Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2025

2138. Randka.

Skończyłam o trzeciej, Kochany podjechał Babcią i ruszyliśmy na randkę :D Okazja? Piątek, długiego weekendu początek, poza tym, to zawsze miło. Wybraliśmy się do suszarni w El Paso, potem pieszkom do kawiarni. 

Po kawie wyszliśmy jeszcze na krótki spacer w centrum miasta, czyli zwyczajowo do księgarni i z powrotem. Na deptaku właśnie montowano ozdoby wyglądające na świąteczne bombki (do świąt pozostało dokładnie dwa miesiące, szybko minie). Księgarnia akurat się zamykała; wypatrzyłam książkę, może jeszcze ją kupię, bo do mnie mówiła (powstrzymałam się w ostatniej chwili, głównie z powodu braku ceny na okładce). Po spacerze zajechaliśmy do Pieseła; zrobiłam nam po herbacie i zasiedliśmy z Kochanym do czwartego odcinka drugiego sezonu 1670. Zadzwoniłam do tatki, żeby się dowiedzieć, czy porozumieli się ze Stu w sprawie samochodu (dochodzę do wniosku, że Stu słabo wychodzi planowanie i przekazywanie planów).

Gdy przyjechaliśmy do domku nad morzem, złapałam końcówkę Fair City (taki irlandzki Klan); już mnie Dżejmi z naszej grupy raz pytał, czy oglądałam, to muszę chociaż zerknąć :D. Poza tym, skoro zapłaciliśmy licencję TV, dalej leciałam z tematem: na RTÉ News były wiadomości o nagrodach Tidy Towns (np. Dromiskin wygrało w jednej z kategorii, ciekawe, interesujące). Chodziło mi głównie o to, żeby się załapać na wydarzenie polityczne: wybory prezydentki. Głosowanie się zakończyło, ale wszystko będzie przeliczane dopiero rano.

Fred musiał wracać do miasta. Znowu rozstanie, widzimy się jutro.

poniedziałek, 2 czerwca 2025

1994. Lá saoire bainc.

Gdzieś w środku nocy, na granicy snu, doszłam do wniosku, że te wybory są dla Trzaska przegrane (nie ślęczałam, czytałam książkę, potem długo kręciłam się pod kołdrą). Szkoda, był potencjał czegoś eleganckiego, jest kolejny miś na miarę naszych możliwości. Złość wymieszana ze smutkiem, co ciekawe smutek był związany bardziej z rodzicami niż ze mną; bardzo chcieli mieć pozytywny wpływ, oni, którym komuna strawiła najlepsze lata życia. No i teraz będą mieli reprezentanta alfonsa, wszyscy będziemy mieli. Ech. Trzeba się od tego jakoś oddzielić; chyba nie będzie aż tak trudno.

Kochany do pracy, przytuliliśmy się przed jego wyjazdem. Po śniadaniu wyszłam na krótki spacer nad morze:


Bardzo daleki odpływ, trochę ludzi, ale ogólnie nie tak dużo, jak w typowe bank holiday; na wieczór zapowiedziano sztorm, może dlatego.

Czytałam White Teeth Zadie Smith, wypożyczyłam ją już kawałek czasu temu, przedłużyłam wypożyczenie i znowu zbliża mi się termin oddania, więc spinam poślady. Jak na ironię, mnóstwo w niej imigrantów i to jeszcze w latach 70. Przetrawiam pewne rozmowy i widzę, jak znowu zaczyna się u mnie proces separacji bazujący na wkurwie. Cóż, witamy i żegnamy. Obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz mietczynskiego pierwszy deserowy czerwiec ;D

Kochany wrócił o typowej porze, postawiłam mu obiad jak się patrzy. Sprawami finansowymi zajmę się jutro, a tymczasem kusi mnie znowu genealogia. Kiedy byłam w Polsce, konto na MyHeritage zwinęło się mi do podstawowego, gdyż jak zwykle, chcieli za następny rok za dużo pieniążków. Poczekają :) 
___
edit 20:30 Ach, z filmu wieczornego nic nie wyszło, już za późno, Kochany jutro wcześnie wstaje; Ciemno, prawie noc nie mogłam nigdzie znaleźć (a bogowie widzieli, że zapłacić kartą chciałam). Zadzwoniłam do mamy z zapytaniem, czy już się zdeklarowała w sprawie pracy. Złożyła wypowiedzenie, ale wygląda na to, że jeszcze trochę zostanie :). Poza tym, razem z mężem empatyzujemy z Tuskiem Donaldem :D

