Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2023

1426-1427. Odmiana.

Sobota
Zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do mamy powiedzieć jej, że w grudniu przylatujemy razem z Kochanym (żeby też mogła się cieszyć i już układać sobie w głowie detale). Na śniadanie Fredowa sałatka grecka, smażony ser halloumi, reaktywowane resztki obiadowe (do ryżu z pieczarkami i cukinią wbite dwa jajka). Pokroiłam jeszcze brie i kiełbasę, ale wszystkiego było dla nas za dużo. Po sytym posiłku wytoczyliśmy się z domu w kierunku północnym. 

Okazuje się, że kilka dni temu Carlingford zalane zostało wodą spływającą ze Slieve Foy, w miasteczku były jeszcze ślady po tym wydarzeniu. Zanim dołączyła do nas Aś chwilę oglądaliśmy biżuterię u Gareta, potem poszliśmy we trójkę do graciarni Williego, gdzie obok piętrzących się talerzy i zarosłych brudem filiżanek stały tanie jak barszcz toaletki i używane kije golfowe. Albo Williego nie zalało, albo nie wpłynęło to zauważalnie na wystrój:

Chłodno i jasno; spacer przez ruiny opactwa i fotografowanie naszych super butów maszerujących po cmentarnej trawie:


Obiad zjedliśmy u Ruby Ellen's, tradycyjnie po pieczonym ziemniaku dla każdego. Dobre były przy tym rozmowy: o traumach, śmierci, miłości, nałogach. Przed czwartą Aś chciała ruszać dalej, my byliśmy umówieni na wieczór filmowy, a że było jeszcze trochę czasu, zjechaliśmy do Costy pod Omniplexem:

Myjnia, gapienie się jak szczota szoruje po autku. Szwendanie się po Tesco. W końcu wizyta u Ka&Jot, gadulstwo przy herbacie, a na deser seans na Netflixie: nowy Znachor Gazdy, nawet znośny, inny niż się spodziewałam. Pieseł-terapeuta towarzyszył nam nieomal cały czas, przyklejając się to do Kochanego, to do mnie:

Nie było nas w domu z 12 godzin, po powrocie żadnych kocich wyrzutów.

Niedziela
Pogoda odmieniona, cieplej, ale ponuro, w Kuchniosalonie półmrok. Na śniadanie do wczorajszych zmiotek (kiełbasa, brie, plastry wołowiny, sałatka grecka) zrobiłam guacamole (niestety bez kolendry, za to z potężną dawką czosnku), ugotowałam jaje na twardo oraz dorzuciłam polskiej sałatki jarzynowej ze sklepu. Na spadek energii zrobiłam sobie kawę i zajęłam się ożywieniem słuchawek bezprzewodowych Bang & Olufsen, których techniczne rozgryzanie tak Freda zniechęciło, że sprzęt od miesięcy (jeśli nie lat) zalegał nieużywany. Fajny gadżet, i działa.

Zauważyłam na dworze kulejącą Amber. Żal mi się jej zrobiło, koteczka dostała wołowinę ze śniadania (nie pojmuję, jak rodzina może się nie interesować kotem z widoczną kontuzją). 

Kiepsko u mnie z decyzyjnością, więc zostawiłam Fredowi rozstrzygnięcie, czy jedziemy do Omniplexa na film, który wczoraj wypatrzyliśmy. Pojechaliśmy, zdążyliśmy nawet zajść do Costy na mince pie. Seans Killers of the Flower Moon (2023) poraża długością, ale z drugiej strony podoba się mi takie niespieszne kino. Wróciliśmy do domu przed siódmą (nad nami rozgwieżdżone niebo i Wielki Wóz). Do tego stopnia nie chciało się nam robić obiadu, że Kochany przyniósł ze skryty ogrodowej słoiki-gotowce; padło na bigos, który okazał się jadalny. 

W ten sposób przebimbaliśmy weekend. Towarzyszyło mi poczucie bezsiły i zniechęcenia, jakbym gdzieś coś miała zrobić, ale zapomniałam co i teraz już po ptokach. Przede mną pięć kolejnych dni w pracy aż do naszego wylotu do Polski. Jak sobie o tym pomyślę, od razu nic mi się nie chce. Ale będzie dobrze, krok za krokiem, musi być.

środa, 11 października 2023

1395. Czasotracenie.

Bezczelności kociej ciąg dalszy: jeszcze przed alarmem o ósmej goniłam Amber po Kuchniosalonie. 

Dzisiaj ostatni dzień pracy dla Gronji, drobne sprawy w home offisie. Wymuszona nasiadówka domowa w pewnym stopniu inspiruje marazm. Łażę w skarpetach w grochy, klikam, serfuję, odpowiadam na komentarze, z rzeczy pożyteczniejszych: reaktywuję stary gmail (żeby mi go miotła systemowa nie zamiotła jako poczty nieużywanej) oraz sprzątam w pracowniczym komputerze, który zdaję już jutro. Czas zmitrężony. Pomiędzy obiadem moim i mężowskim szukam czego nie zgubiłam na MyHeritage. Ależ mnie ta prababcia Helena wkurza!

