Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatoki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 września 2025

2110. W sobotę ...

... o piątku nie bez przyczyny. Cały piątek byłam w drodze, a najpierw: o, mój łbie! Zatoki bolały mnie przez pół nocy z czwartku na piątek i uniemożliwiały zaśnięcie. Uspokoiło się gdzieś nad ranem, więc wypoczęłam przed tym długim dniem pół na pół. Tymczasem wg planu nie miałam już wracać do domu po zakończeniu szychty, bo przecież teatr.

Kochany podjechał karocą przed drugą po południu; przebrałam koszulę i ruszyliśmy na miasto, żeby pozałatwiać sprawy. Do spraw należało: zapłacenie na poczcie licencji na TV (odkładałam to całymi tygodniami, ale w końcu trzeba było wyrwać z kieszeni €160), dodanie szwagra do ubezpieczenia samochodowego (niespodzianka: zmieniły się wewnętrzne przepisy i teraz Kochany musiał za tę przyjemność dopłacić), zjedzenie lunchu (znowu meksykańskie bistro, bo smacznie).

Po posiłku ruszyliśmy do stolicy. W drodze oczywiście przysypiałam utulana posiłkiem i ciepłem w samochodzie (nadal czułam się trochę nie teges). Zaparkowaliśmy w typowym dla nas miejscu, przy stacji Connolly, żeby odkryć na tym samym parkingu samochód Druid Theatre. To właśnie na ich sztukę szliśmy do the Gaiety. Do przedstawienia pozostawało sporo czasu, więc wędrowaliśmy, m.in do Tower Records, gdzie kupiłam taką płytę Billy'ego, której słucham pisząc ten tekst:

Lunch był wcześniej, czyli w Dublinie szukaliśmy kawiarni; w końcu wylądowaliśmy w Caffè Nero obok teatru, inne miejsce po drodze z tej samej sieci było zbyt zatłoczone.

Po kawie i ciastku więcej spaceru (usiłowaliśmy odciąć się od obserwowania teatralnej figury, która usiadła centralnie przed nami). Stefan i mroczne mewy.

Druid Theatre Company przyjechało do Gaiety aż z Galway. Macbeth! A skoro Druid Theatre, to wiadomo, że reżyserem jest jedna z założycieli, Garry Hynes. W roli Makbeta doskonały Marty Rea, w roli Banko Rory Nolan, a jako Lady Makbet sama Marie Mullen (współzałożycielka teatru, co odbyło się 50 lat temu, więc łatwo policzyć, że w tej adaptacji żona była znacząco starsza od męża). Bardzo dobre przedstawienie! Gaiety niewielki jak na moje inne doświadczenia, ale lubię jego wiktoriański wystrój. 

Po prawie trzech godzinach z przerwą, marsz do Babci przez rozświetlone miasto (w domu byliśmy dosłownie tuż przed północą, do okna wdrapały się bardzo zaniepokojone myszy). Jak ja lubię tak!

piątek, 29 sierpnia 2025

2081-2082. Chora.

W czwartek marzył mi się weekend. Zasmarkałam się dokumentnie, więc po pracy (było łażenia w deszczu, z biura do Biura i z powrotem) ... poszłam z Kochanym na kawę do Costy przy Tesco. Byliśmy też chwilę w TK Maxxie. Potem obiad zrobiony przez Kochanego i moje zaleganie. Na nic nie miałam ani siły, ani ochoty (wieczorem wyszłam nakarmić koty Anne, ale nie zdobyłam się na więcej).

Dzisiaj mogłam pospać trochę dłużej, ale w końcu i tak trzeba było jechać do pracy. Merytorycznie, piątkowa burza mózgów w koledżu była stratą czasu, ale spotkałam dawno już nie widzianych Lorejn, Saren, Dejwa, czyli opłacało się wziąć z domu torbę na laptopa i ciągnąć sprzęt w tę i z powrotem jako rekwizyt uwiarygadniający. Skończyłam przed drugą i udałam się na azymut. W drodze napotkałam jeszcze Kalema; złapał mnie drobny deszcz (najgorsze pięć minut przeczekałam we wnęce pod sklepem). Wypiliśmy z Kochanym kaffki w Czarnej gapiąc się na ludzi za oknem.

