Rano kontynuacja zachwytu nad drzwiami. Przed moim wyjazdem do pracy pojawili się panowie, nie wiem czy obrażeni, ale zapewne już wiedzą, że wschodnie babiszcze długie listy pisze. Uczciwie trzeba przyznać, że ta ekipa, znowu inna od wczorajszej, oraz od poprzednich partaczy, wykonała kawał dobrej roboty.
Zamiast zabrać się od razu za pracę, doczytałam Rudzkiej Tylko durnie żyją do końca (W.A.B., 2025). Super literatura; na tę okoliczność poszłam do Pe, zjawiłam się akurat w momencie, gdy Broda wywieszał nad wejściem chorągiewki na cześć drużyny GAA (w mieście coraz więcej biało-czerwonych flag, na prowincji toż samo). W pracy zaczęłam też słuchać reportażu Potaczały o Bieszczadach, a wieczorem zabrałam się za Szatańskie tango Krasznahorkaia w papierze (miejmy nadzieję, że coś z tego skończę przed wylotem).
Kochany rozpoczął wakacje. Z powodu wczorajszego stresu przed południem mąż czmychnął do Swords i przywiózł mi stamtąd cieniusi top z długimi rękamia, Majestic Filatures w kolorze, jak mówi etykieta, elephant grey.
O jakem się zirytowała, że strona Herbimanii zniknęła, a wraz z nią przepis na prosty sweter! Na szczęście wynalazłam tę stronę w przepastnych i często zawodnych archiwach Internetu i przeniosłam opis do worda. Uff. Będziem dziergać, tylko potem potem, some other time.
Dostaliśmy od Lisy lilie w doniczce (tzn. mąż dostał i gdzieś postawił, nawet ich nie widziałam), do wysadzenia, gdy Wandale już pójdą na zawsze. Miły gest.
Wieczorem pochłaniamy ciastka z Termon; zanoszę Anne nowy klucz do naszego domu, zapraszam ją na chwilę, rozmawiamy i śmiejemy się z niemieckich odmian zapytania pojebało cię?; Hana potwierdziła, że jednak przylatuje sama (kamień z serca, bo jakoś nie widziałam tu pobytu zupełnie nieznanej nam osoby o której nawet nie wiadomo do końca, czy lubi koty).




