Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 września 2025

2110. W sobotę ...

... o piątku nie bez przyczyny. Cały piątek byłam w drodze, a najpierw: o, mój łbie! Zatoki bolały mnie przez pół nocy z czwartku na piątek i uniemożliwiały zaśnięcie. Uspokoiło się gdzieś nad ranem, więc wypoczęłam przed tym długim dniem pół na pół. Tymczasem wg planu nie miałam już wracać do domu po zakończeniu szychty, bo przecież teatr.

Kochany podjechał karocą przed drugą po południu; przebrałam koszulę i ruszyliśmy na miasto, żeby pozałatwiać sprawy. Do spraw należało: zapłacenie na poczcie licencji na TV (odkładałam to całymi tygodniami, ale w końcu trzeba było wyrwać z kieszeni €160), dodanie szwagra do ubezpieczenia samochodowego (niespodzianka: zmieniły się wewnętrzne przepisy i teraz Kochany musiał za tę przyjemność dopłacić), zjedzenie lunchu (znowu meksykańskie bistro, bo smacznie).

Po posiłku ruszyliśmy do stolicy. W drodze oczywiście przysypiałam utulana posiłkiem i ciepłem w samochodzie (nadal czułam się trochę nie teges). Zaparkowaliśmy w typowym dla nas miejscu, przy stacji Connolly, żeby odkryć na tym samym parkingu samochód Druid Theatre. To właśnie na ich sztukę szliśmy do the Gaiety. Do przedstawienia pozostawało sporo czasu, więc wędrowaliśmy, m.in do Tower Records, gdzie kupiłam taką płytę Billy'ego, której słucham pisząc ten tekst:

Lunch był wcześniej, czyli w Dublinie szukaliśmy kawiarni; w końcu wylądowaliśmy w Caffè Nero obok teatru, inne miejsce po drodze z tej samej sieci było zbyt zatłoczone.

Po kawie i ciastku więcej spaceru (usiłowaliśmy odciąć się od obserwowania teatralnej figury, która usiadła centralnie przed nami). Stefan i mroczne mewy.

Druid Theatre Company przyjechało do Gaiety aż z Galway. Macbeth! A skoro Druid Theatre, to wiadomo, że reżyserem jest jedna z założycieli, Garry Hynes. W roli Makbeta doskonały Marty Rea, w roli Banko Rory Nolan, a jako Lady Makbet sama Marie Mullen (współzałożycielka teatru, co odbyło się 50 lat temu, więc łatwo policzyć, że w tej adaptacji żona była znacząco starsza od męża). Bardzo dobre przedstawienie! Gaiety niewielki jak na moje inne doświadczenia, ale lubię jego wiktoriański wystrój. 

Po prawie trzech godzinach z przerwą, marsz do Babci przez rozświetlone miasto (w domu byliśmy dosłownie tuż przed północą, do okna wdrapały się bardzo zaniepokojone myszy). Jak ja lubię tak!

wtorek, 9 lipca 2024

1666. Zmęczenie.

Wstaliśmy z Kochanym po piątej. Za oknem niebo zasnuwało się coraz bardziej. Gdy przyjechaliśmy do Drołdy, wysiadłam na głównej ulicy, żeby przynieść Kochanemu kawę, potem on do pracy, a ja czekając na swoją szychtę rozsiadłam się w Czarnej. Nic za wiele nie przeczytałam, bo zagadała do mnie Marksistka z historią, że kupuje mieszkanko w Polsce i będzie żyła na dwa kraje, przynajmniej przez jakiś czas. Mam nadzieję, że plany jej wypalą.

Przed południem byliśmy z grupą na kręglach. I gdy tak sobie grałam, Fred napisał do mnie z informacją, że umarł Jerzy Stuhr. Kilka minut później dostałam maila zapowiadającego odwołanie sierpniowego przedstawienia i zwrot pieniędzy. Szkoda, że nie zdążyliśmy zobaczyć go na scenie.

Another beautiful day in Ireland, powiedziała Alis otwierając parasolkę na schodach do Centrum.

Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie i od razu pojechaliśmy do Pieseła. Zrobiłam makaronowy obiad, chwilkę rozmawialiśmy z mamą, potem dopadło mnie wielkie zmęczenie, które odgoniłam dopiero późnym wieczorem (Fred i Pieseł byli na spacerze beze mnie). Zmulenie nie pozwoliło mi znaleźć żadnego ciekawego filmu na Netflixie. Wszelkie sprawy papierowe też awrio (dostałam referencję od Saren, ale nie chciało mi się nawet otworzyć pliku), po prostu trzeba to wyspać.

niedziela, 16 czerwca 2024

1642. Wczoraj / dom / planowania / bez Cichej.

(w sobotę) Wstaliśmy przed ósmą i jedliśmy śniadania o różnych porach. Kochany jeszcze kończył pić pierwszą kawę, gdy ja wychodziłam z mamą na cmentarz. Zabrałyśmy ze sobą Maksia, który bardzo dzielnie, najpierw rześko, a potem coraz wolniej, przebierał swoimi krótkimi nóżkami.

Kochany sporo czasu parał się rezerwacją noclegów w schroniskach górskich (bardzo jest to upierdliwe logistycznie, trzeba wydzwaniać, albo tylko mejlować i czekać; plany i życzenia: Dom Śląski, Odrodzenie i Hala Szrenicka). W tym czasie mama zrobiła pyszny obiad, który zjedliśmy w ogrodzie, pod parasolem:

Pogoda robiła się szara, burzowa. Popijając kawę w ogródku zaczęłam czytać Cyda Pierre'a Corneille'a (to kolejny rozgrzebany tekst; w samolocie z kolei napoczęłam O stawaniu się sobą Carla Rogersa), podczas gdy Fred dobijał targu z właścicielami schronisk, Tadkiem i ciocią eR.

Wiedzieliśmy, że w Kaliszu, w ramach La Strady, występuje Karolina Cicha ze swoją płytą tatarską. Zrobiłam notatki z nazw miejscowości, które powinniśmy mijać i przed czwartą po południu wyjechaliśmy z domku pod lasem do Wielkopolski. Byliśmy w mieście ze sporym marginesem czasowym, więc zjedliśmy podwieczorek w Łączniku Kulinarnym (dla mnie grzybowa-krem oraz sernik wiedeński z sosem malinowym, wszystko całkiem dobre) oraz zajrzeliśmy na bryłę kaliskiej katedry (tej, co to w niej Konopnicka z Konopnickim się poślubili). Potem jeszcze dość dłuuugo czekaliśmy na występ włoskiego teatru ulicznego Teatro Due Mondi z przedstawieniem Wall Cracks, oraz na Cichą i Spółkę. Szczęśliwie, miejsce było urokliwe, rozgadane gawronimi konwersacjami.

Due Mondi przedstawili temat na topie (mury, migracja), w ich wykonaniu nieco zbyt przegadany jak na teatr uliczny, natomiast z koncertem problemy były dwa. Po pierwsze, Cicha się rozchorowała i zagrała tylko Spółka w składzie Patrycja Betley/Karolina Matuszkiewicz/Olena Yeremenko/Paweł Betley: 

Spółka była oczywiście świetna (jak można się było spodziewać: muzycy, którzy wiedzą, co robią i ciekawy folk), ale w połowie koncertu zaczął na nas kapać deszczyk, który w minutę zamienił się w ciepłą ulewę. Zaczęliśmy biec w kierunku Kazimierzowskiej, gdzie stał nasz samochód, początkowo po kurtki przeciwdeszczowe. Gdy dobiegliśmy, byliśmy tak mokrzy, że kurtki byłyby zbyteczne. Zamiast powrotu pod CKiS, wybraliśmy powrót do domu. 

Ostatnią przygodą sobotnią była droga powrotna. Kochanemu powoli wyczerpywała się bateria w smartfonie, więc mój iPhone przejął prowadzenie i wróciliśmy małymi dróżkami, które doprowadziły nas do legendarnych kocich łbów (intencjonalnie ominęliśmy je jadąc w przeciwną stronę). Bardzo mnie te kocie łby ucieszyły. Sentyment. A w domu byliśmy o północy.

piątek, 23 lutego 2024

1530. Choroba.

Kochany przed świtem pojechał w kierunku Kildare. Nie wychyliłam nosa z domu (w nocy zapchane zatoki, w dzień trochę kaszlu), rano rozmawiałam z tatą, bardzo dużo czasu poświęciłam na  przeglądanie drzewa genealogicznego na MyHeritage, czytałam. Po południu czekałam na powrót męża, żebyśmy mogli zjeść obiad razem (Kochany wrócił z bukietem róż).