Mini-twister sprzed kilku dni ułamał czubek jednej z jabłonek — po spacerze z kotami (niebo, mewy, szpaki, samotny gawron zawodzący, poświata jesienna, drobne sieci pajęcze na brązowiejących hortensjach), Fred uwolnił golden delicjusza od tego ciężaru. Nadal dokarmiam koty sąsiadki, poza tym dwuminutowym obowiązkiem unikam wszelkiej pracy domowej.

Mam dwa dni na jako takie wykaraskanie się z zasmarkanego marazmu (cieszę się, że za to Maniutce katar zelżał). Idę czytać nudną książkę, której nie mogę skończyć od kilku tygodni.

czwartek, 8 maja 2025

1969. Łeb do wymiany.

Pracowniczo trochę byłam zajęta; chwilowe kłopoty z kamerą, jakieś sprawy finansowe, które mnie jeszcze nie dotyczą, ale wymagały ode mnie spaceru za rzekę (odkryłam nową ścieżkę wśród zieleni), kilka osób, które czegoś chciały (zazwyczaj nikt nic nie chce) i to akurat dzisiaj, gdy Szef zrobił sobie wolne. Aura zdradliwie słoneczna; wprawdzie miałam ze sobą pork pie, ale na wyprawę za rzekę go nie wzięłam, duży błąd, zatoki zaraz się zorientowały.

Najlepszy z mężów w tym czasie upichcił gulasz na obiad, a potem pojechał do Aś zawieźć jej lucyfery. Wracając po lunchu zajechał do Drołdy i zwinął mnie z ulicy ;). Najedzona zerkałam w RTÉ na wybór nowego papieża. Wybór ciekawy, choć zachowawczy, pewnie będzie tak jak zawsze. Chwilę rozmawiałam o tym z mamą. Poza tym nie mam za bardzo siły; pokręciłam się chwilę po sypialni szukając rzeczy do spakowania na jutro i uszy szybko mi opadły. Bolą mnie zatoki; znowu trzeba będzie spać z łbem pod poduszką.

poniedziałek, 31 marca 2025

1931. Z pamiętniczka opatulonej starowinki.

Rozpoczęłam dzień od siedzenia w Kuchniosalonie w … czapce. Już wczora z wieczora zaczęła mnie pobolewać głowa informując o chęci zapalenia zatok. Ach. Opatulona wyszłam na przystanek, a w mieście oczywiście zaszłam do Czarnej. Pani Stempelek 3 zapytała, czy dwie kawy. Poinformowałam ją, że mąż już w pracy (była przecież 8:30, u Freda zaś nowe zwyczaje: niektóre szychty mąż będzie zaczynał o szóstej, tak jak dzisiaj). Nie spieszyło mi się. Miało mi się spieszyć, ale zmieniłam plany. I dobrze zrobiłam, wprowadziłam w ten sposób spokój i ład. Saren znowu sama po weekendzie, rozmawiałyśmy chwilę, potem do roboty; czatowanie z młodzieżą minęło nie wiadomo kiedy. Czapa na łeb i wychodzę. Właśnie byłam na schodach, gdy zadzwonił Kochany z propozycją, że może mnie podwieźć w czasie swojej przerwy w pracy (czy ja wygrałam męża na loterii?); po kwadransie wjeżdżał na parking obok polskiego sklepu, a po kilku następnych minutach zostawiliśmy Babcię na kolejnym parkingu, Kochany do pracy na dodatkowe dwie godziny, ja na chwilę do Lidla, po sos na dzisiejszy obiad, potem do Costy na przegryzkę i zieloną herbatę. O trzeciej spotykamy się ponownie, i razem myk do domu.

