Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blanchardstown. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blanchardstown. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

2238. Nie no, wiosna, tak?

Pomysł na niedzielę: jedziemy do Inchicore. Pojechaliśmy. Zostawiłam im Pilipiuka, do którego nie zamierzam już wracać, na wymiankę wygrzebaliśmy ze stosów makulatury trzy tomy (Freda zainteresował Knopp, wybrałam dwa pozostałe):

Po wizycie książkowej podjechaliśmy do Coffee Works w Blanchardstown, żeby uczcić Imbolc. Ładna pogoda, bez szkody dla zdrowia można było usiąść na zewnątrz, ale wybraliśmy mały stolik w środku, tuż pod ekspresem do kawy, w tle leciała jakaś składanka Billy'ego Joela (bo i The Longest Time, i You May Be Right), podjedliśmy, wypiliśmy, sztos. 

A skoro byliśmy niedaleko TK Maxxa w Blanch, zajechaliśmy i tam. Kupiłam szerokie dżinsy (mam podobne, tylko z krótszymi nogawkami obgryzionymi przez niedźwiedzia; nie planowałam zakupu, ale trzeba korzystać z chwilowego powrotu mody lat 80. dopóki trwa). 

Po powrocie do domu i rozprawieniu się z czymś na kształt obiadu (smażony łosoś zagryziony chlebem) rozmowa z rodzicami: idzie mróz (-10°C), zaczynają się ferie, Gosia Pies ma dużą narośl na łapie. Minął rok od śmierci Malineczki.

Reszta niedzieli to długi Oppenheimer (2023). Oraz może Czechow, którego zaczęłam podczytywać wczoraj późnym wieczorem. Jutro nie ma pośpiechu, gdyż bank holiday. Ramen & halloumi!

środa, 9 kwietnia 2025

1940. Dzień Freda.

Kiedy wczoraj rano stałam na przystanku, zakiełkował mi taki pomysł, że dzisiaj zrywam się świtem jeszcze nieco mrocznym, idę w kierunku morza i witam wschód słońca z herbatką w dłoniach. Coś nie wyszło ;) Wprawdzie obudziłam się mrocznym świtem, ale przewróciłam na drugi bok i zasnęłam na następne dwie godziny.

Inny pomysł: po śniadaniu zaproponowałam Kochanemu, że jedziemy na urodzinowy wyjazd tam, gdzie on chce (sprytek, miałam kłopot z wybraniem kierunku, więc zwaliłam to na męża); mus wyjazd, gdyż pogoda piękna. Mąż postanowił, że jedziemy do zoo oglądać dzikie zwierzęta. Zanim wyjechaliśmy, rozgrzebałam szafy. I tak od dołu: karmelowe barkery, skarpetki w jeże, różowe sztruksy, koszulka polo (wczorajszy prezent mężowski), kamizelka w romby, jasna marynarka, punkowy płaszcz oraz włoski kapelusz, który wisiał, wisiał, aż się dowisiał. Wisienka na torcie: chusta-apaszka, czarna w białe ćmy, czyli nowy prezent mężowski, znowu All Saints. Gdy pakowaliśmy się do samochodu, zaczepiliśmy Katlin. Sąsiadka bardzo pochwaliła wysiłki stylistyczne i zrobiła nam zdjęcie na tle naszego kurnego osiedla :) (raczej filmik, bo się jej coś tam nacisnęło).

Po drodze przystanek na kawę (rozmowa z Andreą). Dalsza podróż ciekawa, zamiast autostradą jechaliśmy bardziej prowincjonalnymi drogami wśród zielonych pastwisk.



Oczywiście, jako że jestem rozpuszczona przez zoo wrocławskie, tego w Dublinie nie ma sensu porównać (może tylko wstęp, też jest dość drogi ;)). Ale jestem zachwycona; dużo zieleni, przestrzeni dla zwierząt, naczelne nie są stłoczone, mogą się schować. Najlepszy był wybieg żyraf i nosorożców, oraz koegzystencja zwierząt egzotycznych z lokalesami (widzieliśmy np. szczura odwiedzającego lemurzą wysepkę i srokę zaglądającą do wilczych domków). Gdybym mieszkała w Dublinie, wykupienie całorocznej wejściówki uznałabym za dobry pomysł. 