niedziela, 1 czerwca 2025

1993. Bążur 2.

Za oknem deszcz. Czy powinnam się dziwić? W końcu jestem w domu :D Wróciliśmy trochę po północy, podwiezieni przez miłego, starszego taksówkarza, który już jutro wybiera się na Ibizę i, aczkolwiek miły, policzył nam za trasę €35. Kochany przed chwilą wsiadł do samochodu i wyjechał do pracy. Procedura niedzielna będzie więc podobna do tej sprzed dwóch tygodni, trzaskać będziem późniejszym popołudniem. Bążur i atrebjęto.
___
edit 11:00 pierwsze pranie się dopiera. Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama, oni już po głosowaniu; życzyłam jej wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka, trochę opowiedziałam o locie i pogodzie, ale krótko. Jeszcze wczoraj Anne nam zakomunikowała, że nie musiała podlewać świerku, bo codziennie padało. Widać to po ogrodzie, zupełnie się zazielenił, lucyfer wystrzelił do góry, na trawniku mnóstwo stokrotek wychyla łebki; chodniki mokre, ciepło.
___
edit 16:15 we wsi wiatr prawie sztormowy, słońce grzeje, ale podmuchy urywają łeb. Nasz ogród stał się przedszkolem dla młodych szpaków, z dala od wiatru pasą się jak krówki, a potem wspinają się na Rysiową górkę i wygrzewają skrzydła. Kochany słusznie przypomniał mi, że trzeba wziąć paszport, bo mogłabym zapomnieć. Jestem już w mieście, siedzę w kawiarni dojadając croissanta (trochę bryndza, liczyłam na coś innego, ale w Czarnej kryzys, pojedyncza obsada, kawa w papierowym kubku i zapowiedź wcześniejszego zamknięcia).
___
edit 22:10 mieliśmy podróż do urny z przeszkodami. Kochany zabrał mnie spod Tesco w środku miasta i ziuuuuu do stolicy, ale łatwo nie było: Okonel znajduje się obok stadionu Croke Park, gdzie odbywają się rozgrywki sportów gaelickich. Akurat dzisiaj Dublin grał z Armagh, na ulicach tłumy wyjeżdżające po zakończonym meczu. Trzeba było zaparkować trochę dalej niż ostatnio i przejść się kawałek. Na miejscu głosowanie raz-dwa i wracamy, wcale nie raz-dwa. Korek rozluźniał się powoli, posuwaliśmy się w nim słuchając co lepszych kawałków, najpierw alternatywy z lat 90., potem wcześniejszych. Wyniki exit poll złapały nas gdzieś przed Drołdą, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zakupy. Jeszcze po jaja z jajomatu, turlu, turlu i dom. Na kolację zjedliśmy robale, w milczeniu, bo głodni jak wilcy; na drugie jogurt z granolą. Pewnie jeszcze trochę posiedzę zastanawiając się nad losami świata; wyniki exit poll niepokojące, late poll jeszcze bardziej.
___
edit 22:20 ależ oczywiście, wczoraj był jeszcze maj. Majowe fotki dobrane bezładnie takie:

niedziela, 18 maja 2025

1979. Bążur.

O widzisz to jest tak, czapeczka do pracy (Fred zakłada tyłem do przodu kaszkiet Kangola), a tu czapeczka na głosowanie (Fred zakłada army cap Kurtza). 

Z rana małżonek rozmawiał z Aś, bo nadal szukamy prezentu dla mamy (może wszystkowiedzący smartwatch? Aś jako partnerka Azjaty stała się cennym źródłem wiedzy o markach, których nie umiem wypowiedzieć). 

Kolejny słoneczny dzień w Irlandii; już widziałam kilka memów o tym, co się dzieje, gdy zrobimy pranie wszystkiego i nie ma co robić, a tu nadal pięknie. Kochany właśnie wyjechał do pracy na dziewiątą.
___
edit 10:45 pięknie, pięknie. Gdyby Fred był w domu, może nawet chciałoby się nam posiedzieć w ogrodzie zalanym słońcem. A tak to leniwie; wywiesiłam kolejne pranie, sprawdziłam rozkład jazdy autobusów (wyruszę do Drołdy dopiero po trzeciej; podobnie jak półtora roku temu, "nasza" komisja jest w Okonelu), rozmawiałam z mamą (oni też będą głosowali później, bo aura nie zachęcała do porannego wyjścia z domu). 
___
edit 13:45 Aaaaaaa, zamyślenia nie są dobre, zamyślenia przypalają obiady! Musiałam wykoncypować na poczekaniu coś innego. Kartoffeln z jajkiem sadzonym, resztki wczorajszych buraczków, taki jest plan, git. Fejsbuczek mi podpowiada, że rodzice w południe czasu lokalnego wbili się na głosowanie (dokumentacja zdjęciowa jest, jak się należy).
___
edit 16:20 autobus zjawił się o czasie. Zaskakująco dużo ludzi jechało do miasta; z drugiej strony, mijaliśmy wieś zupełnie zastawioną samochodami, nawet najdalszy parking był pełny. Tymczasem deptak w Drołdzie w porównaniu z dniem powszednim mało ludny. Towarzystwo siedzi po kawiarniach, wśród nich ja.
___
edit 20:15 ależ wszystko potoczyło się ekspresowo: Kochany przebrał się, zabrał mnie spod Czarnej, szybko pomknęliśmy na Richmond St North (małżonek zaparkował niedaleczko, pod Donagh O'Daly house); w środku żadnej kolejki, po listach widać było, że największy tłok już się odbył; oddaliśmy swoje głosy i do domu, z chwilowym przystankiem na zakupy w Tesco.