Dzień był raczej bury, ale dość ciepły, więc pogoda nie pogłębiła mojego zagilenia. Kochany zaraz zajął się dokarmianiem ptaków, a potem zajrzał do Anne z darami, ostatkami puszeczek Rysiowych. Zaczęłam robić sos do makaronu, najpierw w towarzystwie Slayera, potem The Cure (ich ostatnia płyta będzie moją płytą roku'25, teraz już mam pewność), gdy się okazało, że Kochany wrócił w towarzystwie tego małego paddy'ego (który pokazał mi język):

Dobrze. Somsiod dostał cały zestaw wołowinki. Na deser pogłaskałam go po brudnym łebku. Wzruszyła mnie ta wizyta. Za każdym razem przy tak długim niewidzeniu się, zaczynam się zastanawiać czy jeszcze żyjemy, czy się nam zmarło. Jak zwykle bardzo ostrożny, zaglądał na prawo i lewo, czy ruda pantera nie wyskoczy na niego z pazurem zza domu. Nie wyskoczyła. Mówiłam mu już kiedyś, że pantera nie żyje, ale mały paddy mi nie wierzy.

Wczoraj późnym wieczorem zaczęłam czytać … Filonka Bezogonka. Zamierzam zabrać książkę z powrotem do domu, więc czas najwyższy. Oczywiście, też wzrusz. Starzeję się, jak nic; dzisiaj będzie kontynuacja.

Plany na jutro mniej więcej rozpisane; słucham jednym uchem rozmowy Freda z Mrzygłodem (wynoszę się do sypialni, klikam przy otwartym oknie, ptaki jeszcze gwarzą).

wtorek, 4 lipca 2023

1296. Meh.

Znowu zaczęłam płukać zatoki, co zarzuciłam nie wiem kiedy temu. Potrzebne, bo zatoki robią co chcą (czyli za dużo liberalizmu). Dzień minął spokojnie, spędziłam dwie godziny nad finansami (home office), potem grzebałam się jak mucha w smole robiąc małe rzeczy domowe i walcząc z pokusą pójścia na lody. Innymi słowy, wtorek przebimbany. Pod wieczór porządnie się rozpadało; kot spędził dzień śpiąc, albo kontrolnie wychodząc na dwór drzwiami, żeby zaraz wrócić oknem. 

Wieczorem Kochany zadzwonił do cioci Ce zapytać jak się czuje. Chyba w końcu nie zapytał, po dwóch stronach kabla oboje z ciocią płakali do słuchawek. Za oknem nadal lekko kropi. Fred już poszedł spać.

środa, 3 maja 2023

1234. Dzielność nadzwyczajna.

Wczoraj wieczorem, gdy Kochany turlał się do snu, Anna do niego zadzwoniła, że już jest w domu, ale jeszcze słaba i zagada do nas później. Kręcąc się wte i wewte nie zauważyliśmy kto i kiedy ją przywiózł. 

Dzisiaj standardowo, Kochany wcześnie rano do Dublina, ja trochę później do miasteczka, z laptopem i zapaleniem zatok (od nocy po głowie tuła się mi słowo po irlandzku: tuairiscí). Po czterech godzinach ściubienia różności zjadłam obiad w Cedar Gate (chicken makloubeh, połowa na jutro), po czym udałam się na dworzec autobusowy. 

What are you working as? Are your children behaving themselves? Who's the eldest? Do you have many tattooes? Were you brave? When did you get married? I'm a messer, and you're a quite woman. How often do you get your hair coloured ? Are you left or right handed? When did you last time wash your hair? Chłopak z autyzmem wracał do domu o 14:55. Tym razem robił wywiad z kobietą z naszej wsi, to pierwszy Irlandczyk jakiego znam od którego można się uczyć poprawnej gramatyki języka angielskiego.

