Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2026

2389. Układa się.

Rano kontynuacja zachwytu nad drzwiami. Przed moim wyjazdem do pracy pojawili się panowie, nie wiem czy obrażeni, ale zapewne już wiedzą, że wschodnie babiszcze długie listy pisze. Uczciwie trzeba przyznać, że ta ekipa, znowu inna od wczorajszej, oraz od poprzednich partaczy, wykonała kawał dobrej roboty.

Zamiast zabrać się od razu za pracę, doczytałam Rudzkiej Tylko durnie żyją do końca (W.A.B., 2025). Super literatura; na tę okoliczność poszłam do Pe, zjawiłam się akurat w momencie, gdy Broda wywieszał nad wejściem chorągiewki na cześć drużyny GAA (w mieście coraz więcej biało-czerwonych flag, na prowincji toż samo). W pracy zaczęłam też słuchać reportażu Potaczały o Bieszczadach, a wieczorem zabrałam się za Szatańskie tango Krasznahorkaia w papierze (miejmy nadzieję, że coś z tego skończę przed wylotem).

Kochany rozpoczął wakacje. Z powodu wczorajszego stresu przed południem mąż czmychnął do Swords i przywiózł mi stamtąd cieniusi top z długimi rękamia, Majestic Filatures w kolorze, jak mówi etykieta, elephant grey.

O jakem się zirytowała, że strona Herbimanii zniknęła, a wraz z nią przepis na prosty sweter! Na szczęście wynalazłam tę stronę w przepastnych i często zawodnych archiwach Internetu i przeniosłam opis do worda. Uff. Będziem dziergać, tylko potem potem, some other time.

Dostaliśmy od Lisy lilie w doniczce (tzn. mąż dostał i gdzieś postawił, nawet ich nie widziałam), do wysadzenia, gdy Wandale już pójdą na zawsze. Miły gest.

Wieczorem pochłaniamy ciastka z Termon; zanoszę Anne nowy klucz do naszego domu, zapraszam ją na chwilę, rozmawiamy i śmiejemy się z niemieckich odmian zapytania pojebało cię?; Hana potwierdziła, że jednak przylatuje sama (kamień z serca, bo jakoś nie widziałam tu pobytu zupełnie nieznanej nam osoby o której nawet nie wiadomo do końca, czy lubi koty).

niedziela, 15 lutego 2026

2252. Słuchanie i sztrykanie.

Poranek poświęciłam na wysłuchanie do końca Sobowtóra Siembiedy. Ściągnęłam też na czytnik dostępny od wczoraj w bibliotece ostatni tom Trylogii kopenhaskiej Ditlevsen. 

Kochany dodzwonił się do świekry, jako pretekstu użył zaproszenia na wiejskie wesele, które dotarło do nas niedawno pocztą. Świekra brzmiała marnie, podobno któryś tydzień męczy ją koklusz. Rozmowa potoczyła się w kierunku genealogicznym, w konsekwencji spędziłam trochę czasu na poszukiwaniu kolejnych dokumentów, jak się okazało nie tak trudno dostępnych i zaprzeczających rodzinnym teoriom. Rozmawiałam też krótko z mamą, niezbyt długo, wymieniłyśmy się kocimi wieściami, stanami umysłu i pogody.

Drzemię, biorę prysznic, suszę włosy, oglądamy z Kochanym miecia krojącego jabłka, w końcu decyduję się na rozpoczęcie słuchania cyklu z Kanią od pierwszego tomu i odpalam 444 jednocześnie radośnie używając nowych igieł. Czapka z diabełkowymi uszkami gotowa. Jest śmieszna, trochę krzywo zszyta, bardzo ciepła, stworzona głównie w celu utwierdzenia mnie w poczuciu, że umiem sztrykać i chodzi tylko o praktykę. Umiem :)

niedziela, 8 lutego 2026

2245. Sztryken, sztryken.

Co robiłam? To robiłam:

Zmieniłam koncepcję czapki, zamiast dwa na dwa jest dżersej, zamiast na okrągło jest na płasko, czyli żyłka zbędna, ale nie mam innych drutów. Sztrykowałam bobę metodycznie, słuchanie książki też zamieniło się w przyjemność. Kochany zadzwonił w przerwie w pracy i poinformował mnie o zaproszeniu do przyjaciół. 

Wyjechaliśmy do miasta po obiedzie. Trochę gadania, siorbania herbaty; obejrzeliśmy z Ka kolejne dwa odcinki drugiego sezonu 1670  (został jeszcze jeden). Noc ciemna, w drodze dziury, widzieliśmy żywego borsuka.

niedziela, 25 stycznia 2026

2231. Kilkakrotnie ...

... prułam i nabierałam, mam też swoje przemyślenia o metodzie zachodniej i wschodniej (mama nauczyła mnie przerabiać oczka metodą heretycką). Poza tym cisza, czas przeciekł mi przez palce, mielizna (która częściowo wynika z tego, że ani audiobook mnie nie porywa, ani rozgrzebany ebook na razie nie jest tym, co lubię najbardziej). Dobrze po południu przypomniało mi się, że muszę się ogarnąć z włosami, bo mamy zaproszenie do Ka i nie będzie czasu na wieczorne ablucje. 