Wróciliśmy na chwilę przed ogłoszeniem pierwszych przewidywań, a te są niestety bardzo przykre. O ile wynik alfonsa zupełnie mnie nie zdziwił, bo twardy elektorat jest odporny na rzeczywistość i ma dobrze zorganizowaną bańkę informacyjną, o tyle faszyści na miejscu trzecim i czwartym pokazują upiorny kierunek myślenia sporej części wyborców. Cóż, nie tylko w blogosferze odstaję.

piątek, 11 kwietnia 2025

1942. Kończąc i zaczynając.

Piękny, spokojny piątek. Do wczesnego popołudnia byłam w Centrum. Mój ostatni oficjalny dzień w tym budynku; już mnie żegnano w sierpniu zeszłego roku, gdy kończył mi się kontrakt w innej roli, teraz na dobre znikam im z horyzontu. Saren oczywiście pobiegła po torta, zjedliśmy po kawałku Victoria sponge, zapiłam to bawarką, dostałam kartkę okolicznościową, jeszcze z godzinę posiedziałam z młodzieżą, przekazałam brakujące pliki i kopa na drogę. A na zewnątrz irlandzki ukrop! Czekałam chwilę na Freda pod polskim sklepem; zrobiliśmy zakupy spożywcze, poszliśmy do Czarnej na kawę i skoczyliśmy do Woodiesa obejrzeć kwiatki (kupiłam dwa małe rododendrony).

Annę znowu zabrało pogotowie, coś kiepsko to wygląda. Za to Anne wróciła z Londynu ze swoją mamą, poznam ją, jeśli trochę lepiej się poczuje; rozmawiałyśmy przed domem, po jakimś czasie sąsiadka zapukała, żeby mi wręczyć kartkę okolicznościową z okazji nowej pracy (czyli teraz mam dwie karki okolicznościowe)

Po obiedzie Kochany mocował się z chwastami w ogródku. Rozmawiałam z mamą i przypomniałam sobie o majowych wyborach — zarejestrowałam się w jednej z komisji w Dublinie. Odhaczone. Kochany toż samo, poza tym mąż już zaplanował swój urlop i kupił bilety lotnicze w obydwie strony. Jak będzie ze mną, to się okaże.

Jeszcze dodam, że wczoraj bardzo późnym wieczorem doczytałam do końca Norwegian Wood Murakamiego (Muza, 2024). Nah. Za to dzisiaj zacznę drugi tom Septologii Fossego. Poza tym wypożyczyłam w bibliotece Little Birds, zbiór opowiadań Anaïs Nin.

środa, 6 listopada 2024

1786. I śmiesznie, i żubrzo.

Na nogach wcześniej niż musiałam; krótko rozmawiałam przez messengera z Anne załamaną wynikami wyborów. Tymczasem nad Browskiem wstawał chłodny, jasny poranek (żubrów brak). Obejrzałam kilka filmików (o trudnej sytuacji w Grimsby, najbiedniejszym mieście w UK, o hejcie instagramowym u Karoliny Żebrowskiej, o Annie Kliwijskiej, że w sumie nie tak było, jak o niej memują). Na raty podrzucamy do ogródka kolejne porcje ziarna i kulek, ptaki jeszcze boją się, gdy wyglądam przez okno; młode, nie znają procedur, przywykną ;)

Po śniadaniu Kochany wyciągnął mnie na spacer nad rzekę Boyne. Słusznie, pogoda bezwietrzna, w połowie drogi robi mi się bardzo ciepło i niosę płaszcz w ręku. Drzewa sypią liśćmi, ale przy starym ogrodzie zakwitło kilka krzewów różanych schowanych za murkiem. Zakątek pełen ptaszków, które nie przestają nadawać z kolczastych chaszczy.





Po powrocie obiad, grzebanie w papierach na jutro, wieczorem Bez znieczulenia Wajdy (1978). Film nie taki najgorszy, chociaż za dużo w nim nut. Liczę żubry w Browsku, schował mi się żubr za żubra, ale oczy świecą się w ciemności. Żubry na miejscu; wszystko w porządku.

wtorek, 5 listopada 2024

1785. Kochania listopada odcinek następny.

Od czytania boli mnie ... nos. Chyba od czytania. Powonienie wysiadło mi wczoraj nad śmierdzącym Mrożkiem, dopiero dzisiaj po południu poczułam się w tym temacie lepiej. Bardzo mnie ta sytuacja irytuje, bo tekst był w porządku i nie mam ochoty się powstrzymywać (tymczasem muszę). Z rozpaczy przeszłam na biografię Herberta w czytniku, dzisiaj zaś rzuciłam się na Ucztę Platona (czytaną przez A. Seweryna) jak szczerbaty na suchary. Skończyłam słuchankę wczesnym wieczorem, bardzo z siebie kontenta. Z okazji oczywistej zaczęłam też nareszcie czytać biografię Trumpa pióra jego bratanicy, Mary. Czyli obłożyłam się książkami dozując sobie tekst wg frekwencji "która najmniej śmierdzi".

