Z rana odgrzewam resztki wczorajszego obiadu. Kochany wrócił na pewno późno, a ponieważ dzisiaj znowu pracuje w systemie wieczorno-nocnym, odsypiał rzeczywistość do 12:15. U mnie tymczasem poniedziałek pracowniczy przerzucony na stałe na czwartek, więc mogłam sobie pozwolić na wolne ruchy (to "na stałe" wyniknęło w ostatni piątek - inna praca nie wchodzi w paradę, mogę wybierać dni dyżurów, a dłuższy weekend mi na tę chwilę odpowiada). Piję kawę, piszę, dumam, gadam do siebie oraz trochę z Iloną, przez messengera (okazuje się, że nie spotkamy się na obronach, będzie miała egzamin dzień wcześniej). Gdy Kochany wstaje też rozmawiamy głównie o wczorajszych wyborach, bo wkręca nas obserwowanie statystyki. Wydarzenie jest historyczne, najwyższa frekwencja wyborcza ever. Nasze głosowanie jest gdzieś tutaj. Bardzo jesteśmy z Fredem z siebie dumni. A mama chora. Gdy zadzwoniłam do niej wieczorem, kaszlała mi w kamerę i rozmowa była raczej krótka (statystyki ją jednak zainteresowały, jak można się było spodziewać).
Też mnie wciągnęło sprawdzanie statystyk :D
OdpowiedzUsuńNiestety pewnie to jeszcze nie koniec, bo nominalnie PiS jest zwycięską partią.
@Dariusz, poszłam na wybory, krzyżyk postawiłam, bardzo mnie ta frekwencja podbudowała, po prostu dumę poczułam, a to się mi nie tak często zdarza :) PiS zapewne będzie chciał próbować rząd tworzyć, to by mnie akurat zupełnie nie zaskoczyło. Niech tworzą. Odzyskałam wiarę w Polaków, zmienia się, przynajmniej gdzieniegdzie :)
Usuń