Pod wieczór krótkie spotkanie z dr Pierzastą. Raczej pozytywne, mało frustrujące, chociaż poza tym jestem sfrustrowana do imentu wszystkim większością (nosem emitującym ciecze również). Teściowa dzwoni i interesuje się jak tam (mówię, że dobrze ... bo przecież dobrze). Sprawdzam stan rozkładu wróbla spod paprotki. Statystyki już dzisiaj nie tknę, ale będzie chwila z irlandzkim i TT. 

wtorek, 2 maja 2023

1233. Naobkoło.

Najfajniej byłoby mieć poranek lenistwa. Z niechęcią myślałam o zajęciach, o wzięciu się w ogóle za cokolwiek, przełamałam się dopiero przed dziewiątą (bo musiałam). Coś tam łapię językowo, mózg wyświetla mi randomowe słowa i frazy, których brzmienie się mu podoba, ale mój poziom jest żaden. 

Fred wrócił z wojaży w nocy, przytulił się i zasnął. Jako zła żona, zaraz gdy skończyłam lekcję, wyciągnęłam go na spacer, z którego wróciliśmy dopiero o trzeciej. Pogoda była szara, ale w drodze zrobiło się nam bardzo ciepło. Cicha plaża, ciche wzgórze, kłóliki wszędzie (najpierw na ścieżce przy szlaku całe stado, potem w drodze powrotnej minęliśmy łypiącego na nas malucha z pączkiem w miejsce ogona, a na przeciwległym pastwisku czarny kłólik gonił szarego kłólika), opustoszały port i brak gór na horyzoncie. Na wzgórzu mirabelkowy zapach krzewów, ale też ślady suszy, dużo roślin straszy brązowymi kikutami.



Po powrocie do domu Kochany od razu pojechał do sklepu, a ja obżarłam się alkoholowych czekoladek od Perlistego i zapadłam w statystyczną deprechę. Zmęczona jestem, albo coś mnie bierze (zatoki mam zainfekowane już długo i nic nie przechodzi). Fred wrócił z zakupami, nakroił sałatki, podsmażył placki ziemniaczane, podgrzał gulasz, uratował mi życie. I tak sobie żyjemy (słuchając czerwonej płyty Siekiery). Rozmawiałam chwilę z Perlistym, więc już wie, że jedne czekoladki zeżarte. Tulipany Queensland zakwitły i pachną:

sobota, 14 stycznia 2023

1125. Domowa sobota.

Źle spałam i późno wstałam, Kochany jeszcze później, zresztą dlaczego by nie, skoro dla nas obojga jest to dzień wolny. Zatoki mi dokuczają, budzą w nocy i napędzają stracha, więc chociaż wylazło na nas słoneczko, dałam sobie spokój ze spacerem nad morze (nadal za bardzo wiało). Po południu miałam spotkanie z dr Pierzastą i sobota była w jakimś sensie temu podporządkowana, tzn. robiłam co mogłam, żeby nie zająć się przeglądem badań. Seminarka upłynęła w miłej atmosferze i poczuciu wspólnoty losów, potem Kochany wrócił z zakupów (z bukietem zielonkawych róż i kapciami dla mamy), mogliśmy zjeść obiad, zająć się swoimi sprawami. Przy okazji "zajmowania się" Fred mi powiedział, że miał kiedyś ksywę Carlos (głównie dlatego, że na Krisa mówili Santana); teraz się mi zdaje, że wiedziałam o tym wcześniej, zresztą czy nie brzmi to logicznie?

Był telefon do Kaś Matki Kotom (zaprasza nieustannie, kiedy w końcu dojedziemy?). Był telefon do Wu w sprawie Fredowego wyjazdu do Polski za czas jakiś (gadanie o pracy, bratanicach, nowym kocie). Wyzwanie krokowe leży, już nic się mi nie chce, ani filmu, ani książki, w grę wchodzi jedynie odmóżdżanie internetowe niższych lotów.

niedziela, 6 listopada 2022

1056. Tkanka mózgowa.

SPATiF. Upajający pozór wolności Aleksandry Szarłat (Czarne, 2022) został doczytany do końca jeszcze wczoraj, ha! Trzeba przyznać, że jest to interesująca książka pokazująca złudzenia towarzyszące osobom uzależnionym i współuzależnionym. Historia miejsca spotkań kółka wzajemnej adoracji, nazywanego elitą, jest wstrząsająca. Chlanie, jebanie, żarty, które na trzeźwo już tak nie śmieszą, przetkane wypowiedziami starych ludzi w typie "dawniej było lepiej". 