Kochany kupił mi w prezencie fikuśny pasek Dimoni, taki trochę boho z frędzlami, oraz świąteczny prezent dla mamy, kardigan z kaszmiru i jedwabiu. Odwiózł mnie do pracy i przywiózł z pracy, zamówił mechanika na przegląd samochodu i ogólnie był moim Kochaniem. Gdy wracaliśmy po południu do domu wieś była przyprószona mgłą (kontynuacja pogody szaro i mokro). Pierwsze ptaki zwiedziały się o stołówce, robale wyjedzone, ziarna ubyło, tylko kulki wyglądają na całe. Zadzwoniłam do rodziców zobaczyć co tam kombinują. Akurat siedzieli razem z Zosią na kanapie i głaskając kota fascynowali się wyborami w usa. Maksio nie będzie miał operacji, bo jest za słabiutki. Dostał antykoncepcję w mikrochipie, może to coś pomoże. 

niedziela, 9 czerwca 2024

1636. W stolicy / Wybory.

Obudziłam się późno, później niż planowałam.Pogoda była na tyle mroczna, że zrezygnowaliśmy z pomysłu podróży pociągiem i wybraliśmy się do stolicy samochodem (rodzice nas wyprzedzili; w swojej wiosce głosowali przed dziesiątą). Po zaparkowaniu na Ailesbury Road cała procedura (podejście do ambasady, odebranie kart, głosowanie, zrobienie fotek przy bramie) nie zajęło nam więcej niż kwadrans.

Kilkanaście minut później byliśmy już w innej części Dublina, Babcia została na Hatch Street Upper, a my udaliśmy się na spacer przez miasto hojnie oblepione flagami pride.

Przeszliśmy przez Zielonego Stefana (trochę ludzi, dużo mew, dwa młode łabędzie śpią na ścieżce przy stawie, pod wielkim drzewem jakiś pan dokarmia liczne stado gołębi) i zaszliśmy do Caffè Nero na 29-30 Dawson St.


Po kawach udaliśmy się w dalszą drogę; mój bohater wyciągnął z torby plaster, którym (opierając się o murek na skrzyżowaniu Dawson z południową Anną) mogłam opatulić mały palec prawej stopy tak szczelnie, że więcej nie zawracał mi głowy. Dawson to bardzo dobra ulica, m.in. jest przy niej sklep Tower Records; wyszliśmy z niego z czterema zakupami (największe przeboje Offspring, pięciopak pierwszych płyt the Pogues, Jaroussky & Spinosi z Vivaldim, oraz koncert Rory'ego kupiony przez Freda z myślą o krzewieniu irlandzkiej kultury wśród rodziny).
 
Szliśmy w kierunku Trinity, mając nadzieję, że zobaczymy tam the Book of Kells, ale księga była dostępna od szóstej. Zamiast tego za darmoszkę weszliśmy do galerii Douglasa Hyde'a (dziwne miejsce, dużo krów).



Po wyjściu z Trinity zamierzaliśmy posilić się meksykańskimi specjałami w Toltece, niestety miejsce było zamknięte na głucho, więc wróciliśmy na Dawson, do Milano. Byliśmy też w TK Maxxie przy Zielonym Stefanie. 

A to jeszcze drzewo Stefanowe w drodze powrotnej, obrośnięte gołębiami, gdyż ktoś je tu wcześniej dokarmiał:


Od czasu do czasu popadywał na nas drobny deszcz, tak symboliczny, że o parasolce nie pomyślałam ani razu. Po piątej byliśmy z powrotem w domu. Klikałam dla relaksu; w głośnikach leciały kolejne płyty the Pogues; doczytałam, że zamknięcie czterech dublińskich Toltek ogłoszono pod koniec stycznia (sporo ludzi straciło pracę, my straciliśmy dobre miejsce do odpoczynku, niedobrze). 

Fred zaczął wyciągać ubrania i powoli kompletować outfity "na Polskę". Zadzwoniłam do mamy, żeby porozmawiać o wyborach (wygląda, że obie głosowałyśmy na KO). Zerknęłam na exit poll (wysoka pozycja faszystów jest do bani).

środa, 22 maja 2024

1618. Zaklepania i przestoje.

Sprzedawca Butów, który zawsze mnie wyprzedza w kolejce po poranną kawę, ma na imię John. Czyli znamy się bardziej (mogę mu powiedzieć cześć, John).