Zaskoczeniem było spotkanie z Ka, który miał ten sam pomysł wyjścia na spacer, tylko, że był ze swoim podopiecznym.

Po długim spacerze (łaziliśmy trzy godziny) Kochany zabrał mnie w kolejne świetne miejsce, do Milano w Blanchardstown, na pizzę. Wcinaliśmy w milczeniu, tak nam spacer dał popalić — nie wiedziałam wcześniej, jak byłam głodna (trafiliśmy na dobry moment, brak klientów, więc cisza w eterze).


Ach, i tak, to tu, to tam, przez to w domu dopiero o siódmej. Padam z odwodnienia, nie tak bardzo jak wczoraj, ale zmęczenie znowu mnie dopadło. Ożłopałam się płynów; chciałabym poczytać, ale się jeszcze zobaczy, może zapadnę się w poduchę i tyle.

niedziela, 2 kwietnia 2023

1203. Jaśniej.

91 urodziny babci Mani. 

Pobudka, śniadanko, panika przygotowawcza krótkiego wystąpienia na jutro. Fred zaproponował, że jeśli dalej chcę szukać dla niego prezentu, możemy się udać do Blanchardstown. Pewnie pozazdrościłam rodzicom, którzy właśnie wyjeżdżali do Wro, więc ... pojechalim. Kupiłam Miłemu w TK Maxxie dwie kraciaste koszule (Diesel i lniany Simon Carter) oraz ciemno-błękitną bandanę (również Diesel). Poszliśmy do Milano na pizze, kawy i ciastko z gałką lodów waniliowych. 

Było już dobrze po południu i w drodze powrotnej zmorzył mnie sen. Gdy się obudziłam okazało się, że zostałam przez męża porwana na spacer. Tak więc wzgórze:



Gawrony wrzeszczały na swoim gawronim osiedlu, wiatr wiał, widoki wyglądały. Zmienia się na wzgórzu, stary cmentarz ma nowy mur od strony Tary, więc nie można przez niego trawersować, poza tym są plany promocji i nadzoru miejsca (z miesiąc temu kamień koronacyjny znowu został pomalowany graffiti, dopiero go wyczyszczono). Spacer mnie trochę ożywił i wróciłam do domu nawet przytomna. Nic mi się nie chce. Jutro nowy tydzień, zupełnie zawalony wydarzeniami (Fred też wyrusza do pracy o nieboskiej godzinie).

(Kochany dokupił kolejne cztery japońskie talerze, tym razem z czarnymi smokami, wyglądają super)

piątek, 18 listopada 2022

1067. Powrót.

Obudziłam się po piątej, w ogóle tej nocy budziłam się kilka razy, mniej więcej co dwie godziny. Przed wyjazdem ze wsi zawinęliśmy na cmentarz, żeby zapalić kilka zniczy (dzień wcześniej nie mieliśmy zapałek).

Lot był tylko trochę spóźniony, dzięki temu zanim wyleciałam z coraz zimniejszej Polski na lotnisku mogłam chwilę przysiąść z rodzicami przy herbacie (mama spokojnie wcina kanapkę i popija herbatę, jestem z niej dumna).


W połowie podróży dokończyłam czytanie Rzeźni numer pięć Vonneguta. Rewelacja. Potem tylko omiotłam wzrokiem uniwersyteckie wydanie hymnów orfickich, które wygrzebałam z domowej biblioteczki i zapakowałam do plecaka z intencją rozpoczęcia kolejnej lektury; resztę lotu spędziłam kiwając się przy okienku przez które słońce grzało niemiłosiernie (ponownie siedzenie 15a).