Kręciłam się w nocy i kręciłam, nawet wstałam o czwartej nad ranem, żeby się napić i zjeść kromkę chleba. Męczyły mnie zatoki, ale tak dziwnie, w zasadzie bez smarkania. Jeszcze wczoraj coś mi zatkało zatokę na amen i dzisiaj po śniadaniu w końcu to wysmarkałam. Nie pokazałam nikomu. Wyglądało to jak kawałek mózgu. Od razu zrobiło mi się lepiej (być może tej części tkanki po prostu nie potrzebowałam), czyli bardzo dziwna historia, bo jeszcze wczoraj wieczorem byłam przekonana, że idzie spore przeziębienie, tymczasem poza zanikiem węchu (no ja się wcale nie dziwię!) nagle nic mi nie dolega, umyłam włosy i jutro idę do pracy.

Mama do mnie zadzwoniła, żeby mi pokazać, co znalazła w rupieciach babci: moją letnią sukienkę, tyle, że z lata'78, albo coś. Wydaje mi się, że w starym albumie powinnam mieć zdjęcie w tym outficie.

Fred w pracy, wróci raczej późno. Po nocnym chorowaniu jestem jeszcze trochę strzelona i boli mnie kark, bo krzywo spałam, ale rozglądam się za nowa lekturą. Po południu obejrzałam pierwszy odcinek 16 sezonu Midsomer, więc chyba bardziej mam ochotę na litery niż obraz. 

poniedziałek, 26 września 2022

1015. I like Mondays.

Przy każdym przebudzeniu okazywało się, że kot spał za moimi plecami. Jeszcze wczoraj odczuwalna temperatura spadła o kilka stopni i kręci się wokół 10-12 °C, oczywiste więc, dlaczego Ryszard rozpoczął procedury jesiennego zagnieżdżania się w naszej sypialni. Cóż, skarpety w lisy, duży, ciepły swetr na grzbiet, milusi szalik naokoło szyi. Kochany podwiózł mnie do Centrum, gdzie bardzo ucieszono się na mój widok i gdzie po grzebaniu w papierach rozbolała mnie głowa. Na lunch wyszłam do Il Forno, liczyłam, że suty posiłek i dobra kawa (nadal kontroluję ilość) wpłyną na zatoki, i słusznie, poczułam się lepiej. Krętą drogą (przez księgarnię) doszłam do Ośrodka i tam jeszcze bardziej nastrój mi się poprawił. Odbyłam kilka inspirujących rozmów, np. z Oli, która jest mamą nienażartego Frankiego:

Albo z chłopakiem, który w zeszłym tygodniu był jak zombie, a dzisiaj przyszedł z rozciętym nosem, za to wszystkim innym uśmiechniętym, oraz z nadpobudliwym Denisem, który przypomina mi Gajosa, chce być Amber i opowiedział mi bardzo ciekawą historię swojego życia. Niestety pod koniec okazało się, że niejaki Alan może mieć koronę, w związku z czym nastąpił malutki popłoch, Paddy zaczął dezynfekować kije do bilarda, a reszta zaopatrzyła się w maseczki. Może jutro się spotkamy, kto wie ;) W każdym razie pierwszy raz od dłuższego czasu szłam w masce pod wiatr i stwierdziłam, że to bardzo fajna metoda na zapalenie zatok.

