Inny pomysł: po śniadaniu zaproponowałam Kochanemu, że jedziemy na urodzinowy wyjazd tam, gdzie on chce (sprytek, miałam kłopot z wybraniem kierunku, więc zwaliłam to na męża); mus wyjazd, gdyż pogoda piękna. Mąż postanowił, że jedziemy do zoo oglądać dzikie zwierzęta. Zanim wyjechaliśmy, rozgrzebałam szafy. I tak od dołu: karmelowe barkery, skarpetki w jeże, różowe sztruksy, koszulka polo (wczorajszy prezent mężowski), kamizelka w romby, jasna marynarka, punkowy płaszcz oraz włoski kapelusz, który wisiał, wisiał, aż się dowisiał. Wisienka na torcie: chusta-apaszka, czarna w białe ćmy, czyli nowy prezent mężowski, znowu All Saints. Gdy pakowaliśmy się do samochodu, zaczepiliśmy Katlin. Sąsiadka bardzo pochwaliła wysiłki stylistyczne i zrobiła nam zdjęcie na tle naszego kurnego osiedla :) (raczej filmik, bo się jej coś tam nacisnęło).
Po drodze przystanek na kawę (rozmowa z Andreą). Dalsza podróż ciekawa, zamiast autostradą jechaliśmy bardziej prowincjonalnymi drogami wśród zielonych pastwisk.
Oczywiście, jako że jestem rozpuszczona przez zoo wrocławskie, tego w Dublinie nie ma sensu porównać (może tylko wstęp, też jest dość drogi ;)). Ale jestem zachwycona; dużo zieleni, przestrzeni dla zwierząt, naczelne nie są stłoczone, mogą się schować. Najlepszy był wybieg żyraf i nosorożców, oraz koegzystencja zwierząt egzotycznych z lokalesami (widzieliśmy np. szczura odwiedzającego lemurzą wysepkę i srokę zaglądającą do wilczych domków). Gdybym mieszkała w Dublinie, wykupienie całorocznej wejściówki uznałabym za dobry pomysł.
Zaskoczeniem było spotkanie z Ka, który miał ten sam pomysł wyjścia na spacer, tylko, że był ze swoim podopiecznym.
Po długim spacerze (łaziliśmy trzy godziny) Kochany zabrał mnie w kolejne świetne miejsce, do Milano w Blanchardstown, na pizzę. Wcinaliśmy w milczeniu, tak nam spacer dał popalić — nie wiedziałam wcześniej, jak byłam głodna (trafiliśmy na dobry moment, brak klientów, więc cisza w eterze).
Ach, i tak, to tu, to tam, przez to w domu dopiero o siódmej. Padam z odwodnienia, nie tak bardzo jak wczoraj, ale zmęczenie znowu mnie dopadło. Ożłopałam się płynów; chciałabym poczytać, ale się jeszcze zobaczy, może zapadnę się w poduchę i tyle.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.