Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the Gaiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the Gaiety. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 września 2025

2110. W sobotę ...

... o piątku nie bez przyczyny. Cały piątek byłam w drodze, a najpierw: o, mój łbie! Zatoki bolały mnie przez pół nocy z czwartku na piątek i uniemożliwiały zaśnięcie. Uspokoiło się gdzieś nad ranem, więc wypoczęłam przed tym długim dniem pół na pół. Tymczasem wg planu nie miałam już wracać do domu po zakończeniu szychty, bo przecież teatr.

Kochany podjechał karocą przed drugą po południu; przebrałam koszulę i ruszyliśmy na miasto, żeby pozałatwiać sprawy. Do spraw należało: zapłacenie na poczcie licencji na TV (odkładałam to całymi tygodniami, ale w końcu trzeba było wyrwać z kieszeni €160), dodanie szwagra do ubezpieczenia samochodowego (niespodzianka: zmieniły się wewnętrzne przepisy i teraz Kochany musiał za tę przyjemność dopłacić), zjedzenie lunchu (znowu meksykańskie bistro, bo smacznie).

Po posiłku ruszyliśmy do stolicy. W drodze oczywiście przysypiałam utulana posiłkiem i ciepłem w samochodzie (nadal czułam się trochę nie teges). Zaparkowaliśmy w typowym dla nas miejscu, przy stacji Connolly, żeby odkryć na tym samym parkingu samochód Druid Theatre. To właśnie na ich sztukę szliśmy do the Gaiety. Do przedstawienia pozostawało sporo czasu, więc wędrowaliśmy, m.in do Tower Records, gdzie kupiłam taką płytę Billy'ego, której słucham pisząc ten tekst:

Lunch był wcześniej, czyli w Dublinie szukaliśmy kawiarni; w końcu wylądowaliśmy w Caffè Nero obok teatru, inne miejsce po drodze z tej samej sieci było zbyt zatłoczone.

Po kawie i ciastku więcej spaceru (usiłowaliśmy odciąć się od obserwowania teatralnej figury, która usiadła centralnie przed nami). Stefan i mroczne mewy.

Druid Theatre Company przyjechało do Gaiety aż z Galway. Macbeth! A skoro Druid Theatre, to wiadomo, że reżyserem jest jedna z założycieli, Garry Hynes. W roli Makbeta doskonały Marty Rea, w roli Banko Rory Nolan, a jako Lady Makbet sama Marie Mullen (współzałożycielka teatru, co odbyło się 50 lat temu, więc łatwo policzyć, że w tej adaptacji żona była znacząco starsza od męża). Bardzo dobre przedstawienie! Gaiety niewielki jak na moje inne doświadczenia, ale lubię jego wiktoriański wystrój. 

Po prawie trzech godzinach z przerwą, marsz do Babci przez rozświetlone miasto (w domu byliśmy dosłownie tuż przed północą, do okna wdrapały się bardzo zaniepokojone myszy). Jak ja lubię tak!

niedziela, 31 lipca 2022

956. Wczoraj ...

była urodzinowa rozmowa z Usz (szwagierka akurat gdzieś pomiędzy Krakowem a Wawą przyjęła życzenia wszystkiego).

Przed obiadem nic ciekawego, ot, domowe szuranie i rozmowy nieskoordynowane. Obiad, gmyramy się do wyjścia. Miało być dobrze, na nogach skarpetki w jeże, wyżej lniane spodnie Poetry i kraciasta, zajebista koszula Joseph z fikuśnymi rękawami. Wpadłam na pomysł, żeby wziąć ze sobą granatowy płaszcz, co potem okazało się kluczowe.

Gdyż po wyjściu ze stacji Connolly zaczął kropić na nas deszcz. Na początku niewielki, poza tym pierwszy przystanek w drodze do tuptania nie był bardzo daleko.

Bo znowu wylądowaliśmy na Grafton St w Bewleys. Siedliśmy niedaleko wejścia, obok nas dwie kobiety w różnym wieku, jedna z nich, ta starsza, okazała się zakonnicą o imieniu Lisa, która była kiedyś w Polsce, w ... Polanicy. Skąd wiem? Bo ja się nie mogę opanować, żeby nie gadać z obcymi ludźmi. Obsługiwał nas kelner, Luke.