Moje przekonanie, że egzemplarz Prowadź pług swój przez kości umarłych jest w Polsce, było całkowicie błędne. Książka z pozaginanymi rogami i notatkami ołówkiem (podczas czytania zanotowałam w niej również tekst na bloga; stary blogopamiętniczek podpowiedział mi, że chodziło o 12 lipca roku 2017) leżała na innych książkach przykryta kserami podręcznika do irlandzkiego. 

Podejrzewam, że marazm piątkowy częściowo był spowodowany oczekiwaniem na serwisanta. Liczba serwisantów, których dzisiaj zobaczyłam: 0. 

Za uchylonym oknem wiosenne trele. Dwie ostatnie noce wydały mi się dziwnie jasne, może mam zwidy, ale też idzie na pełnię.

Fred również podziębiony, już wziął garść pigułek.
___
edit 21:45 W ciągu kilku chwil podjęliśmy decyzję o kupieniu biletów na sztukę w Teatrze Polonia. Za kilka miesięcy, bo bliższe terminy wyprzedane. 

sobota, 15 lipca 2023

Postscriptum #1306.







1306. Mám.

Najfajniejszym odkryciem piątkowego poranka było, że żubry online wróciły (będzie co oglądać, gdy zima przygniecie tęsknotą). Przed pracą zaszłam do Czarnej. Na mój widok baristka jeszcze robiąc kawę dla Flat White dostawiła spodek i łyżeczkę do podwójnego macchiato:

The usual?
Uhum
Anything to eat?
Nope, I'm dieting.
That sucks, isnt it?

Nom, w drodze zastanawiałam się, czy jestem już podwójnym macchiato i proszę bardzo, jestem. Często gęsto przed dziewiątą spotykam tu grupę znajomych twarzy. Facet, który jedzie tym samym autobusem i tak szybko przebiera nogami, że zawsze jest pierwszy (flat white). Pani z krótkimi, ciemnorudymi włosami, czasami w towarzystwie mężczyzny, rozgadani wykładowcy teorii wszystkiego. Dwóch gości w wieku średnim (gdy wchodzę już siedzą zagnieżdżeni w fotelach po dwóch stronach przy wejściu). Starsze panie, wymieniają się obecnością, jedna bardziej sterana życiem i z ręką na temblaku. Czasem też młodzi przy stołach, zazwyczaj z rozłożonymi laptopami i notatkami szkolnymi. Tyle dobrego. Gdy weszłam do budynku Centrum, zaczęło padać i tak już lało cały dzień. 

***

Kochany szybciej wrócił z Dublina, spotkaliśmy się na obiedzie w Cedar Gate, ja z mokrymi spodniami, bo regularna pompa. Po obiedzie (to co zwykle i lody czekoladowo-truskawkowe, Fred eksplorował) zajechaliśmy do domu, żeby się przebrać, i ponownie wyruszyliśmy w kierunku stolicy, która zaskoczyła nas poprawiającą się pogodą (w naszych okolicach deszcz naprawdę padał cięgiem, od momentu mojego wejścia do pracy z rana do wjechania w przedmieścia Dublina wczesnym wieczorem)

Jechaliśmy do Board Gáis Theatre. Kochany zaparkował tuż przy dokach na Pearse St. Było jeszcze trochę czasu (tuż po szóstej), więc poszliśmy do Czarnej z widokiem na doki (społecznie kolejne miłe doświadczenie, chociaż dla mnie już nie kawowe). Siedząc tak przy napitkach rozważaliśmy jakie rupiecie meblowe zostałyby przez nas ściągnięte ze śmietników, gdybyśmy mieli większy dom. Bardzo różne, eklektyzm byłby pełną gębą. 