Kochany smacznie sobie spał po długiej pracy, po południu zaś przyjechał do Drołdy prosto z poszukiwań dobrego mechanika rodzinnego.

Gdy Fred pichcił obiad (wątróbka jagnięca), rozmawiałam z mamą (nic takiego się nie dzieje). Oboje z Kochanym przebieramy już nogami do urlopu, Kochany będzie przebierał w pracy, bo chwilę temu dostał dużo zleceń i jest zajęty przez kilka następnych dni.

Dopisaliśmy się do spisu wyborców głosujących w wyborach do Parlamentu UE w obwodzie 80 (będziemy skreślali krzyżyk w budynku na Ailesbury Rd; woleliśmy ten kierunek, bo łatwo można się tam dostać pociągiem).

Oglądamy starych masochistów i rozmawiamy o fajnych filmach. A potem trzeba coś sprawdzić dla spokojności sumienia (praca nauczyciela bywa głupia). To jeszcze na pocieszkę kupujemy bilety późnosierpniowe do Wawy, żeby było zaklepane.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

1588. Powrót do zwykłości.

W pracy jak na złość pojawili się wszyscy. Ale jestem jak gładka skała i mam głos przesłodki. Fred ma nockę, przed wyjazdem zdążył mnie przywieźć z miasta i wspólnie zjedliśmy obiad. Zagadałam do mamy, zapytać jak tam po wyborach. Wiadomo, stara władza wygrała, trudno, świetnie, bardzo się nie zdziwiłam (ale kontrkandydat zyskał sporo głosów w drugiej turze, czyli nie wszyscy zaropiali). Tak w ogóle to rano szukając wiadomości o wyborach niechcący napotkałam informację o pogrzebie mojego byłego ucznia, Matiego. Zaskoczenie. Żeby umierać przed trzydziestką! 

Dwa kolejne dni zapowiadają się na spokojne, będę mogła nadrobić papierologię w czasie pracy, więc dzisiaj tylko przygotowanie do jutrzejszej rozmowy ... ale co można przygotować? Jak przewidzieć pytania? Sklecam odpowiedź na dwa lub trzy, które przychodzą mi do głowy, czyli zapewne nie padną, poza tym kończę czytać Nakarmić kamień Bronki Nowickiej (Biuro Literackie, 2016), cieniuchną książeczkę grubej poezji.

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

1574. Wydajność.

Rano sprawdziłam lokalne wyniki wyborów, więc wiem, że burmistrz pozostaje, za to kandydatów na wójtów czeka druga tura. Cieszę się, że w moim regionie pisuar przegrywa (Dolny Śląsk rules). Do pracy wyjechałam raczej niechętnie. Po wczorajszym odkryciu (większość zadań nie została przez Luizę sprawdzona) czuję się trochę jak frajerka. Dym mi szedł uszami jeszcze o jedenastej, ale zwyciężyła moja dobra natura: nie zamierzam się denerwować, ogony nadrobię, faceta rzucę, robaka rozdepczę (nie takiego robakowego robaka, tylko ludzkiego; normalne robaki są w porządku).

Po zajęciach (dzieciaki siedziały cicho jak trusie), poszłam do Czarnej, żeby nadrobić lunch i napić się dobrej kawy. Mój Kochany już podjeżdżał pod swoją pracę, chwilę rozmawialiśmy messengerowo o tym i owym, małżonek przesłał mi link dumny ze swojej krótkometrażówki. Rano i po południu pierwszy raz w tym mieście chodziłam pod wielkim parasolem sama. Jest za duży, aby brać go na autobusowe wycieczki, ale dzisiaj był wyjątkowy dzień: prognoza wyraziła się jasno i dotrzymała słowa (cały poniedziałek uporczywego siąpienia). 

Czyli do herbaty wieczornej wiadomo co, film mężowski oraz ... mietczyński :D (przy czym film mężowski trącał we mnie złą nutę, musiałam go odłożyć na lepszy dzień). Wieczorem spokojnie wzięłam się za przekopywanie papierów; pierwsze koty za płoty, oczywiście w kluczu są błędy, Zeusie, jacy ci ludzie są śmieszni. Kochany ma długą nockę, wpadnę nosem w poduszkę zanim zdąży przyjechać.

niedziela, 7 kwietnia 2024

1573. Niezmotywowana.

Obudził mnie słoneczny poblask; wiatr nadal wiał, ale sztorm przegonił chmury, poranek był jasny i optymistyczny. Postanowiłam zrobić sałatkę jarzynową, więc trochę mi zeszło i do śniadania siedliśmy dopiero po dziesiątej, przy folkowych nutach (Odpoczno, Same Suki).

