Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gradziuejszyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gradziuejszyn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2024

1676. Dzień trzynasty.

Kolejny rok zakończony; wytrwali Dżim, Emma, Luk, Kalem i Matju, Aleks został wprawdzie wywalony z tydzień temu, ale też przyszedł na uroczystość (ponieważ chłopak notorycznie kłamie, nie wiem jak mam potraktować jego wyznanie, że jestem jego ulubioną tutorką ;)). Były przemówienia, były przesłodzone babeczki z logiem projektu, burmistrz był i zdjęcia oraz ostatnie misiowe uściski i żółwiki. Dostaliśmy od Katriny słodki upominek zapakowany w ozdobny papier. Ze mną jest tak, że gdy widzę prezent w kształcie książki, to myślę, że to jest książka. Dopóki nie rozpakowałam, mogłam się zajmować przyjemnymi reminiscencjami.

Kochany zabrał mnie spod Centrum, zawiózł do drugiego miasta i zaprosił na obiad do Atami (widać, że trwale nawróciłam małżonka na suszizm). Po posiłku powoli wróciliśmy na parking pod Tesco, oboje byliśmy zmęczeni i spragnieni ciszy domostwa (chyba potrzebujemy regeneracji po częstych spacerach i chodzeniu góra-dół w domu przyjaciół). Jest ciepło dziwnym ciepłem irlandzkim (rano jechaliśmy do Drołdy w mżawce, w Centrum duchota niesamowita, chociaż na zewnątrz szaro i przelotne deszcze; po południu nie pada). Messengerowa rozmowa z rodzicami była krótka (akurat zajadali kolację i oglądali film, nie chcieliśmy im przeszkadzać), potem Fred rozmawiał dłużej z Perlistym (tylko mu pomachałam). Wyszliśmy na spacer z Piesełem podczas zachodu słońca. Doszliśmy prawie do ronda (pies ciągnął, długo się uspokajał), w drodze powrotnej zaświeciły się latarnie. 

piątek, 7 lipca 2023

1299. Nie oknem, to drzwiami.

Dejwid, Kijan, Mark, Adam, Rebeka & Megan, Kirsty i Tobi ukończyli dzisiaj program i poszli w świat. Były dyplomy, foty, uściski, babeczki z przesłodkim kremem. 

Po trzeciej Kochany dojechał do miasta i mogliśmy pójść razem na pizzę. Okazało się, że małżonek skończył pracę dość wcześnie i miał czas zabajerzyć po sklepach. Efektem tej aktywności mężowskiej są interesujące zakupy: oczyszczacz powietrza Rowenta, dwa woskowane płaszcze Barbour (dla mnie i dla taty), płyn do prania kaszmiru. I to wszystko przez to, że nie robię mu listy, co może kupować (zła żona, beznadziejna). Do tego Fred sfrustrowany, że ostatnio tylko praca/dom/praca/dom, kupił bilety na Mám (idziemy w następny piątek, bardzo się cieszę). 

Pod wieczór tak byłam wyzuta z wszelkiego ewentualnego potencjału intelektualnego, że postanowiłam kontynuować dobijanie się starymi kreminałami i sięgnęłam po remake niedawno oglądanej kobry (Amerykańska guma do żucia, Pinky) o tytule Koniec sezonu na lody (1987). Najbardziej zachęciło mnie to, że kompletnie nie pamiętałam fabuły, którą już widziałam, co właściwe ilustruje moje zaangażowanie oglądacze. Ocena: słaby. 

Amber wpada do nas bezustannie, przestawiam Rysiowe miski do Kuchniosalonu, ale to jej nie zraża (kilka razy właziła oknem, wyrzucałam drzwiami). W efekcie Rysiu spożywa kolację siedząc na środku kuchni, przygrywa mu The Exploited z tegorocznego koncertu w Łodzi.

piątek, 8 lipca 2022

934. Intruz oraz rozpasane plany.

No już wszystko wiadomo oraz pewność jest, że to nie kot nasz własny lunatykuje i wyżera michy do czysta. Obudziło mnie przed drugą w nocy sekretne stąpanie, na tyle sekretne, że poderwałam się z łóżka i widziałam jak dziad zwiewa, a ponieważ nie podeszłam do okna gnojek na bezczela próbował wejść jeszcze raz, ciemny, kudłaty duch. W zasadzie nie widziałam jakiego koloru był nasz gość, bo gdy w końcu do okna dobiegłam, żeby mu powiedzieć co myślę, zastałam na śmietniku wzburzonego Ryszarda i zajęliśmy się jego podśniadankiem.