U przyjaciół herbata, ciasteczka, wykrzykiwanie opinii w dwóch językach, seans filmowy (dzisiaj Dzikość serca Lyncha). Padam.

sobota, 24 stycznia 2026

2230. Wietrzna sobota w odcinkach.

Jak to możliwe, że spałam całą noc? Cuda. Obudził mnie alarm w telefonie męża, bo Kochany nie miał tak dobrze i musiał jechać do pracy. Czyli teraz była moja kolej: wstałam po radosnym obskakiwaniu kocóreczkowym. Pogoda markotna, je nie, gdyż się mi blogspot sam naprawił, ramen & halloumi, śledzie na śniadanie. 
___
edit 11:15 rozmawiałam z mamą. Uścisk lodowego sezonu podobno łagodnieje, nadal zimno, ale nie tak źle. Koty się trzymają (Bronuś dobrze pojadł i spał w kontenerku niedawno zakupionym do transportowania go do lekarza; najwyraźniej kotek nie ma lęków związanych z tym miejscem, pokazał mi wygolony brzuszek, łyse łapki i wrócił do drzemki), w tatkę wstąpiła nadzieja. Rozmowa zeszła na wygłupy Pomarańczowego i poradnik na czas wojny, który przysłano do rodziców. Dlaczego trzeba mieć wiadro z pokrywką? Hm.
___
edit 19:30 trawimy z Kochanym. Myszy śpią szczęśliwe. Wiatr gna. Usiłowałam słuchać Dantego, ale środek dnia miałam wyjątkowo rozlazły. Zaczęłam znowu drutować i już antycypuję, że rzecz idzie do sprucia, bo mnie denerwuje rozciągnięte oczko w miejscu łączenia u podstawy robótki; przerobię jeszcze z piętnaście rzędów, żeby się utwierdzić w przekonaniu, o ile oczek mniej nabrać następnym razem. W jakimś sensie ta dziwna praca mnie uszczęśliwia.
___
edit 21:25 lalalala, miałam zrobić dzisiaj tyle fajnych rzeczy. Reality check: Kochany już dawno poszedł spać, Bronia się marcuje, skroluję jakieś głupoty w sieci wysłuchując mrrr miau mrrr miau, trza iść pod prysznic i do łóżka. 

wtorek, 23 grudnia 2025

2198. Wtorek przed świętami.

Spałam mniej niż trzy godziny, obudziłam się po piątej i tyle w temacie, nie mogłam już dłużej, głowa nadal frunęła nad Europą (towarzystwo miałam paradne, jakiegoś pijaczka, który był synem innego pijaczka, szczęście w nieszczęściu załapałam się na sąsiedztwo młodszego, który dysponował większą ogładą i pełniejszym uzębieniem). 

Zapach gotowanej kiszonej kapusty (mama doprawia bigos); świeże bułeczki, domowy pasztet, Kojak na ekranie. W reklamach tłuką "czas dla siebie" i ideę świąt nieidealnych — popelina podłapała nowe hasła, teraz będą jechać na nich na 120%, jak zwykle bez umiaru i zdrowego rozsądku. Umiar i adekwatność to trudne sprawy.

Rano bardzo miła niespodzianka (dpd pracuje):

Stara gwardia się nie poddaje (w głębi Wojtuś, Rózia, Rozalka), daje odpór małym dyjabłom, nie daje się z domu wyrzucić:

Wczesne popołudnie spędziłam niezwykle przyjemnie. Wyjechaliśmy do miasta. Na chwilę, dosłownie na kwadrans, zaszłam do fryzjera, w tym czasie rodzice podjechali do sklepu. Po fryzjerze Rossmann. Tutaj nieco suspensu, bo straciłam połączenie z Internetem, czyli kontakt ze światem, dobrze, że się z rodzicami odnaleźliśmy bez dodatkowych perturbacji (gdy wyszłam z drogerii, nasz samochód stał centralnie piętro niżej). Postanowiliśmy zjeść obiad u chińczyka, udało mi się też zaprosić rodziców do Kota:

Zimno, szaro, ale jesteśmy szczęściarzami, mamy wszystko, czego nam potrzeba. Może poza wkładami do zniczy, więc po powrocie na wieś i po krótkiej inspekcji grobów, kupiłam osiem wkładów, których użyjemy jutro.

