Fred wrócił po północy, akurat dogotowywała się obiadokolacja. Poszłam spać, a Kochany jeszcze trochę ślęczał, żeby mu się w brzuchu ułożyło. Obudziłam się z melodią Do ludożerców Cichej, ale to pewnie dlatego, że słuchałam_śmy folku. Genialnej płyty Tany wysłuchałam wczoraj po południu kilkakrotnie, a nawet do niej tańczyłam w stylu Davida Byrne'a, zaś małżonek po powrocie odpalił Niewierne Samych Suk. Tak to jest. Fred wstanie za godzinę. Myślę o śmierci. Rozmawiałam przed chwilą z Marchwą, która składa podanie o rozpoczęcie seminarki od nowa, bo Czesio pokonał ją po raz drugi. Miałam z nim zajęcia w zimowym semestrze i tak w kontekście ostatnich wydarzeń (szerszego oglądu w temacie demencji), oceniam, że już nie powinien uczyć.
___
edit 19:15 Zanim jeszcze Kochany wstał, zajrzałam do spożywczaka za rogiem, żebyśmy mieli z czym dojeść dżem z czarnej porzeczki wychodzący z daty. Kupiłam mleko i płatki owsiane. Normalne mleko pełnotłuste, i normalne płatki Flahavan's, a nie głupoty-organiki (tu jest wieś, tu się konkretne rzeczy spożywa). Na śniadanie było 7 naleśników z dżemem. Na obiad klopsy wołowe w sosie Łowicza "8 warzyw" do makaronu (bardzo, bardzo). Fred po obiedzie wskoczył w samochód i hops w kierunku Dublina, ja na ekspresowy spacer nad morze (rzuciłam okiem tylko, nie uśmiechał mi się powrót po plaży pod wiatr). Rozmawiałam z mamą, oprócz tego fryzjer zamówiony, Midsomer 14.7 obejrzany, włos pod normalnie działającym prysznicem umyty, stopy nakremowane.
środa, 28 września 2022
1017. Rozmyślania i działania.
sobota, 29 stycznia 2022
774. Going to a gig!
Nie teraz, w sierpniu, jeśli Herbie Hancock da radę. Po egzaminie całkiem gładkim (puk, puk, tfu, tfu, na wyniki trzeba chwilę poczekać), kupiłam bilety do National Concert Hall. Z papierów nie wygrzebię się do jutra, pomiędzy kartkami staram się jakoś relaksować, tym bardziej, że wiatr wieje i zrywa mi połączenie internetowe, więc używam Fredowego lapka, który jako weteran jest bardziej nieczuły na takie rzeczy. Pikających światełek nie obserwuję, idę na żywioł, albowiem jak mówi Pismo, co zostało rozłączone, to nie jest połączone, i co zrobisz? Guano zrobisz. Oto słowo Pańskie. Tak więc rozejrzeliśmy się z Kochanym po scenie, zdecydowaliśmy, że ładnie tu nawet mają i wysupłałam resztki z konta na miejsca balkonowe, gdyż lubimy się wywyższać. Przedostatnie zajęcia z różnic minęły szybko, tymczasem Fred przywiózł chowder, potem trudził się i męczył, biedak, przyszywaniem do spodni sześciu guzików. Jak to why? Szelki trzeba o coś zaczepić, Kochany nie umi bez szelek. Wieczorna praca z Marchwą nad diagnozami była bardzo przyjemna, szczególnie, że ja już w szlafroczku, Kochany smażył steki na obiadokolację, a kulyżanka miło potrafiła mi przekazać, że jak coś jest do dupy, to można to z tekstu wywalić, bye, bye, i nie żałujemy.
Maiden Voyage (1965) gra, kot liże futerko.
wtorek, 25 stycznia 2022
770. Wpis składający się w ⅕ z kota.
Jako się rzekło, tupanie Fredowe po kuchni obudziło mnie o bardzo wczesnej godzinie, od tego momentu spałam z przerwami, z typowym dla mnie napięciem, że może budzik nie zadzwoni i spóźnię się na życie. Nie było takiej opcji, bo ja się (nieomal nigdy) nie spóźniam. Ryszard widząc, że się ubieram, wyszedł pięć minut przede mną i przezornie czekał na zewnątrz. Było odprowadzanie i salut ogonem na pożegnanie.
W pracy przyklejam, przyklejam, przyklejam.