Po wyjściu z kawiarni okazało się, że pada jeszcze bardziej. Ogaceni czym tam było pod ręką doszliśmy do centrum handlowego Stephen's Green. W TK Maxxie teściowa niespodziewanie dla samej siebie kupiła sobie walizkę na czterech kółkach (stara zostanie u nas). Z nosami po których ściekał nam deszcz przeszliśmy pod Gaiety Theatre, ale ponieważ był jeszcze czas, po sąsiedzku weszliśmy przeczekać te pół godziny w Caffè Nero. Potem zostawiliśmy walizkę w recepcji teatru i przez prawie dwie godziny słuchaliśmy tuptania Riverdance. Brandon Asazawa fikał w głównej roli męskiej (podobno dopiero kilka tygodni temu został solistą).

Po przedstawieniu już nie padało. Lało. Fred prowadził nas w deszczu  i ciemności do stacji Pearse, z postawionym kołnierzem, dźwigając w ręku walizkę i oglądając się od czasu do czasu za siebie. Wyglądał jak morderca ze zwłokami w bagażu, jak w amerykańskich filmach noir.

Przejechaliśmy do stacji Connolly i tam poczekaliśmy pół godziny na połączenie do naszego miasta. Chociaż spodnie kleiły się mi do ciała, wcale nie było zimno. Mokra i ciepła noc.

Jeszcze słyszę to tuptanie, to w pociągu Fred (ja też). W domu chwilę po północy. Ryszard czekał zmoknięty przed domem. Mamy od kota naganę. 

sobota, 6 listopada 2021

690. Męcząco, ale miło.

Wieje.

Po południu rozmowa z mamą, chyba wszystko jest dobrze. Potem obiad, następnie półtorej godziny wykładu z rozwojówki, i tu spotkała mnie miła niespodzianka. Zaraz po wejściu na zoom, na messengerze zaczepiła mnie Marchwa, czy ja to ja, i czy ją pamiętam, bo ona mnie widzi w pokoju, i sądzi, że to ja. Z Marchwą studiowałyśmy na tym samym roczniku, w mocnej grupie fajnych dziewuch, aż nas Czesiu nie zniechęcił. Dobre takie spotkanie, wygląda, że gdzieś tam będziemy się mijały, bo ona też walczy od zeszłego semestru, możliwe, że skończy wcześniej niż ja.

Trwa wykład, gdy zakładam rajstopy i sztruksową spódnicę, jeszcze w samochodzie nawijam chwilę z Marchwą, bo ... jedziemy z Kochanym do stolycy. Otóż, Rybenka ogłosiła na swoim blogu, że jest w Dublinie, od słowa do słowa spiknęłyśmy się na messengerze (czym byłby współczesny świat bez tego wynalazku?) i wprawdzie okazało się, że dzisiaj Rybenka czasu nie ma, za to my się tak napaliliśmy, żeby jechać przed siebie, że trzeba nam był się wybrać do Tower Records. Natychmiast.

Zmierzchało już, gdy zaparkowaliśmy przy jednym z wejść do Merrion Square, który właśnie był zamykany. 

W Towers Records nic takiego nie kupiliśmy, Fred cały czas przeżywa fakt znikania kina domowego na rzecz jakiegoś tam soundbaru (nie wiem za bardzo, o co chodzi). Pochodziliśmy chwilę po mieście, potem poszliśmy do Costy na rogu Dawson St i Nassau St. Już mi się zdążyło zapomnieć jaki tam ścisk i jaka mała jest toaleta. To zdecydowanie moja najmniej ulubiona Costa, chociaż dogodnie położona. Jeszcze chwila powsinogi, na tyle, żeby zauważyć dłonie Ronniego Drew pod Gaiety Theater.

Tak w ogóle to po drodze do środka miasta przyuważyłam jak ktoś właśnie kończył ubieranie choinki w swoim zakładzie pracy. Nad ulicami w centrum świecące ozdoby tylko czekają na podłączenie do prądu. Aż w głowie sprawdziłam datę. 

Z zamkniętego Merrion Square pożegnał nas kolorowy Wilde.


Kot wyszedł z krzaków, czekał. Fred miał sensowne uzasadnienie naszej karygodnej niebytności, kupił w Tesco po drodze zapasy kocich pasztecików.