Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoo. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2025

1940. Dzień Freda.

Kiedy wczoraj rano stałam na przystanku, zakiełkował mi taki pomysł, że dzisiaj zrywam się świtem jeszcze nieco mrocznym, idę w kierunku morza i witam wschód słońca z herbatką w dłoniach. Coś nie wyszło ;) Wprawdzie obudziłam się mrocznym świtem, ale przewróciłam na drugi bok i zasnęłam na następne dwie godziny.

Inny pomysł: po śniadaniu zaproponowałam Kochanemu, że jedziemy na urodzinowy wyjazd tam, gdzie on chce (sprytek, miałam kłopot z wybraniem kierunku, więc zwaliłam to na męża); mus wyjazd, gdyż pogoda piękna. Mąż postanowił, że jedziemy do zoo oglądać dzikie zwierzęta. Zanim wyjechaliśmy, rozgrzebałam szafy. I tak od dołu: karmelowe barkery, skarpetki w jeże, różowe sztruksy, koszulka polo (wczorajszy prezent mężowski), kamizelka w romby, jasna marynarka, punkowy płaszcz oraz włoski kapelusz, który wisiał, wisiał, aż się dowisiał. Wisienka na torcie: chusta-apaszka, czarna w białe ćmy, czyli nowy prezent mężowski, znowu All Saints. Gdy pakowaliśmy się do samochodu, zaczepiliśmy Katlin. Sąsiadka bardzo pochwaliła wysiłki stylistyczne i zrobiła nam zdjęcie na tle naszego kurnego osiedla :) (raczej filmik, bo się jej coś tam nacisnęło).

Po drodze przystanek na kawę (rozmowa z Andreą). Dalsza podróż ciekawa, zamiast autostradą jechaliśmy bardziej prowincjonalnymi drogami wśród zielonych pastwisk.



Oczywiście, jako że jestem rozpuszczona przez zoo wrocławskie, tego w Dublinie nie ma sensu porównać (może tylko wstęp, też jest dość drogi ;)). Ale jestem zachwycona; dużo zieleni, przestrzeni dla zwierząt, naczelne nie są stłoczone, mogą się schować. Najlepszy był wybieg żyraf i nosorożców, oraz koegzystencja zwierząt egzotycznych z lokalesami (widzieliśmy np. szczura odwiedzającego lemurzą wysepkę i srokę zaglądającą do wilczych domków). Gdybym mieszkała w Dublinie, wykupienie całorocznej wejściówki uznałabym za dobry pomysł. 

Zaskoczeniem było spotkanie z Ka, który miał ten sam pomysł wyjścia na spacer, tylko, że był ze swoim podopiecznym.

Po długim spacerze (łaziliśmy trzy godziny) Kochany zabrał mnie w kolejne świetne miejsce, do Milano w Blanchardstown, na pizzę. Wcinaliśmy w milczeniu, tak nam spacer dał popalić — nie wiedziałam wcześniej, jak byłam głodna (trafiliśmy na dobry moment, brak klientów, więc cisza w eterze).


Ach, i tak, to tu, to tam, przez to w domu dopiero o siódmej. Padam z odwodnienia, nie tak bardzo jak wczoraj, ale zmęczenie znowu mnie dopadło. Ożłopałam się płynów; chciałabym poczytać, ale się jeszcze zobaczy, może zapadnę się w poduchę i tyle.

wtorek, 11 października 2022

piątek, 7 października 2022

1025-1026. Duu.

Przeziębiłam się chyba i wczoraj nie miałam ochoty na pisanie, chociaż dzień był całkiem całkiem: spędziłam go z mamą we Wro. Rano pojechałyśmy szynobusem do Nadodrza, a potem tramwajem 74 na uczelnię. Cała sprawa (przedłużenie legitymacji) zajęła mi chwilę (inaczej, niż podróż). Potem postanowiłyśmy udać się w kierunku zoo, więc wsiadłyśmy w czwórkę. Pierwszy raz byłam w afrykarium, zachwyciłyśmy się wielkimi rybami i dokarmianiem kotików. Drapałam po nosie osła i ogólnie było fajnie. Wróciłyśmy do Nadodrza jedynką i zaprowadziłam mamę do Powoli na obiad. Przy okazji odkryłam, że za rogiem Znasz Ich Cafe-Bistro zostało zamknięte na dobre. Powinnam zauważyć wcześniej? Wiedziałam i zapomniałam? Smutno. Tam odbyła się nasza pierwsza kawa z Fredem. Tak więc, coś jakby choruję. I piszę na nowym lapku pierwszy raz. Trzeba się zastanowić jak go przewieźć, czyli muszę się przebić przez rozmiękczenie mózgu. Nadal śpisz, Kochany?
___
edit 13:05 Dodatkowy bagaż zakupiony (nadal mnie zdumiewa jak Ryanair próbuje przycwaniaczyć oferując najpierw najdroższą opcję), kontakt z dziekanatem był (po wielu minutach wyczekiwania na połączenie, gdyż byłam zawsze któraś w kolejce). Sprawy do odhaczenia zostały odhaczone. Mam lekką gorączkę, szukam małych pocieszeń, np. zawinięta w pled oglądam sobie płaroty i marple na KinoTV, jem pyszny obiad mamusiny (kartofelki, sos grzybowy, kalafior), piję kawę na ból głowy (chyba działa). Fred w naszym domku też już na nogach po długiej nocce, to mu mogłam opowiedzieć, jak to wszyscy w Polsce wydają mi się niemili i tylko pan z okienka wrocławskiego zoo nawiązywał normalny kontakt wzrokowy czym się mocno zapisał w mojej pamięci. Druga myśl była taka, że to nie bycie niemiłym. Ludzie mają w tym kraju-raju taką normalną ekspresję twarzy, a ja tu mieszkałam pierwsze 40 lat mojego życia i tego nie zauważałam (co w szerszej perspektywie bycia bezwolnie rzuconym w jakieś miejsce i czas jest konstatacją przerażającą).