(dopiero gdy wieczorem wyszłam ucałować Freda na przywitanie, zobaczyłam piękne niebo nad nami)

niedziela, 8 października 2023

1392. Babie lato.

Wszędzie drobne siatki pajęcze, nieustraszone maluchy wyruszyły w świat. Ciepły i prawie bezwietrzny dzień zdecydowanie sprzyjał tym wędrówkom. Po śniadaniu kontynuowałam opracowywanie pytań na egzamin. Żeby się mi łeb nie zastał w jednej, dziwnej pozycji, poszliśmy z Kochanym na spacer na plażę (wyprawa cmentarna została odłożona na listopad). Najpierw było oczywiście kółko z kotem po osiedlu. W drodze mąż oddzwonił do mamy (która sądziła, że to ja do niej dzwoniłam; przy okazji świekra zrelacjonowała ostatni grobbing oraz aktualne rodzinne ekscytacje). Zostawiliśmy Ryszarda w domu i ponownie wyruszyliśmy w kierunku wielkiej wody. Najpierw napiliśmy się po kawie siedząc na kawałku kłody przy kawiarence (na zewnątrz wszystkie stoliki i ławy zajęte), potem ruszyliśmy na lewo, do klifów i żeby obejść przylądek. Dużo ludzi miało ten sam pomysł - gdy dotarliśmy do portu, kilkanaście osób czekało na swoją rybę z frytkami. Także my stanęliśmy w kolejce i po dłuższym przestoju połączonym z intensywną obserwacją trzech kobiet uwijających się w fiszendczipsowej kanciapie zjedliśmy obiad na świeżym powietrzu. 

Skoro odpadło nam gotowanie, po powrocie do domu Fred zabrał się za koszenie trawy (i tu widać, że Amber zaprzyjaźniła się z nami na całego - biegała za Kochanym, okazywała zainteresowanie pracami ogrodowymi i cały czas usiłowała się wprosić do Kuchniosalonu).

Z rzeczy mniej miłych: chciałam zaczekać z wizytą u dentysty do czasu kolejnego pobytu w Polsce, ale teraz nie wiem jak będzie. Nie boli, ale dziąsło się paprze (na razie szałwia, przeterminowana z jakieś 10 lat). I jeszcze palce mnie bolą od pisania ręcznego (trzeba stosować płodozmian).

sobota, 7 października 2023

1391. Srebrne jednorożce.

Spaćku długie i miłe sercu. Jako się rzekło, wet odwołany na kiedyś indziej. Fred przed dziesiątą wyszedł na przystanek autobusowy i spędził w mieście z cztery godziny (jest zadowolony z nowego mechanika, chociaż po jeździe próbnej w samochodzie śmierdziało marihuaną). Wrócił do domu, pokazał mi koszulę i skarpety, które kupił na prezent dla taty i zaczął robić obiad. W tym czasie Amber przyszła do korytarza i powiedziała dzień dobry. Nie mieliśmy serca jej wyrzucać, koteczka dostała resztki Rysiowego jedzenia (tyle, że w ogródku). 

Już przy wieszaniu prania zauważyłam, że pomimo szarości dzień jest ciepły i bezwietrzny, więc po obiedzie poszliśmy z Fredem na spacer (najpierw zwiewaliśmy kotu, który drzemał na jednym ze słupków ogrodzenia przy ulicy). Gdy byliśmy w drodze, do męża dodzwonił się Wu, żeby mu zdać relację z grobbingu ze świekrą (więc idąc dalej ciągnęliśmy temat rodzinnego nieszczęścia, udawania i dziwnych sytuacji).

Morze podchodziło coraz bliżej, więc tylko pokazałam Kochanemu miejsce, gdzie ustawiam kamienie i zawróciliśmy. Ten kamień zostawiłam za sobą:

Szkoda, że słabo znam się na geologii. Kamień miał jaspisowe kolory, żałuję jego niefrasobliwego porzucenia, choć przecież wiem, że nie mam miejsca na wszystkie ładne kamienie. Zrobiliśmy też sobie kilka wspólnych zdjęć. Srebrne jednorożce, powie potem Fred przyglądając się fotkom opublikowanym na fejsie.

W drodze powrotnej spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen, które nas jak zwykle oblesowała. Chwilę obserwowaliśmy chmarę szpaków kołujących nad osiedlem, więc zauważyłam też dwa kormorany, który zamierzały spędzić noc na antenie komunikacyjnej przy gardzie. Naprawdę ciepło, powietrze stoi. 

Zapada zmrok, Kochany odpoczywa przy zielonej herbacie (dużo dzisiaj chodził), Tilt (1988) w głośnikach, pizza na kolację.

piątek, 7 lipca 2023

1299. Nie oknem, to drzwiami.

Dejwid, Kijan, Mark, Adam, Rebeka & Megan, Kirsty i Tobi ukończyli dzisiaj program i poszli w świat. Były dyplomy, foty, uściski, babeczki z przesłodkim kremem. 