Przedstawienie bez antraktu zapowiedziane na wpół do ósmej zaczęło się z pięciominutowym poślizgiem. Widownia pełna. Mám w 2020 roku nominowano do nagrody Oliviera. Fabuła pozostawia wiele miejsca do domysłów opartych na emocjach i własnym doświadczeniu. Cormac Begley na koncertynie, zespół s t a r g a z e, z tancerzy najbardziej przyciągali mój wzrok Rachel Poirier i James Southward. Reasumując: nie streszczę historii, ale warto było jechać. Analiza tematu w drodze, wyczerpanie, prysznic, spać. 

niedziela, 5 lutego 2023

1147. Pokraczne sukcesy.

Przez kilka godzin biedziliśmy się z Fredem ze złożeniem aktualizacji informacji do karty medycznej na temat naszego stanu finansowego. O matko! Przestawiliśmy wspólnie pralkę do pozycji w której była sobie spokojnie, dopóki Kochany nie zaczął czegoś tam sprzątać (ze stresu, że wypełnia papiery). Dzień się nam przez to rozwlekł i już nie wybrałam się na spacer, chociaż kilka dni temu miałam w głowie piękną wizję dalekiej wędrówki w oparciu o ulotne prognozy pogody. Prognozy prognozami, ale trochę zimno. Tymczasem w Polsce leży cienki śnieg, rozmawiałam z mamą, która pokazała mi okoliczności przyrody. Widziałam małą Rozalkę brykającą rezolutnie w czerwonym kubraczku zawiązanym w kokardki na plecach. Wiem też, że koty sąsiadów dochodzące są dwa, łaciatemu Filemonowi tatko smaruje poranioną łapę jakimś mazidłem od weta. 

Rozmawiałam z mamą o planach marcowych i zaraz oczywiście w głowię się mi zaczęło tłoczyć, co to możnaby zrobić, albo gdzie nie pójść. Na głównej scenie Teatru Capitol w czasie naszego pobytu nie ma rzeczy, które koniecznie chciałabym zobaczyć, ale oboje z Kochanym w tym samym momencie zaczęliśmy się ślinić na Cesarza z Mikołajem Woubishetem jak szczerbaty na suchary, więc kto wie. Chciałabym odwiedzić z mamą Muzeum Narodowe, żeby przy okazji powłóczyć się wzdłuż Odry. Wiele zależy jednak od pogody. 

Tymczasem u nas słońce. O trzeciej Fred ubrany w swój mundur zarzucił torbę na ramię, dał mi całusa i tyle go widziałam. Midsomer 18.6 było. Mózg przerzucał mi kartoteki w poszukiwaniu twarzy Davida Yellanda, takiej, jaką znam z serialu The Bretts. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się szósta, a tu nic nie stworzone, oczy się zamykają, mózg nie chce wziąć się do pracy, tylko wertowałby blogi wariatów. No i cóż, jakaś tam drobna robótka intelektualna wykonana, informacja o naliczeniu kary za zwłokę z biblioteki uniwersyteckiej przeczytana, pierwsza marchewka maczana w jogurcie czosnkowym ze smakiem zjedzona. Fred w czasie swojej przerwy na szamę mówił mi, że może wróci nie tak znowu późno. Już powiedziałam kotu. No to czekamy. 

środa, 15 września 2021

638. Kwitnę.

Nie do wiary, po półtora roku czekania na Teatr Kwadrat w Dublinie, okazało się, że nasze bilety są ważne, owszem, ale na spektakl teatru krzak z Patrycją Kazadi. Leciuchno się z rana zagotowałam. Zobaczymy jak szybko anonimowe boty z Mixer Radio prześlą nam zwrot pieniędzy.

Poza tym nudy i katar zatokowy. Z rana dogadałam się z Aś w temacie soboty — jeśli pojedziemy połazikować, najprawdopodobniej zabierze się z nami. Fred zawiózł mnie do pracy i ogólnie było mało wyczerpująco. Orchis Fatalis do samotnego obiadu. Tymczasem moja orchidea kwitnie od ponad miesiąca, niewzruszona jak wampir.

czwartek, 11 lutego 2021

422. Tłusty czwartek.

Róże od Freda przepięknie dzisiaj rozkwitły. Na zewnątrz przenikliwy wiatr nie oszczędza, wraz z wieczorem zaczął być coraz bardziej porywisty. Małżonek po południu wyruszył na nockę do Blanchardstown dzierżąc w torbie dwie grube kanapki zrobione przez żonę jej własnymi, leniwymi rączkami. Mąż dostał też ostatni, tłustośrodowy pączek.

Sporo porozmawiałam z Dżadziją (messenger oczywiście) i cieszę się jej sekretem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio się spotkałyśmy, aż musiałam zajrzeć do archiwum — lipiec 2016, jak zwykle w suszarni, tak mi mówi pamiętniczek. U niej też piździ. Ona i dzieciarnia też do Polski nie wracają. Co jest z tymi emigrantami, których ja znam?