Miło jest wracać, gdy na dworze nie jest zupełnie ciemno ... Katlin, Lisa i mały Ethan nawigujący koparką jeszcze stali przed domem. Ethan pokazał mi, co koparką przenosi z miejsca na miejsce (trawa), Lisa opowiedziała, że Ryszard sporo czasu spędził u niej na murku (pewnie pytał, czy nie wie, kiedy wrócę), Katlin zauważyła (bardzo z siebie zadowolona), że noszę na plecach jej prezent, a mały chłopiec przechodzący obok ze swoim tatą powiedział hello i my name is Sean. Po tych wszystkich wydarzeniach mogliśmy w końcu wejść do domu i nakarmić kota, który też tam był i cierpliwie czekał, aż skończę small talk. Kocie śniadanie było dokładnie w takim stanie, w jakim je oboje zostawialiśmy o poranku, po diecie odchudzającej należał się Ryśkowi ulubiony indyk w białym sosie i jeszcze bardziej ulubiony mus wołowy z polewą. Strasznie byłam głodna, ale dopiero po załatwieniu tych spraw zabrałam się za odgrzewanie gulaszu dla dwunogów. Słusznie, bo kot wylizał miskę do czysta i grzecznie poszedł spać, która kocia matka nie chciałaby dostać takiego komplementu?
Tak jak praca w kawiarni uczy szacunku dla baristów, tak próby diagnozowania uczą szacunku dla diagnostów. Z perspektywy prezentowanej przeze mnie niekompetencji na tym etapie wg mnie wszyscy mają wszystko :D. Nie jestem w tym sama, bo pracowałyśmy nad materiałem wspólnie z Marchwą. Wieczorna, ponad godzinna pogaducha z koleżanką była dużą przyjemnością, cieszę się, że odnowiłyśmy kontakt. W tym czasie Fred wreszcie dotarł do domu.
Z innych pozytywnych rzeczy: Kochanemu przysłano nowe daty badań okresowych, dwie, w dwóch różnych kopertach wysłanych z tego samego adresu. Dlaczego wizyta u onko poprzedza tomograf, zamiast być po tomografie, któż to wie, dzisiaj już do tego nie dojdziemy.
niedziela, 23 stycznia 2022
768. Ę-ą i koniec ograniczeń.
Szczęśliwość mnie ogarnęła po zajęciach z rozwoju, gdyż okazało się, że pracę w grupach możemy obgonić raportem napisanym we dwie, z Marchwą. Marchwa też wyraziła entuzjazm i każda z nas mogła się udać do swoich zajęć, ona do robienia obiadu, ja do kompletowania stylówy na wyjście. Gdyż ponieważ lodówka nam świeciła pustkami obiadowemi i w związku z tym postanowiliśmy jeść na mieście. Fred połączył w swoim outficie konsumpcyjnym cztery rodzaje krat, ja wbiłam się w nowy, obcisły dżins oraz pasiasty sweterek i wyruszyliśmy do Carlingford, do ulubionego miejsca jedzeniowego. Oto onoż:
Po konsumpcji był krótki spacer do mola.
— Przynajmniej nie wieje, rzekłam mężu szczelniej ogacając się szalem.
— Aczkolwiek ta wilgoć generuje wychłodzenie, odparłże on, czemu w sumie trudno się dziwić, wziąwszy, co miał w tym czasie na sobie (a nie były to rzeczy tanie).
Do domu wróciliśmy z przystankiem na zakupy w Tesco. Podejrzana sprawa, że w Lidlu nie było ani naszego chleba, ani solidnych mięs. Nie wiem czy to ma jakiś związek z odwołaniem większości obostrzeń covidowych w tym tygodniu, ale tak się zgrało. Kochany wracając w nocy z pracy w Swords widział dzikie tłumy posobotnie wylewające się z pubów, a my jak te dwa niedoinformowane dudki dopiero w drodze do miasteczka za siedmioma pagórkami uświadomiliśmy sobie, że ostatnio w Il Forno nie sprawdzano nam paszportów covidowych. Pierwszy raz od 2 lat swoboda i szał ciał nastąpiła w Republice. Być może więc i słusznie w drodze towarzyszyły nam Nowe sytuacje (1983) i Nieustanne tango (1984). Jest kilka muzyk, których mogę nałogowo słuchać jadąc przez Irlandię, bo kojarzą mi się z tym krajem i jego klimatem, wśród nich The Pogues, Rory i ... Republika.
Wieczorem gadu gadu naukowo-towarzyskie z Marchwą, ustaliłyśmy między innymi kierunek diagnoz. Miło, gładko, ta niedziela wprowadziła mnie w świetny nastrój.
wtorek, 11 stycznia 2022
756. Za stara? Never.
Torba z laptopem do ręki i ziuuu o poranku. Zostawiłam Kochanego w spokoju, bo nawet nie wiem o której wrócił do domu, a dzisiaj znowu ma nieprzewidywalną zmianę.
Były pierwsze w tym roku pogaduchy przy kawie z Beth, przy czym obydwie byłyśmy w pracy, czy to nie świetne? (Paul zachwala jakieś miejsce w Północnej, gdzie dokazywali z Beth z okazji czternastej rocznicy). Chłodno, ale jasno i nie pizga, powrót z laptopowym obciążeniem nie był aż taki upierdliwy, nawet z przyjemnością skręciłam do Lidla. Z poczuciem bycia królową tego zakątka, spokojnie, z papierowym kubkiem kawowym w dłoni i biletem powrotnym w kieszeni, domaszerowałam na dworzec.