Część dnia poświęciłam na dokończenie czytania książki Allena, À propos niczego. Autobiografia (Rebis, 2020). Ułatwiłam sobie życie przygotowując zawczasu kurczaka z tikka masala, tak żeby był gotowy do nadziania na wykałaczki; wymościłam się w sypialni, przy stoliku nocnym, podczas gdy Kochany pracował w Kuchniosalonie nad montażem swojego opus; w środku dnia zadzwoniłam do rodziców, zapytać, jak tam wybory samorządowe — mama oświadczyła, że oddała głos na gościa atakowanego epitetem "pedał" (mamie nie szło o stan faktyczny, ale potrzebowała pójść pod prąd, włożyć kij w szprychy, dla sportu).

Nie nacieszyliśmy się słońcem za długo, po południu deszcz znowu osmarkiwał okna, w taką pogodę punkt trzecia Fred wyjechał na zakupy i wrócił z bukietem białych róż dla żony. Znalazłam kilka aktów urodzenia (Skrobek, Cieślik); zjedliśmy obiad; Kochany zajął się oglądaniem zrenderowanego materiału; po ósmej chwilę rozmawiałam z mamą o wynikach wyborów; dopiero późnym wieczorem zajrzałam do materiałów na jutro (nie podoba mi się, trudno, świetnie).

poniedziałek, 16 października 2023

1400. Poniedziałek powyborczy.

Z rana odgrzewam resztki wczorajszego obiadu. Kochany wrócił na pewno późno, a ponieważ dzisiaj znowu pracuje w systemie wieczorno-nocnym, odsypiał rzeczywistość do 12:15. U mnie tymczasem poniedziałek pracowniczy przerzucony na stałe na czwartek, więc mogłam sobie pozwolić na wolne ruchy (to "na stałe" wyniknęło w ostatni piątek - inna praca nie wchodzi w paradę, mogę wybierać dni dyżurów, a dłuższy weekend mi na tę chwilę odpowiada). Piję kawę, piszę, dumam, gadam do siebie oraz trochę z Iloną, przez messengera (okazuje się, że nie spotkamy się na obronach, będzie miała egzamin dzień wcześniej). Gdy Kochany wstaje też rozmawiamy głównie o wczorajszych wyborach, bo wkręca nas obserwowanie statystyki. Wydarzenie jest historyczne, najwyższa frekwencja wyborcza ever. Nasze głosowanie jest gdzieś tutaj. Bardzo jesteśmy z Fredem z siebie dumni. A mama chora. Gdy zadzwoniłam do niej wieczorem, kaszlała mi w kamerę i rozmowa była raczej krótka (statystyki ją jednak zainteresowały, jak można się było spodziewać). 

niedziela, 15 października 2023

1399. Ważny grafik.

Obudziłam się coś po ósmej (wcześniej też kilka razy, m.in. gdy Fred przyjechał z pracy, otworzył okno w sypialni i zrobiło się mi zimno). Trochę jestem śnięta, poszłam spać po północy, ślęczałam jeszcze nad sprawami. Mama już pokazała relację z czynności ważnych na tatowym fejsbuczku - zerwali się z samego rańca, obfotografowali się w ładnych strojach i już są po głosowaniu! No dobra, naleśniki, kawa mężowska, pocałunki, konsumpcja, wyjazd. 
___
10:15 zapach smażonych naleśników. Smażenie nie jest szczególnie porywające, więc dzwonię w tym czasie do mamy. Pokazuję jej naleśniki i zimny, jasny dzień za progiem. Co się okazuje: mama poszła głosować w jedwabnym szaliku, prezencie od zięcia, a tatko zaraz się dołączył zaznaczyć, że on miał buty też od zięcia (czyli pewnie jakieś aliganckie barkery, albo coś). Rozmawiamy ponad 20 minut. Tylko głosuj tam porządnie! na zakończenie. Zamierzam.
___
10:30 sprostowanie: małżonek wstał, wziął kubek z kawą do ręki, zerknął na zdjęcie i powiedział, że to nie barkery, tylko loaki :D
___
11:22 całowanie było, przytulanie było. Kochany zmiótł z talerza wszystko do ostatniego naleśniczka z dżemem z czarnej porzeczki (teraz tęsknie skrobie po dnie słoika w poszukiwaniu resztek). Z rozmowy okołośniadaniowej wyszło, że zmarł ojciec Szwagrowskiego i już odbył się pogrzeb - nie wiedzieliśmy od razu o sprawie, choć spodziewaliśmy się zejścia, bo od jakiegoś czasu sytuacja była krytyczna. Kochany rozmawiał z Usz wczoraj tuż przed pracą i potem mówił brzydko do przedmiotów martwych (świekra pojawiła się na pogrzebie, zadręczała Usz i zachowywała się skandalicznie). No wiesz, ona (w sensie, siostra) nie przepracowała tego konfliktu tak jak ja (bardzo mnie to zdanie wypowiedziane przez Freda rozbawiało; wyobraziłam sobie, że mówi Ryszard robiący Ryszardowe miny, który dodaje i na koniec wbiuem jej pazura). Ech, no to ubieram się pięknie i lecim. 
___
21:10 (czasu polskiego) Urokliwy jest Dublin słoneczną jesienią. Nasz okręg 111 był usadowiony w szkole średniej w Drumcondra. Nie byle jakiej szkole, do Okonela chodzili Joyce, Luke Kelly i Colm Meaney. Z pewnością już tu głosowaliśmy, chyba jeszcze przed pandemią, pewnie w 2019, bo rozpoznawałam okolicę. Zaskoczyła mnie kolejka, do tego spora grupa ludzi była ciekawie ubrana (np. starszy pan z kolorową bandaną fantazyjnie zamotaną na głowie). Tylko jedna osoba z kilku stojących przede mną poprosiła o kartę referendum (podobnie było w kolejce u Freda, który stał w ogonku obok). Odhaczyliśmy się po trzynastej, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy urnie, wróciliśmy do samochodu zaparkowanego pod jednym z platanów na N Circular Rd (chyba zaraz obok Maple House) i ruszyliśmy do Drołdy na obiad. Trochę szkoda, że nie mogliśmy się dłużej włóczyć po jesiennym Dublinie, ale Fred ma kolejną nockę. Jeszcze chwilę przeszliśmy z Kochanym za rączkę po mieście, buzi, ja na dworzec, małżonek do samochodu pozostawionego na parkingu pod polskim sklepem. W torbie, a w zasadzie w brązowym bereciku, ostrożnie przewoziłam Fredową cebulę :)