Wieczorem wędrowałam po tytułach kolejnych odcinków Poirota w poszukiwaniu czegoś, co mi się jeszcze nie opatrzyło i co mogłabym łyknąć sama w domu. Tak dotarłam do sezonu nr 10 i odcinka Zagadka błękitnego ekspresu (2007). W zasadzie pamiętałam rozwiązanie tejże, ale nie pierwszą połowę, być może w trakcie oglądania poprzednim razem rozmawiałyśmy z mamą, jak zwykle za głośno i na same ważne tematy. W każdym razie super odcinek, a jako podkład energetyczny nałożyłam sobie do talerza wczorajszą fasolkę i wsuwałam, aż mi uszy drżały.

Z innych rzeczy, z kategorii śmieszno-strasznych, od roku próbujemy z mężem pójść do teatru, takiego realnego, ze sceną i widownią. Bilety były zakupione w marcu zeszłego roku. Występ Teatru Kwadrat w Helixie z Nejmanem i Małaszyńskim przeniesiono właśnie z Walentynek na ... październik.

środa, 9 grudnia 2020

358. Deprecha?

Wstaliśmy późno, w szarość mokrą i i im bliżej wieczora coraz bardziej targaną wiatrem. Po telefonie od Ka zrobił się nam plan na piątkowy wieczór, a wczesnym popołudniem wyjechaliśmy na zakupy. W TK Maxxie kupiłam sobie zestaw bambusowych skarpetek DKNY (bo jedna para była w białe grochy), dwie pomadki Laury Mercier (kolory Rouge Ultime i Nu Délicat — gdy sprawdziłam ich ceny w polskich drogeriach, pożałowałam, że nie kupiłam trzeciej), lnianą koszulkę Cynthii Rowley z nadrukiem tropikalnego miasta. Jeśli na Ka będzie pasowała koszula, którą znalazł mu Fred, to zostały jeszcze prezenty dla chłopaków, a wiemy, czego mamy szukać (gry na ps4). Za drobnymi upominkami dla sąsiadów dopiero zaczynamy się rozglądać.

Po powrocie ze sklepu długo rozmawiałam z mamą i akurat w trakcie tej rozmowy Fred dostał wiadomość, że teściowa wylądowała na SORze. Coś tam mają jej szyć, nie wiemy co i dlaczego, na tę chwilę pozostajemy w niepewności co do faktów.

Zupełnie już wieczorem małżonek przekazał mi kolejną zaskakującą i smutną nowinę — Teatr Nasz w Michałowicach prowadzony przez Kutów przechodzi do historii, obiekt został kilka dni temu wystawiony na sprzedaż. W 2018, krótko po nowym roku, byliśmy u nich na Geriatrix Show, to był zresztą mój ostatni teatr na żywo (shame on me). Po 29 latach działalności wykończył ich nierząd podczas pandemii.

I tak się mi wszystkiego odechciało, a Fred robi sobie po dziesiątej wieczorem kawę z zamiarem siedzenia przed komputerem i przelewania gorzkich myśli na ekran. Małżonek stwierdził, że prawie udało mu się uniknąć jesiennej deprechy, do dzisiaj.

wtorek, 13 października 2020

300-301. Dwupak.

Przed chwilą wróciłam z godzinnego spaceru, nastawiłam pranie i zaparzyłam kawę dla siebie. Fred jeszcze wypoczywa, położył się spać po piątej rano, po powrocie z Galway. Pojechał tam wczoraj o jedenastej, był to więc dla niego długi poniedziałek, który dla mnie porozłaził się na drobne czynności (przed obiadem dowiedziałam się o powrocie Szerloka ;), przy prasowaniu obejrzałam Kobiety (1939) Cukora, po rozmowie z Anne zapisałam się na niedzielną jogę online. Kobiety to straszna ramota w całości nagrana w studiu z domalowanymi krajobrazami. Najwięcej sympatii wzbudziła we mnie postać grana przez Marjorie Main. Anne przeszła ponownie na pracę zdalną, a Fredowi nie zapowiada się więcej zleceń na ten tydzień. Covid napiera i psuje nastrój. Listonosz właśnie wrzucił nam do domu zamówione maseczki.
___
edit 23:20 Dwa odcinki The Return of Sherlock Holmes (1986-88): The Abbey Grange (interior to sala w Dunham Massey Hall w hrabstwie Grater Manchester, exterior Adlington Hall w hrabstwie Cheshire) oraz The Musgrave Ritual (Baddesley Clinton Manor House w hrabstwie Warwickshire). Ostatnio bawi mnie odkrywanie lokalizacji tych wszystkich pięknych domów. Nigdy nie wiadomo, kiedy będę przejeżdżała obok ;)

