Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rybenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rybenka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2024

1606. U Olbrzyma.

Dawno mnie tam nie było, na Grobli znaczy. Kochany bywał z gośćmi, ja ostatnio w sierpniu 2017 roku, gdy pierwszy raz przyleciałam do Irlandii. Wstaliśmy wcześniej, żeby po dziewiątej odpalić rakietę. Rano przeczytałam u Rybenki, że ona była wczoraj. Czyli się rozminęłyśmy :) 

Marsz od po dwunastej do po trzeciej; ciepło; samochód na parkingu Causeway Coast Way, stamtąd spacer najpierw górnym szlakiem aż za Amfiteatr, do ławeczki na której rozłożyliśmy się z napitkami. 




Pogoda wspaniała, niezbyt wietrznie, słońce nienamolne, much dużo, wszystkie przyjazne; piątek, więc udawało się zrobić zdjęcia krajobrazu bez turystów. Po ławeczkowym przystanku powrót do zejścia schodami i spacer do Amfiteatru dołem, następnie powrót po własnych śladach i zejście jeszcze niżej, do Port Ganny.






Droga powrotna z Północnej była monotonna i męcząca. Obiad, bardzo spóźniony, już "u siebie": z żołądkami zawiązanymi na supeł dojechaliśmy do Borzalino, żeby wymieść talerze do czysta zanim obsługa zdążyła mrugnąć. W domu prawie od razu poszłam pod prysznic; byliśmy tak zmęczeni, że zaległa między nami cisza, każdy regeneruje mózg w swoim własnym ekosystemie. U mnie od wczoraj kryminał le Carrégo, Morderstwo doskonałe (Sonia Draga, 2013). Za oknem nadal ptasie koncerty.

niedziela, 7 listopada 2021

691. No i tak.

W nocy kaszel się przyplątał, poza tym robiłam wygibasy, żeby nie kopać kota. Powiem tak, kot się wyspał. 

Do południa jarałam się wizją popołudniowego spotkania z Rybenką. Na dworze słonecznie, Fred popracował w ogródku, natomiast moje jaranie się spotkaniem skończyło się na tym, że po obiedzie wylądowałam w łóżku. Nie wiem, co to za babol się do mnie przyczepił, mikrob czy alergia na jesień. Pod koniec dnia zaś obraziłam się na naleśniki. Kochany za to zjadł cztery plus jednego małego naleśniczka i obejrzał program Sekielskiego na nośny temat Godek Kai. Dobrze mówią, choć wulgarnie. Idę spać.

sobota, 6 listopada 2021

690. Męcząco, ale miło.

Wieje.

Po południu rozmowa z mamą, chyba wszystko jest dobrze. Potem obiad, następnie półtorej godziny wykładu z rozwojówki, i tu spotkała mnie miła niespodzianka. Zaraz po wejściu na zoom, na messengerze zaczepiła mnie Marchwa, czy ja to ja, i czy ją pamiętam, bo ona mnie widzi w pokoju, i sądzi, że to ja. Z Marchwą studiowałyśmy na tym samym roczniku, w mocnej grupie fajnych dziewuch, aż nas Czesiu nie zniechęcił. Dobre takie spotkanie, wygląda, że gdzieś tam będziemy się mijały, bo ona też walczy od zeszłego semestru, możliwe, że skończy wcześniej niż ja.

Trwa wykład, gdy zakładam rajstopy i sztruksową spódnicę, jeszcze w samochodzie nawijam chwilę z Marchwą, bo ... jedziemy z Kochanym do stolycy. Otóż, Rybenka ogłosiła na swoim blogu, że jest w Dublinie, od słowa do słowa spiknęłyśmy się na messengerze (czym byłby współczesny świat bez tego wynalazku?) i wprawdzie okazało się, że dzisiaj Rybenka czasu nie ma, za to my się tak napaliliśmy, żeby jechać przed siebie, że trzeba nam był się wybrać do Tower Records. Natychmiast.

Zmierzchało już, gdy zaparkowaliśmy przy jednym z wejść do Merrion Square, który właśnie był zamykany. 

W Towers Records nic takiego nie kupiliśmy, Fred cały czas przeżywa fakt znikania kina domowego na rzecz jakiegoś tam soundbaru (nie wiem za bardzo, o co chodzi). Pochodziliśmy chwilę po mieście, potem poszliśmy do Costy na rogu Dawson St i Nassau St. Już mi się zdążyło zapomnieć jaki tam ścisk i jaka mała jest toaleta. To zdecydowanie moja najmniej ulubiona Costa, chociaż dogodnie położona. Jeszcze chwila powsinogi, na tyle, żeby zauważyć dłonie Ronniego Drew pod Gaiety Theater.

Tak w ogóle to po drodze do środka miasta przyuważyłam jak ktoś właśnie kończył ubieranie choinki w swoim zakładzie pracy. Nad ulicami w centrum świecące ozdoby tylko czekają na podłączenie do prądu. Aż w głowie sprawdziłam datę. 

Z zamkniętego Merrion Square pożegnał nas kolorowy Wilde.


Kot wyszedł z krzaków, czekał. Fred miał sensowne uzasadnienie naszej karygodnej niebytności, kupił w Tesco po drodze zapasy kocich pasztecików.