Wieczorem Kochany w pracy (nie zdążył zjeść obiadu, biedak, bo przyszedł gość od prysznica). Na MyHeritage zgłosił się do mnie przedstawiciel rodziny Janickich z którym mogę być spokrewniona przez dziadka w 10 pokoleniu. (z ostatniej chwili) Spłuczka jest naprawiona, prysznic działa dobrze, choć teraz z kolei trzeba go zupełnie rozkręcić, żeby woda była optymalnie gorąca. Oh, well.

czwartek, 8 września 2022

997. Skórzana? Matkobosko!

Taka dziwna nazwa trzylecia godów, które minęło wczoraj. Dziś zaś szary, spokojny czwartek. Z rana, gdy Fred regenerował się po pracy, polazłam do dochtóra, coby zacząć leczenie moich zatok i migdałków. Oczywiście, dochtór dał mi płukanki dwie, pierdoły, ale to be continued. Przyszedł też list z housingu, że nie. Jutro wysyłam odpowiedź, bo się nie zgadzam i tym razem im powiem. 

Chwilę podziobałam w ogródku, obcięłam dwie wielkie szałwie i ratunkowo przesadziłam jedną macierzankę znękaną lawendowym gigantyzmem. Potem wzięliśmy się z Miłym za instalowanie mebla z Jyska, szafki na książki (tzn. Kochany się wziął, ja chodziłam naokoło i sapałam). Zeszło nam do późna, Fred podgrzał łazanki o szóstej (jadłam ze smakiem i oglądałam jak Bernadette testuje wiktoriańskie specyfiki do włosów, to był dopiero mój drugi posiłek). Potem zmiana spodni na tyłku* i do przyjaciół. Wiadomość o śmierci królowej Elizki II dotarła do nas, gdy czekaliśmy na Ka & Jot przed ich domem. Domhnaic pokonał mnie w warcaby. Zjedliśmy po kawałku pizzy i torta czekoladowego, wyrażając rocznicowe życzenia, żeby wszyscy byli zdrowi:

Kotek rano ładnie zjadł antybiotyk, ale wieczorem już nie. Zmęczony jest tym obolałym nosem, a my cierpimy z nim (jest mi źle i czarnowidztwo mnie ogarnia). Więc nawet nie obejrzeliśmy filmu u Ka, tylko wracamy w deszczu do kota. Ryszard dostał ulubiony pasztecik, postanowiłam go już nie nękać farmaceutykami, bo zawsze jest jutro.

* do czerwonych dżinsów wzuwane butki w monstery, neonowo-pomarańczowa bluzka, katana w rollingstonesy i już można vibe lat 80-tych rozsiewać.

czwartek, 11 sierpnia 2022

968. Dogorywanie.

Wczorajszy wieczór był super. Jedno zdjęcie:

Obok Herbiego Hancocka zagrali Lionel Loueke (gitara), James Genus (bas), Justin Tyson (perkusja). 

Dzisiaj tymczasem upał wychodził mi uszami. Nie namówiłam samej siebie na spacer, nie tym razem. Fred wyjechał rano do pracy, mnie zatoki rozbolały tak, że miałam siły tylko na rozwieszenie prania. Pewnie dochodzę do momentu, gdzie pomoże jedynie antybiotyk, ale wyczekuję mniej słonecznej aury na pójście do lekarza. Dogorywając obejrzałam Całą prawdę o Szekspirze (2018) Branagha (wspaniała obsada i zdjęcia, pomysł trochę mniej, to wszystko takie ... stare). Rysio wyszedł ze swojej budki dopiero po czwartej po południu, zjadł podwójny obiad z deserem i wyruszył na spacer. Bardzo rozsądny ten nasz kot.

Fred wrócił z pracy po ósmej, wręczył mi bukiet kwiatów i prezent (szare dżinsy Lagerfelda), gdyż znowu stuknęła nam rocznica (o czym zapomniałam). Obiad, rozmowa o wspaniałej środzie i czas na sen.

wtorek, 9 sierpnia 2022

966. Pierogi na katar.

Wyglądałam jakbym chodziła w spodniach od pidżamy. Bardzo miłe uczucie, które polecę każdemu. Niestety w ten piękny dzień męczyły mnie zatoki, więc na obiad kupiłam ruskie pierogi na rozgrzanie słowiańskiej duszy (które okazały się działać zgodnie z moją intencją — boli mniej, choć nadal smarkam).