Po trzeciej Kochany dojechał do miasta i mogliśmy pójść razem na pizzę. Okazało się, że małżonek skończył pracę dość wcześnie i miał czas zabajerzyć po sklepach. Efektem tej aktywności mężowskiej są interesujące zakupy: oczyszczacz powietrza Rowenta, dwa woskowane płaszcze Barbour (dla mnie i dla taty), płyn do prania kaszmiru. I to wszystko przez to, że nie robię mu listy, co może kupować (zła żona, beznadziejna). Do tego Fred sfrustrowany, że ostatnio tylko praca/dom/praca/dom, kupił bilety na Mám (idziemy w następny piątek, bardzo się cieszę). 

Pod wieczór tak byłam wyzuta z wszelkiego ewentualnego potencjału intelektualnego, że postanowiłam kontynuować dobijanie się starymi kreminałami i sięgnęłam po remake niedawno oglądanej kobry (Amerykańska guma do żucia, Pinky) o tytule Koniec sezonu na lody (1987). Najbardziej zachęciło mnie to, że kompletnie nie pamiętałam fabuły, którą już widziałam, co właściwe ilustruje moje zaangażowanie oglądacze. Ocena: słaby. 

Amber wpada do nas bezustannie, przestawiam Rysiowe miski do Kuchniosalonu, ale to jej nie zraża (kilka razy właziła oknem, wyrzucałam drzwiami). W efekcie Rysiu spożywa kolację siedząc na środku kuchni, przygrywa mu The Exploited z tegorocznego koncertu w Łodzi.

sobota, 19 listopada 2022

1069. Prawie imieniny.

Po raz kolejny potwierdziła się prawda, że jak nie muszę to wyłażę z wyra wcześnie. Taki objaw wolności. Gdy Kochany pił swoją pierwszą kawę, byłam już obudzona, nakarmiona śniadaniem i do kawy pośniadannej jak najbardziej ready. 

Fred od czasu do czasu wyskakiwał z domu i tłumaczył Amber, żeby do nas nie przychodziła. Szurałam w genealogii, Kochany zaś rozłożył się ze składaniem, że tak to dowcipnie ujmę (szafka z Jyska długo czekała na swoją kolej). Gdy skończył była już najwyższa pora obiadowa, mąż ugotował kalafiora z beszamelem, słuchaliśmy do tego muzyki Maanamu (Się ściemnia z 1989 roku jest świetną płytą, nie spodziewałam się), potem trzeba nam było jechać po chleb (zmierzchało i kropił deszcz). W Lidlu oprócz pieczywa Fred kupił mi bukiet żółtych róż, oświadczył też, że w domu czeka na mnie prezent. Poza tym Costa. 

Prezenty: mięciusi sweterek Max Studio, frufru bluzka All Saints, białe sandałki Martensa (i tylko letnia sukienka na mnie nie pasowała). A dlaczego tak? Bo kiedyś tam mam imieniny, o których zapomniałam.

Poza tym rozmawiam z mamą; oglądamy trzeci odcinek Chłopów; gadamy do północka; Fred odkrył sporą sumę pieniędzy przelanych mu przez państwo irlandzkie, kombinujemy dlaczegóż (co za kraj!).

środa, 9 listopada 2022

1059. Wednesday.

Sąsiad objaśnił.

Ergo, na obiad były śledzie poetycko podsmażone przez męża na patelni (w tle akurat Bob Dylan śpiewał utwory zaangażowane). Lęk wysokości (2011) kolegi kolegi Freda z Dorocińskim był oglądan. Trochę dłużyzn i bardziej baśń niż opis rzeczywistości psychiatrycznej, aktorstwo za to dobre. Opchaliśmy się przy tym oboje ciastem rafaello z polskiego sklepu. Od zmiany czasu wieczorami odnoszę wrażenie, że jest nieuzasadnienie wcześnie, poza tym w mojej głowie jest piątek po południu. Fred zadzwonił do Ka, może w weekend wpadniemy w końcu do przyjaciół po dłuższej przerwie.
___
edit 21:30 Kocie łakomstwo nie zna granic. Właśnie kolejny raz przyłapaliśmy Amber na wyżeraniu Rysiowego jedzenia. Kot spał przy zamkniętym oknie większość dnia, mimo to sąsiadka wyczekała odpowiedni moment i nawiedziła nas po zmroku, gdy tylko nadarzyła się okazja. Widać, że systematycznie patroluje nasz ogródek, ladaco. Pokłosiem sprawy Amber jest dokarmienie jeża. Jeże są okej.

piątek, 16 lipca 2021

Postscriptum #577.

I cóż, pięknie. Oczywiście była inspekcja samochodu Majka. Fred pojechał do rybnego kupić morszczuka na obiad. Przed lunchem stojąc w słońcu zjedliśmy z Anną lody w wafelkach. Potem pogadanka z Anne, o kotach i życiu (biało-ruda koteczka, którą jakiś czas temu widziałam w naszym ogrodzie, ma na imię Amber i jest mamą Bána). Poobiednia nasiadówka z Anną w ogródku.




Mam już plan pracy na następny tydzień, mniej godzin, mam nadzieję, że będzie miło. Pogoda dopisuje do końca dnia.