Kolejny rok zakończony; wytrwali Dżim, Emma, Luk, Kalem i Matju, Aleks został wprawdzie wywalony z tydzień temu, ale też przyszedł na uroczystość (ponieważ chłopak notorycznie kłamie, nie wiem jak mam potraktować jego wyznanie, że jestem jego ulubioną tutorką ;)). Były przemówienia, były przesłodzone babeczki z logiem projektu, burmistrz był i zdjęcia oraz ostatnie misiowe uściski i żółwiki. Dostaliśmy od Katriny słodki upominek zapakowany w ozdobny papier. Ze mną jest tak, że gdy widzę prezent w kształcie książki, to myślę, że to jest książka. Dopóki nie rozpakowałam, mogłam się zajmować przyjemnymi reminiscencjami.
Kochany zabrał mnie spod Centrum, zawiózł do drugiego miasta i zaprosił na obiad do Atami (widać, że trwale nawróciłam małżonka na suszizm). Po posiłku powoli wróciliśmy na parking pod Tesco, oboje byliśmy zmęczeni i spragnieni ciszy domostwa (chyba potrzebujemy regeneracji po częstych spacerach i chodzeniu góra-dół w domu przyjaciół). Jest ciepło dziwnym ciepłem irlandzkim (rano jechaliśmy do Drołdy w mżawce, w Centrum duchota niesamowita, chociaż na zewnątrz szaro i przelotne deszcze; po południu nie pada). Messengerowa rozmowa z rodzicami była krótka (akurat zajadali kolację i oglądali film, nie chcieliśmy im przeszkadzać), potem Fred rozmawiał dłużej z Perlistym (tylko mu pomachałam). Wyszliśmy na spacer z Piesełem podczas zachodu słońca. Doszliśmy prawie do ronda (pies ciągnął, długo się uspokajał), w drodze powrotnej zaświeciły się latarnie.