Ostatni dzień projektu był dzisiaj, jak już się zwlokłam z wyrka i wyszłam do pracy (przez czapki bez most, czego później pożałowałam), w programie był obiad z naszymi studentami w Bia Café. Mój wybór kulinarny był zachowawczy, bo nie znałam miejsca. Słusznie, okazało sie, że ani jednej koleżance nudle z chińskimi sosami nie smakowały, restauracji pewnie nigdy więcej nie odwiedzę.

Ach, będzie Tosca w Bord Gáis Theatre. Anne napisała mi wieczorem, gdy za miliony cierpiałam na ból głowy zatokowy, że za tydzień w kasie będą na nas czekały dwa imienne bilety za darmoszkę. Juhuuu! Sąsiadka chciała bilety dać właśnie nam i udało się jej przebukować wejściówki na termin, gdy oboje możemy pójść. Niczym sobie na to nie zasłużyliśmy.

Mając na uwadze nasz plany na jutro, Kochany po powrocie z kursu próbował się skontaktować z Aś, która w końcu oddzowniła. Wprawdzie przyjaciółka nie pojedzie z nami na Sugar Loaf, ale we trójkę zrobimy sobie wolny następny czwartek, żeby zobaczyć w Dublinie multisensoryczny przegląd obrazów Van Gogha (bilety zostały zarezerwowane, leap cards też).

Na kolację rybka dla Freda (nie mam siły robić full obiadokolacji, ale późno wypita kawa działa jak placebo), dla mnie bobki z ciasta do masła czosnkowego. Rozmawiamy o tym jaki samochód kupimy jeśli kiedykolwiek wygramy w Lotto. Morgan — małżonek chce w kolorze butelkowej zieleni z bursztynową tapicerką. Dobrze, dobrze.

piątek, 2 lipca 2021

563. Koniec semestru.

Zaczynam tydzień urlopu. Zaskoczylo mnie to dzisiaj, bo się nie prosiłam, na dodatek księgowa zwlekała z informacją, w związku z czym perspektywę urlopu we wrześniu będę mogła przedyskutować dopiero za tydzień, co leciuchno mnie wkurwia, bo cliffhangery nie dla mnie. No ale cóż ... przecie się nie potnę. Dzień poza tym fajny, duszny i do południa zupełnie szary. Pożegnaliśmy Dione, Deana (zaśpiewał nam na pożegnanie Mad World), Keitha, Emmę i Dżastinę (ta ostatnia zdała, ale papierów do szkoły nie składa, czeka na miejsce w klinice odwykowej). Świadectwa rozdane, na lunch poszliśmy w ósemkę do Casanovy, do domu autobusem, jeszcze obróciłam po steki do rzeźnika familijnego i już się mogłam rozsiąść we własnej kuchni z kawką. Była w międzyczasie chwila na weranda njus, więc wiem, że Anne zmieniła miejsce pracy. Nie pytałam, co ją zainspirowało, zresztą aż tak bardzo to nie muszę wiedzieć. W każdym razie fajnie będzie mieć nowinki z pierwszej ręki z irlandzkiej Opery Narodowej, zniżkowym biletem też nie pogardzę. Fred tymczasem pojechał do Belfastu i już się cieszyłam, że praca krótka i małżonek zaraz wraca, a tymczasem przerzucono go w nagrodę do innego miejsca. Kochany pokazał mi okolice w których się zatrzymał, Belfast is a shite place at times! Małżonka miałam z powrotem po dziewiątej wieczorem. Jeszcze zdążyliśmy opylić lazanię, a ja dokończyłam oglądanie trzeciego sezonu Midsomer Murders. Grała w nim pani, która kojarzy mi się w zasadzie wyłącznie z rolami kostiumowymi. Cheryl Campbell. Są takie aktorki.