Wróciłam do wsi autobusem, przede mną siedział Majkel (wesoły a trzeźwy, o dziwo). Poinformował mnie, że Anne podróżuje ze swoją mamą po Quebecu, a jego Honda już nie pojeździ, bo nie przeszła przeglądu. Poza tym Ryszard jak dostaje od niego przysmaczek, to daje się pogłaskać tylko dwa razy, potem syczy. Mała łajza (z tego Ryszarda), nie przyznaje się do smaczków od sąsiadów, ale i tak wszystko wiemy (dzisiaj kot przyszedł rano z piórkiem na głowie i twierdził, że nie ma pojęcia skąd się tam wzięło).

Zaczęłam oglądanie 13 sezonu Midsomer od The Sword of Guillaume (2010). Odpakowałam puzzle, które Fred kupił mi kilka tygodni temu (elementy wysypałam z plastikowej torby, żeby je uwolnić od jej nieładnego, chemicznego zapachu; układać będę jak przyjdzie czas). Piję płyny i czekam na Kochanego, który skończył pracę, pokazał mi przez telefon ulice Mullingar, a teraz zmierza w kierunku domu. 

czwartek, 28 lipca 2022

954. Nas-troje.

Noc miałam niespokojną, z rana czułam się jakby ktoś dał mi przez głowę. Pomna planów na dzisiaj nastawiłam budzik na szóstą, ale obudziłam się wcześniej i wyłączyłam dziadostwo. Nie było sensu z bólem zatok stresować się i w pośpiechu nanosić korekty przed odesłaniem pliku z tekstem. Zrobiłam Kochanemu kanapki i małżonek z mamą udali się w kierunku Grobli Olbrzyma beze mnie. Zostałam na cały dzień w domu z kotem, wrzuciłam w końcu pracę na stronę, poinhalowałam się gorącą herbatą i ogólnie spędziłam czas sama ze sobą. Ryszard leżakował w sypialni od rana do czwartej po południu — mieliśmy wspólną popołudniową drzemkę, po której każde zjadło swój obiad, on indyka w białym sosie, ja mashed z rzadką jajecznicą zagryzione ogórkami małosolnymi. 

Fred z teściową dobrze się bawili w Północnej, mieli słońce, którego u nas brakowało. Fotografie małżowe:




Tymczasem u moich rodziców cyklinowanie skończone, teraz odchodzi malowanie różowego pokoju na zielono.

Jesteśmy pewni, że od wczoraj nocny złoczyńca is back (przez kilka ostatnich nocy wróciliśmy do zwyczaju pozostawiania otwartego okna i chwilę był spokój). Nowe rozwiązanie: zamykanie drzwi sypialni. Ryszard będzie mógł z nami spać, a nikt nie będzie szurał nosem w jego talerzach. 

Słyszę jak w kuchni Kochany z mamą dyskutują nad zdjęciami z podróży. Po prysznicu, w szlafroku, już mogę w kimono. 

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

481-482. Kryzys.

W niedzielę w sprawie konta bankowego dowiedziałam się tylko tyle, że nikt mi się na nie nie włamał. Dwa płukania zatok. Prowadziłam samochód spod Drołdy do domu i zjechałam nieco z drogi. Strasznie mnie to rozwaliło emocjonalnie. Świeży chleb z bananem na późną kolację trochę pomógł mi w smutkach.

W poniedziałek obudziłam się z muzyką Barry'ego do Tańczącego z Wilkami w głowie. Skąd ona tam, nie wiem. Pełna rezygnacji jeszcze przed śniadaniem połączyłam się z moim dostawcą telefonicznym (nie, nie mogą rozwiązać mojego problemu). Od jedenastej było milej. Właśnie, gdy kliknęłam na link zoom, do drzwi zapukał Majk z dostawą cieplutkich sconesów od Katlin. Katrina nakreśliła mi obraz tego, co dobrze byłoby zrobić, z sugestią, że możliwe jest sfinansowanie przez nich studiów, jeśli zdecyduję się kontynuować te rozgrzebane w polskim systemie. W międzyczasie Fred wrócił niespodziewanie wcześnie z pracy (wyjechał z domu na piątą rano) i za kamerą pomachał mi torbą z pączkami. Poszedł spać, a ja po rozmowach telefonicznych/wideo z kolejnymi trzema osobami z Obsługi Zdesperowanego Klienta w końcu zalogowałam się do banku.

