się okazało nie tak trudno dostępnych i zaprzeczających rodzinnym teoriom. Rozmawiałam też krótko z mamą, niezbyt długo, wymieniłyśmy się kocimi wieściami, stanami umysłu i pogody.

Drzemię, biorę prysznic, suszę włosy, oglądamy z Kochanym miecia krojącego jabłka, w końcu decyduję się na rozpoczęcie słuchania cyklu z Kanią od pierwszego tomu i odpalam 444 jednocześnie radośnie używając nowych igieł. Czapka z diabełkowymi uszkami gotowa. Jest śmieszna, trochę krzywo zszyta, bardzo ciepła, stworzona głównie w celu utwierdzenia mnie w poczuciu, że umiem sztrykać i chodzi tylko o praktykę. Umiem :)

sobota, 14 lutego 2026

2251. Walenty.

Sobota była długa i satysfakcjonująca, choć zaczęła się nijako — przed czwartą nad ranem postanowiłam w końcu wstać i trochę się zmęczyć, inaczej z dalszego snu nici (po nocnym przebudzeniu długo nie mogłam zasnąć). Gdy tak się gramoliłam, Kochany również się obudził i zaanonsował, żebym sprawdziła, co jest pod łóżkiem. Pod łóżkiem był zestaw dwudziestu dwóch dramatów Szekspira wydany przez firmę z Mumbaju, moje ulubione perfumy Millera Harrisa (setka L’Eau Magnétique i trzy inne próbki) oraz kraciaste skarpetki Perry’ego. Czyli zaczęłam dzień od prezentów, powtórki z Ilii Malinina Upadłego oraz drzemki.

Następna pobudka w okolicach dziewiątej. Audiobook, śniadanie, telefon do Freda od Ka, z zaproszeniem i pogadanką o łyżwiarstwie oraz sporcie zawodowym ogólnie, zwykły domowy rozruch, pogoda nawet ok.

Chciałam zaprosić Kochanego na naleśniki, więc krótko po południu wyjechaliśmy do El Paso. Droga do miasta wiodła przez niedawno podtopione drogi prowincjonalne okraszone widokiem ośnieżonych gór. 

Oczywiście, po kawie w ulubionym miejscu był zwyczajowy spacer do księgarni, gdzie znowu coś kupiłam, tym razem Parade Rachel Cusk (ostatnio zadałam SI pytanie, czy są jakieś pisarki a la w podobie Hjorth, w odpowiedzi pojawiła się m.in. Cusk, zobaczymy, ile warte są rozmowy z modelem szurającym bez filtra po każdej dziurze). W Guineysie po drugiej stronie ulicy kupiłam z kolei zestaw igieł dziewiarskich. Obydwa nabytki wprawiły mnie w nastrój osobliwie kontenty; do książki nie chciałam papierowej torby, wolałam trzymać ją w ręce, żeby podczas spaceru móc dotykać chropowatej grafiki na okładce, a igły co trochę wyciągałam z prawej kieszeni i podziwiałam ich piękną prostotę.

Kochany miał plan dodatkowy, obkupić żarciem nasze zdrowo jedzące myszy, po El Paso kontynuowaliśmy więc podróż bardziej na północ, do Newry. Widok gór przyprószonych śniegiem wyskakujący za nieośnieżonym, burym miastem wydał się mi jeszcze bardziej oniryczny. 

Mieliśmy trochę czasu do spotkania z przyjaciółmi; po powrocie do Republiki pierwszy przystanek był pod Tesco, drugi pod Costą, gdzie zamówiliśmy kawę do papierowych kubków i ... kilkadziesiąt minut spędziliśmy w samochodzie, popijając kofeiną fabułę Sobowtóra (Kochany również wciągnął się w słuchanie, które zapewne skończyłabym w sobotę, gdyby nie ta wieczorna wizyta). W międzyczasie pogoda zmieniła się ze spacerowej w deszczową, trzymałam obute kopyta na desce rozdzielczej i bardzo się czegoś cieszyłam.

U przyjaciół godka o pogrzebach (nie wiem jak to się zaczęło) oraz ostatni odcinek drugiego sezonu 1670 (Fred przewidział zmartwychwstanie Bogdana). Dobry dzień, bardzo gruntujący w rzeczywistości, mojej, nie cudzej.

piątek, 13 lutego 2026

2250. Radość z łopatki.

Duje o poranku, potem do Wyspy wkracza chłodne słońce. W pracy letarg, jestem raczej cicha, strapiona mokrą wykładziną, nic dziwnego, że najwięcej frajdy sprawiło mi kupienie plastikowej łopatki :) Poza tym postanawiam nie przejmować się rzeczami na które mam wpływ minimalny — niby to oczywista oczywistość, ale periodyczna aktualizacja powyższego programu jest konieczna, mikroruchy z łatwością rozstrajają go w kierunku rojeń wielkościowych.

Poszliśmy z Kochanym na kaffkę:


W drodze do domu widziałam góry pobielone śniegiem. I dobrze, niech ziębi. W domowym cieple słucham Sobowtóra Siembiedy.