Z nowości: polski teatr, który miał się nam objawić w Irlandii w marcu, potem w czerwcu, następnie w październiku, ponownie przesunął swoj przyjazd do Dublina, tym razem na luty'21. Dodatkowo sztukę teatru Kwadrat zmieniono na inną. Miała być Godzinka spokoju, będzie (jak covid da) Nie książka zdobi człowieka z Małaszyńskim. Ta podmiana akurat mi odpowiada.

czwartek, 12 marca 2020

86. Odkładamy melanże?

— Mam najlepszą żonę na świecie!
— O matko, dzie? Jezdeś bigamistą??!

Przed południem wpadły nam do domu dwie szare koperty wyjaśniające finasowe zawiłości z dnia poprzedniego. Równie zawile, tak, że nic nie rozumiem, ale liczby w tabelkach wyglądają nieźle, tedy wczorajsze ciśnienie ze mnie zeszło. A było, bo noc miałam fatalną. Cały czas piekł mnie język, Fred obok też bardzo się wiercił. U niego zmęczenie po pracy, u mnie nie wiadomo co. Prawie z wywalonym językiem, podkreślającym wzmożony wysiłek intelektualny, policzyłam, że to nie my mamy im oddać, tylko oni nam mają oddać. Chyba. Kaś Matka Kotom przesyła nam codziennie kolejne memy i wice o koronie, bo jej lubelskie zadrżało i świeci pustymi półkami. To mądra dziewczyna, więc niedobrze jej się robi od głupoty. Znam ten stan.

Słońce świeci, wiatr gna, kot śpi na łóżku (nad ranem wyharatał kurzelczą nogę z garnka, który zapomniałam przykryć. Polizał, nadgryzł, zostawił na środku kuchni).
___
edit 12:53 Jakże wróżebny nadałam tytuł dzisiejszej notatce. Właśnie doczytałam, że chwilę temu Varadkar zarządził zamknięcie szkół, uniwersytetów, żłobków i państwowych instytucji kulturalnych. Jednocześnie zalecił odwołanie imprez powyżej 100 osób w hali. Wszystko to w reakcji na ogłoszenie wczoraj pandemii przez WHO. Za oknem znowu szara buka.
___
edit 17:20 Z pierwszych razów: pierwszy raz w drodze do Drołdy przejechaliśmy drogę przy Baltray zupełnie zalaną przypływem. Cool! Poza tym zauważyłam, że samochód, który mamy od ponad trzech tygodni ma szklany dach :D Lepiej późno niż wcale. Na parkingu przy polskim sklepie postawiono nowe parkomaty, teraz także na kartę. Do miasta przybyła cywilizacja. Panika koronawirusowa również. Pojechaliśmy na zakupy krótko po rewelacjach premiera — w Tesco nie było już ani papieru toaletowego, ani fasolki w puszkach (hm?). Zapłaciliśmy za nasze zakupy dwa razy tyle, co zwykle, ale to głównie przez mój zapas kolagenu na stawy i mięcho do przerobienia na kotlety, które Fred kupuje od czasu do czasu w dużych ilościach. W Lidlu lepiej. W polskim sklepie jest wszystko, co trzeba. Czytam tymczasem, że The Helix Theatre przeniósł na późniejszym termin gościnne przedstawienie warszawskiego Kwadratu, na które Fred kupił w poniedziałek bilety :(.
___
edit 22:01 Dzień się kończy tak, że najlepszy z mężów wstępnie kroi mięso na gulasz i miele na kotlety. Potem robi mi obiadek z rybki z Tesco. Ogórki w majonezie z cebulką są pieprzne, więc kaszlę jakbym miała koronawirusa. Na osłodę strucla serowa Oskroby, z polskiego sklepu. Jestem dobrej myśli pełna, i dobrej strawy.