Oglądałam jakże zajebistą Bernadette Banner rozprawiającą o kieszeniach i równie zajebistą Rachel Maksy robiącą sobie XIX-wieczne fryzury. Chyba jednak nie kryzys, trzeba spiąć poślady i podjąć decyzje. 

Wieczorem dołączyłam do długiej Freda rozmowy z Krakusami (urodziny Krakuski). Optymistyczny jest taki koniec dnia.

czwartek, 28 stycznia 2021

408. Relaks.




Poszliśmy z Fredem na dłuuugi spacer po dużej plaży (noc była bardzo męcząca, wylegiwałam się z dziesięć godzin i jeszcze przy śniadaniu utrzymywało mi się przyćmienie umysłu z bólem głowy włącznie, spacer był więc przyjemną koniecznością). Przyniosłam do domu kamień. Wcześniej rundka po osiedlu z Rysiem. 

Widziałam Anne, która na odległość rozmawiala z Katlin, pomachaliśmy jej z Fredem powitalnie. Dni gdy jesteśmy razem i nie skupiam umysłu na niczym szczególnym to najlepszy dar. Pod wieczór małżonek jedzie na zakupy, u mnie Zaginiony testament czyli kolejny Poirot z 1993 roku, 5.4. Męczą mnie zatoki.

Od wczoraj, po opublikowaniu wyroku TK, w Polsce znowu protesty. Niech hydra wygnije. Na tę okoliczność słucham fugi a 4 voci.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

384. Do przodu chcę.

Spróbowałam płukania zatok preparatem od Aś, dziwne uczucie, nie tak złe jak sobie imaginowałam. Skutków na plus lub minus na razie nie odczuwam, będę kontynuowała działanie przez kilka dni, aż się coś okaże.

Początek tygodnia był bardzo zimny, w ciągu dnia spadł nawet deszcz z rozciapanym gradem. W taki ziąb jedziemy do sklepu, żeby kupić różności w rodzaju nalepek na segregatory, kawy w ziarnach i szczoteczki do zębów. Po powrocie z zakupów Kochanego pochłonął Kosiński, Malowany ptak skończony, słyszę jak zagnieżdża się w głowie Freda na dłużej, sama nie wiem, czy kiedy przeczytam.

W Polsce Niunia była u prawdziwej kociej okulistki, która pooglądała jej oczodoły bajeranckimi urządzeniami i przepisała maść. Wetka nie mówiła złych rzeczy w temacie, ale narracja zmierza ku zabiegowi. Mama tymczasem zmęczona jest uczeniem się i już wzięła u mnie pierwszą kropkę (zawsze wiedziałam po kim mam leserstwo). Do domu w Polsce przyszła dzisiaj paczka ze Świata Książki, siedem tytułów, co jeden to lepszy, są wiersze Ginczanki, i Masłowska, i biografia brata Piłsudskiego, dwa Twardochy, jedna Tokarczuk oraz dzieło pod przewrotnym tytułem Mój rok relaksu i odpoczynku. Byłoby cudownie móc je tu przywieźć w okolicach wczesnej wiosny, czy takie rzeczy są jednak możliwe?

A Kaś nam się zapowiada. Dzisiaj obchodzi półwiecze, przy okazji składania życzeń porozmawiałyśmy o przyszłości. Kaś liczy na zaszczepienie za tydzień i poprawkę za kilka tygodni, to dałoby jej glejt na latanie i mogłabym spodziewać się jej w lutym lub marcu. To zawsze coś miłego, i Ryszard się ucieszy, a z Fredem nie będą mogli się nagadać.