W domu byłam tuż po piątej, wypuściłam Rysia i z ulgą rozpłaszczyłam się w Kuchniosalonie przy herbacie malinowej. Zadzwoniłam do taty, żeby mu zdać relację z głosowania. Do siódmej nadal nie doszłam do siebie (zimno). Przy rozkładaniu się do robienia notatek coś mnie tknęło, żeby sprawdzić emilki uczelniane i zauważyłam dzisiejszą wiadomość od nieocenionej doktor Pierzastej. Jest dobrze; nie muszę, ale chcę lecieć do Polski. Przed dziewiątą zadzwoniłam do mamy z tą radosną wiadomością i już zostałam do ogłoszenia exit poll. Odliczamy jak w sylwestra, komentujemy we trójkę. Jest dobrze podwójnie.
___
edit 23:15 (czasu naszego) tatko podekscytowany zadzwonił jeszcze raz, żeby opowiedzieć, co ogląda w telewizji.

wtorek, 10 października 2023

1394. Decyzja jest.

Podwójne macchiato, Vivaldiego L'Estro Armonico, ciastko z morelą, Pani Stempelek. Nadal dość ciepło. Kochany gna do Tallaght. Widzimy się dopiero po szóstej, przy obiedzie. Do kota dotarło wczorajsze szczepienie (rano tylko krótki spacer, drzemka w łóżkowym gniazdku aż do mojego powrotu i kontynuacja leżakowania po kocim tea time)

Echa Izraela i wczorajszej debaty wyborczej w tv rządowej dobiegają do mnie wyłącznie opłotkami. Po ósmej zadzwoniłam do mamy, niby w sprawie wysłanego pełnomocnictwa, ale w gruncie rzeczy politycznie. Pogadaliśmy sobie (tatko się dołączył), przejrzałam dla rodziców listy z ich okręgu. Przejrzałam i nasze, zdecydowałam na kogo głosuję w niedzielę.

wtorek, 26 września 2023

1380. Preludium.

Przyjemności są splecione z małymi nieprzyjemnościami. Np. rano, właśnie gdy na zewnątrz zaczęło lać, znalazłam w szafie mięciutką marynarkę Majestic w kolorze kawy z mlekiem, jeszcze z metkami. Deszcz przyciągnął do domu kota, który zapewne czekał w ogrodzie, kiedy pójdę do pracy (mogłam go więc zamknąć i nie martwić się o jego ciągotki wędrownicze). Fred utknął w korku na autostradzie.

Ogacona nową marynarką jakoś przemknęłam między kroplami deszczu. Reszta dnia była całkiem przyjemna (nawet się rozjaśniło; na zajęcia przyszła sama grzeczna młodzież, niegrzeczna została w domu). Z pierwszym września ogłoszono listę potencjalnych imion dla sztormów w nowym sezonie, a już jutro będzie okazja ją wykorzystać (przez Atlantyk przesuwa się w naszym kierunku jakaś duża bromba). 

Kochany wrócił na późny obiad. Gdy wyszłam go przywitać, chmury były przepięknie podświetlone dziwnym, pomarańczowym światłem i okraszone tęczą. 