W planach nie było natychmiastowego powrotu do domu. Jakiś czas temu kupiliśmy bilety na Sigur Rós i przed podróżą do Polski postanowiłam pójść na koncert, jeśli tylko uda mi się dolecieć na czas. Wiatry mi sprzyjały, wylądowałam o 12:06 (do koncertu zostało mnóstwo czasu), zajechaliśmy z Kochanym do Blanchardstown: byliśmy w Milano na lunchu, w TK Maxxie na szwendactwie (kupiłam sobie zieloną czapeczkę Zwillingsherz), w the Art Of Coffee na ... herbacie jaśminowej. Zaczęliśmy przebijać się w kierunku 3Arena dość wcześnie i weszliśmy do budynku zaraz po otwarciu drzwi, została nam więcej niż godzina do występu (pochłonęłam popcorn, Fred też zjadł garstkę, będziesz mogła mówić, że zjedliśmy).

Koncertu doświadczyłam autystycznie, a druga część (Sigur Rós robi przerwę jak w teatrze) była dla mnie dodatkowo koszmarna, bo walczyłam z sennością. Fred jest zachwycony, ja nie wiem (zapytaj mnie później). Dopiero 5 minut po północy we własnym łóżku, zapadłam się w sen jak ciężki kamień, granit albo marmur.

piątek, 18 grudnia 2020

367. Dużo małych, miłych rzeczy.

Czwartek zakończył się tak, że nie mogłam zasnąć, a piątek zaczął o pogańskiej godzinie kocim pacnięciem w nos. Po dziewiątej byliśmy już w trasie w towarzystwie Rory'ego Gallaghera sprawnie omijając korki w drodze do TK Maxxów. Pierwszy był w Blanchardstown, gdzie małżonek kupił mi birbancką marynarkę w prążki Polo RL, której wcale nie szukałam, i gdzie zrobiliśmy sobie taką oto fotę konspiracyjną:

Drugi był w Swords, gdzie został zakupiony szalik dla Majka. Po zakupach poszliśmy do Milano na włoskie jedzenie. Ostatni raz byliśmy tutaj w lutym, przyjemnie spędziliśmy na obiedzie i kawie przynajmniej godzinę.

W drodze do domu przejeżdżając przez Drołdę przystanęliśmy w celu zrobienia drobnych sprawunków i dokupienia niezbędników. Już przy domowej herbacie/kawie folkowy koncert Przesilenie, który był streamowany z Poznania (prawdziwa ludowa muzyka, taką jaką pewnie znał i grał wuja Józef). Potem wywiad Sekielskiego z Kasią Nosowską na temat współuzależnienia. Na koniec dnia skupiona w kropkę przeglądam książkę kupioną dziś w Tesco, Old Ireland In Colour. Fred przygląda mi się, mówi do mnie i się śmieje, potem sprawdza na mapie miejsca ze zdjęć.

niedziela, 29 grudnia 2019

12. Ostatnia niedziela roku.

Po południu pojechaliśmy do Blanchardstown — Fred znalazł w TK Maxxie kilka fajnych rzeczy, w efekcie kupiłam mu spodnie Polo Ralpha Laurena z szarej wełny oraz granatową, wełnianą marynarkę Paula Smitha. Taki podchoinkowy prezent bez choinki. Spodnie trzeba podwinąć, za jakiś czas wybierzemy się do Kaś Z Północnej, która ma magiczną maszynę.

Czytałam coś o wyżu Wiltruda nad Europą, u nas normalnie, ciśnienie wysokie jak zwykle. Fred już planuje wizytę w Polsce w lutym, koordynuje wylot z pracą i wizytami w szpitalu. Gdybyśmy pojechali razem, trzeba pomyśleć co z Rysiem. Na teraz nie wiadomo. Na teraz pesto na obiad i rozmowa przez messenger z Luś. Jestem obżarta jak bąk, ciężka jak buła z zakalcem. Herbata truskawkowa z miodem, prysznic i spać.