W domku czekały na mnie pulpety wołowe w sosie pomidorowym (pozostawione dla mnie przez Kochanego) i powrót kota-torpedy (z parapetu domu Judżina). W internetach porozmawiałam chwilę z podłamaną Marchwą, zagadałam też do Grażki, zaskoczona faktem, że ostatni kontakt miałyśmy w roku dziewiętnastym. Oczywiście obietnicę składam, że się zobaczymy na kawie, gdy będę w pobliżu.
Po seansie Smoky Mountain Meltdown rodziny wagi ciężkiej, jeszcze trochę studyjuff. Czy jesteśmy na to wszystko za stare, jako Marchwa sugeruje? A gdzieżby.
sobota, 8 stycznia 2022
753. Egzaminoza.
Lekki stresik zaczyna mnie dręczyć, że w zasadzie to nie wiem z czego będzie egzamin za tydzień. Chciałabym wykuć, ale co tu jest do wykucia? Takie tam pierdele rozmyte. Aż nawet wynalazłam w Otchłani Przeszłości stare testy Czesiowe, i jak tak teraz o tym myślę, to sporo pytań może być podobnych. Pisu pisu z Marchwą, wspierająco. Przesłałam jej moje archiwalia i sama też czytam. Kiedyś to była silna grupa wariatek, a teraz tylko my dwie dziergamy, sieroty.
Kochany wrócił w sam raz na obiadek i objuczony prezentem, bo wymienił za małe spodnie Dolce&Gabbany na dwie pary dżinsów Ripley, znowu dla mnie (czarne model anbass i szare model grover, obydwa fajnie na mnie leżą).
Mailem dostałam nowy covid pass, z datą trzeciego szczepienia. Z innych wiadomości, tym razem smutnych, syn Sinéad O'Connor nie żyje, znaleziono go wczoraj gdzieś w Bray, prawdopodobnie samobójstwo. Region jest piękny, miło mi się kojarzy, tragiczne, nierealne, że można chcieć się zabić akurat w takim miejscu.
___
edit Sunday 12:00 Gdzie ty widzisz czarne? pyta małżonek w niedzielę przed południem. Patrzę, faktycznie czarne tylko oczami duszy mojej. Niebieskie.
sobota, 6 listopada 2021
690. Męcząco, ale miło.
Wieje.
Po południu rozmowa z mamą, chyba wszystko jest dobrze. Potem obiad, następnie półtorej godziny wykładu z rozwojówki, i tu spotkała mnie miła niespodzianka. Zaraz po wejściu na zoom, na messengerze zaczepiła mnie Marchwa, czy ja to ja, i czy ją pamiętam, bo ona mnie widzi w pokoju, i sądzi, że to ja. Z Marchwą studiowałyśmy na tym samym roczniku, w mocnej grupie fajnych dziewuch, aż nas Czesiu nie zniechęcił. Dobre takie spotkanie, wygląda, że gdzieś tam będziemy się mijały, bo ona też walczy od zeszłego semestru, możliwe, że skończy wcześniej niż ja.
Trwa wykład, gdy zakładam rajstopy i sztruksową spódnicę, jeszcze w samochodzie nawijam chwilę z Marchwą, bo ... jedziemy z Kochanym do stolycy. Otóż, Rybenka ogłosiła na swoim blogu, że jest w Dublinie, od słowa do słowa spiknęłyśmy się na messengerze (czym byłby współczesny świat bez tego wynalazku?) i wprawdzie okazało się, że dzisiaj Rybenka czasu nie ma, za to my się tak napaliliśmy, żeby jechać przed siebie, że trzeba nam był się wybrać do Tower Records. Natychmiast.
Zmierzchało już, gdy zaparkowaliśmy przy jednym z wejść do Merrion Square, który właśnie był zamykany.
W Towers Records nic takiego nie kupiliśmy, Fred cały czas przeżywa fakt znikania kina domowego na rzecz jakiegoś tam soundbaru (nie wiem za bardzo, o co chodzi). Pochodziliśmy chwilę po mieście, potem poszliśmy do Costy na rogu Dawson St i Nassau St. Już mi się zdążyło zapomnieć jaki tam ścisk i jaka mała jest toaleta. To zdecydowanie moja najmniej ulubiona Costa, chociaż dogodnie położona. Jeszcze chwila powsinogi, na tyle, żeby zauważyć dłonie Ronniego Drew pod Gaiety Theater.
Tak w ogóle to po drodze do środka miasta przyuważyłam jak ktoś właśnie kończył ubieranie choinki w swoim zakładzie pracy. Nad ulicami w centrum świecące ozdoby tylko czekają na podłączenie do prądu. Aż w głowie sprawdziłam datę.
Z zamkniętego Merrion Square pożegnał nas kolorowy Wilde.