Późniejsze popołudnie relaksacyjno-praktyczne (jest też kontakt z Kochanym i wieści z innej wsi); mama doprawiła bigos  + obrała pieczarki, starłam część pieczarek (farsz do krokietów jest już gotowy), smażenie naleśników zabrało mi ledwie pół godziny. Tatko w tym czasie opiekował się zwierzyną. Na koniec dnia, słuchając jednym uchem Vabanku doczytałam Pałac Myśliwskiego (PIW, 1973). Czarne dyjabły poddają moje otoczenie ostrożnej inspekcji.

Czy spadnie śnieg? Byłoby bardzo miło :)

wtorek, 9 grudnia 2025

2184. Sztorm Bram.

Ach, wszystko wyszło jak należy. Wiatr wzmógł się dopiero po południu; cały kraj na pomarańczowo, ale po drugiej stronie ulicy panowie uwijali się z remontem dachu aż miło (czyżby czekali z tym do sztormu? wczoraj na rusztowaniach nie było nikogo). Prąd był, ogrzewanie beło, egzaminy zostały odhaczone, przed świętami jeden strup z głowy usunięty.

Chmury na niebie biegły i coś mruczały. Kochany po czwartej nadjechał, zawinął, wycofał i już pędziliśmy do domu. Jak na możliwości organizacyjne, obiad zjedliśmy wcześnie. Mąż zadzwonił do mamy, bo dostał wiadomość, że dostarczono dwie z trzech paczek z Empiku prezentów pełne dla moi (schowałam się w sypialni, żeby nie podsłuchiwać co tam dobrego dostanę z uwagi na niebywałą grzeczność w mijającym roku; bardzo się cieszę, nie wyrosłam z tego i nie planuję). Do nas też przyszła paczka z prezentem Fredowym, rotomatem Sindelfingen. 

Z innych pożyteczności, udało mi się wysłać do Organów potwierdzenie jak bardzo jestem niezamożna, w związku z czym zasługuję na członkostwo wg rozdzielnika dla biedoty. Oraz rozejrzałam się za wełną, wybrałam dwa motki, paluszek już świerzbi, ale kupię dopiero po wypłacie (w planach stoi, że takie coś będę robiła).

Sztorm ledwie nas musnął, więc doniesienia z Blackrock mnie zaszokowały: dwa dni temu wśród weekendowych opcji rozpatrywałam zajrzenie do kawiarni przy promenadzie, dzisiaj wszystko to stoi pod wodą.

czwartek, 4 grudnia 2025

2179. Myśli i uczynki.

Od rana myślę o włóczkach. O jednej takiej konkretnie, Rowan fine lace, 80% suri alpaca w odcieniu gołębim. Była to włóczka, którą kilka lat temu miałam, wydrutowałam, a potem pod wpływem chwili szalik z niej zrobiony wylądował w worku z ubraniami dla biednych (prawdopodobnie; mgliście pamiętam myśl, że przecież nie można chomikować wszystkiego i inni nie chomikują, tylko z gracją uprawiają minimalizm — chyba miałam chwilowy napad pragnienia, aby być kimś innym, albo miniudar, co na jedno wychodzi). Tak. 

Porozbijaliśmy się z moim Kochanym po mieście: wizyta w nowym Tesco (całkiem zgrabne), potem mąż zaproponował wyjazd obiadowy. Początkowo w planie była suszarnia, ale popołudniowy korek skutecznie zniechęcał do dalszych podróży i wylądowaliśmy w Borzalino pod księżycem w pełni. Oczywiście, nic nowego nie wymyśliłam i opchałam się grzybowym risotto (zazwyczaj biorę pół dania na wynos, ale nie tym razem, szuflowałam łyżką do rozpuku). Po powrocie do domu i szybkim ogarnięciu kuwet wzięliśmy się za oglądanie obejrzanego, gdyż Teatralna skutecznie zarekomendowała nam powrót do Manhattanu (1979) Allena. 

W uszach odprężenie, jutro tylko przewalanie papierów i nic ponad to (żywię nadzieję).

niedziela, 28 listopada 2021

712. Mam czas.

Dzień jak co dzień. Gdy Fred przygotowywał się do wyjazdu, roleta w oknie kuchennym zjeb spadła ostatecznie, a ja szukając zasłony od Jot uderzyłam się drzwiczkami szafki w palec. Zasłona zawieszona, staw w kciuku spuchnięty, ja dumna z siebie.

W Polsce pada śnieg, Maksiu śpi obok mamy, Mruczysław poważnie choruje i jutro jedzie do weta. U nas wróble do spółki z kawkami i kilkoma gołębiami rąbią ziarno aż miło.

Myśli wędrują mi już do jutra, bo nieudany projekt w pracy jest jak bolesna narośl na tyłku, nie daje o sobie zapomnieć. Po wyjeździe Freda do Dublina zebrałam się w sobie do prasowania i oglądałam przy tym dodatki z dvd Father Ted.

Korci mnie, żeby po latach wrócić do robienia na drutach, szukam więc włóczek i wzorów na ponczo. Druty przywiozę pewnie dopiero z Polski, mam czas. 

A teraz do papierów.