... o piątku nie bez przyczyny. Cały piątek byłam w drodze, a najpierw: o, mój łbie! Zatoki bolały mnie przez pół nocy z czwartku na piątek i uniemożliwiały zaśnięcie. Uspokoiło się gdzieś nad ranem, więc wypoczęłam przed tym długim dniem pół na pół. Tymczasem wg planu nie miałam już wracać do domu po zakończeniu szychty, bo przecież teatr.
Kochany podjechał karocą przed drugą po południu; przebrałam koszulę i ruszyliśmy na miasto, żeby pozałatwiać sprawy. Do spraw należało: zapłacenie na poczcie licencji na TV (odkładałam to całymi tygodniami, ale w końcu trzeba było wyrwać z kieszeni €160), dodanie szwagra do ubezpieczenia samochodowego (niespodzianka: zmieniły się wewnętrzne przepisy i teraz Kochany musiał za tę przyjemność dopłacić), zjedzenie lunchu (znowu meksykańskie bistro, bo smacznie).
Po posiłku ruszyliśmy do stolicy. W drodze oczywiście przysypiałam utulana posiłkiem i ciepłem w samochodzie (nadal czułam się trochę nie teges). Zaparkowaliśmy w typowym dla nas miejscu, przy stacji Connolly, żeby odkryć na tym samym parkingu samochód Druid Theatre. To właśnie na ich sztukę szliśmy do the Gaiety. Do przedstawienia pozostawało sporo czasu, więc wędrowaliśmy, m.in do Tower Records, gdzie kupiłam taką płytę Billy'ego, której słucham pisząc ten tekst:
Lunch był wcześniej, czyli w Dublinie szukaliśmy kawiarni; w końcu wylądowaliśmy w Caffè Nero obok teatru, inne miejsce po drodze z tej samej sieci było zbyt zatłoczone.
Po kawie i ciastku więcej spaceru (usiłowaliśmy odciąć się od obserwowania teatralnej figury, która usiadła centralnie przed nami). Stefan i mroczne mewy.
Druid Theatre Company przyjechało do Gaiety aż z Galway. Macbeth! A skoro Druid Theatre, to wiadomo, że reżyserem jest jedna z założycieli, Garry Hynes. W roli Makbeta doskonały Marty Rea, w roli Banko Rory Nolan, a jako Lady Makbet sama Marie Mullen (współzałożycielka teatru, co odbyło się 50 lat temu, więc łatwo policzyć, że w tej adaptacji żona była znacząco starsza od męża). Bardzo dobre przedstawienie! Gaiety niewielki jak na moje inne doświadczenia, ale lubię jego wiktoriański wystrój.
Po prawie trzech godzinach z przerwą, marsz do Babci przez rozświetlone miasto (w domu byliśmy dosłownie tuż przed północą, do okna wdrapały się bardzo zaniepokojone myszy). Jak ja lubię tak!















