Wszędzie drobne siatki pajęcze, nieustraszone maluchy wyruszyły w świat. Ciepły i prawie bezwietrzny dzień zdecydowanie sprzyjał tym wędrówkom. Po śniadaniu kontynuowałam opracowywanie pytań na egzamin. Żeby się mi łeb nie zastał w jednej, dziwnej pozycji, poszliśmy z Kochanym na spacer na plażę (wyprawa cmentarna została odłożona na listopad). Najpierw było oczywiście kółko z kotem po osiedlu. W drodze mąż oddzwonił do mamy (która sądziła, że to ja do niej dzwoniłam; przy okazji świekra zrelacjonowała ostatni grobbing oraz aktualne rodzinne ekscytacje). Zostawiliśmy Ryszarda w domu i ponownie wyruszyliśmy w kierunku wielkiej wody. Najpierw napiliśmy się po kawie siedząc na kawałku kłody przy kawiarence (na zewnątrz wszystkie stoliki i ławy zajęte), potem ruszyliśmy na lewo, do klifów i żeby obejść przylądek. Dużo ludzi miało ten sam pomysł - gdy dotarliśmy do portu, kilkanaście osób czekało na swoją rybę z frytkami. Także my stanęliśmy w kolejce i po dłuższym przestoju połączonym z intensywną obserwacją trzech kobiet uwijających się w fiszendczipsowej kanciapie zjedliśmy obiad na świeżym powietrzu.
Skoro odpadło nam gotowanie, po powrocie do domu Fred zabrał się za koszenie trawy (i tu widać, że Amber zaprzyjaźniła się z nami na całego - biegała za Kochanym, okazywała zainteresowanie pracami ogrodowymi i cały czas usiłowała się wprosić do Kuchniosalonu).
Z rzeczy mniej miłych: chciałam zaczekać z wizytą u dentysty do czasu kolejnego pobytu w Polsce, ale teraz nie wiem jak będzie. Nie boli, ale dziąsło się paprze (na razie szałwia, przeterminowana z jakieś 10 lat). I jeszcze palce mnie bolą od pisania ręcznego (trzeba stosować płodozmian).
Kilka dni temu widziałem, jak sąsiadka, na kolanach na kawałku trawnika pod swoim balkonem ścina trawę nożyczkami.
OdpowiedzUsuń(coś chyba niezbyt gramatycznie ten komentarz mi się napisało)
OdpowiedzUsuń@Dariusz, zdanie jest zupełnie zrozumiałe. I zdarzyło się mi iść do Kuchniosalonu po nożyczki, gdy nie mogłam sobie poradzić z jakąś rośliną.
Usuń