Wu zadzwonił do męża i posługując się słownictwem typu "suboptymalnie" oraz "syntetycznie" rozmawiał z Kochanym dobre 40 minut o rysunkach, zapachu w kuchni świekry, ślubie Usz, rozwodzie, kotach, wujostwie i innych. Jeszcze chichramy się z memów o Dąbrowie Górniczej, ale oboje jesteśmy zmęczeni.
___
Edit 20:53 ja pierdzielę; biję się z myślami, czy jeszcze coś w pracy poprawiać, tymczasem od wczoraj mam ocenę recenzenta (4,5) *o*!

sobota, 23 września 2023

1377. Grafik sobotni.

Ok. 8:00 kręcę się, odkrywam, sprawdzam smartfona, Fred masuje mi kark, w końcu nasze turlania się w łóżku Ryszard rozpoznaje jako przyzwolenie na zagadanie. Spaliśmy przy zamkniętym oknie, więc wstaję i wypuszczam Ryszarda, który zdecydowanie całym kotem mówi na dwór. Robię nam herbatę i kawę. Przypominam sobie, żeby podładować aparat fotograficzny.

9:45 Kot chwilę wcześniej wrócił z porannego spaceru, zjadł trochę i zaszył się w sypialni. Jem resztki wczorajszego obiadu (makloubeh z kurczakiem), Kochany preparuje kanapki dla siebie. Robię mężowi drugą kawę (Amber pokazuje się w drzwiach do sypialni, ale ucieka, gdy idę w jej kierunku). Pralka kończy program, więc rozwieszam pranie w ogródku.

10:45 W końcu rozpakowałam irygator, nie możemy go używać w łazience, stąd ta zwłoka. Nieporęcznie, ale niech będzie. Irygator, nitkowanie, mycie, płukanka. Od kilku dni używam perfum Cavalli Nero Absoluto (zdecydowanie jesienny zapach).

11:05 jestem już gotowa na spacer do plaży (aparat i herbata truskawkowa w kubku-termosie są na poszykusiu), gdy Fred mnie pyta, czy chcę zobaczyć kaczki. Chcę. Zmieniamy plan. O 11:14 wskakujemy do samochodu i jedziemy 130 km na północ (zatrzymujemy się tylko w Dundalku, żeby dotankować auto i kupić coś do jedzenia na później).

13:25 Castle Espie, pierwszy dzień jesieni (w drodze Kochany przypomina sobie, że ostatni raz był tutaj dzień po śmierci swojego ojca). Kupujemy bilety (Fred szuka znajomej, Kirsty, ale w tym momencie jest nieuchwytna). Pogoda dopisuje, tylko niestety nie można karmić kaczuch, są pod siatką, chronione od dzikich sąsiadów. Pod koniec przygody spotykamy miłą Kirsty, która dopowiada nam tło tej historii: kilka miesięcy temu w zakątku wybuchła ptasia grypa, stracili dużo młodych oraz kilka starszych kaczek. Do roku czasu będą uważani za miejsce podwyższonego ryzyka, na razie więc siatka, zakaz karmienia, maty dezynfekujące przy wejściach. Smutek. Ale za to bernikle obrożne już są! Przyleciały na zimowe pastwiska. Oraz Kirsty zapodaje Fredowi swoją wizytówkę, żebyśmy następnym razem mieli darmowe wejście. 

Po spacerze (ok. 15:00) zachodzimy jeszcze do centrum turystycznego, kupuję różowe skarpetki w jeże i brelok do kluczy pracowniczych (filcowe kulki). Kochanego ciągnie do kawy, więc przy okazji zjadamy bardzo dobry wege kisz.

Przed 18:00 jesteśmy z powrotem w domu. Szybko znosimy pranie z ogródka, bo za nami ciągnie zmiana pogody. Deszcz/wiatr. Iron Maiden. Jeszcze jakiś czas nie bardzo jesteśmy głodni.

19:40 wysyłam wniosek o dopisanie mnie do spisu wyborców w obwodzie 111. 

21:15 drugi raz słucham ostatniej płyty Masłowskiej. Fred będzie podgrzewał placki ziemniaczane na późną kolację. Ryszard siedzi zniesmaczony w otwartym oknie sypialni (deszcz/wiatr kontynuacja).

niedziela, 8 listopada 2020

Postscriptum #326.

À propos wyborów, takie porównanie okładek der Spiegla mnie rozbawiło:

sobota, 7 listopada 2020

326. Zimowe kapcie.

Właśnie w nie wskoczyłam. Niby ciepło, ale nie ma się co oszukiwać. Mój spacer był po tym, jak wrócił Fred, dzisiaj naprawdę późno (9:40) i skonany. Z kolorów dominuje jasna szarość przez którą prześwieca trochę słońca, w wieś wpływają strzępki morskiej mgły. Kochany, śpiący teraz jak mops, zrobił małe zakupy spożywcze, więc dzisiaj darujemy sobie wieczorny wyjazd do miasta — niczego nam nie brakuje.
___
edit o poranku dnia następnego: nie działo się nic takiego poza tym, że mąż wstał wieczorem i zrobił swojej leniwej żonie późny obiad. W głośnikach pierwsza płyta Voo Voo. Gadaliśmy, ale my zawsze gadamy, nawet trochę o polityce zagranicznej, bo ogłoszono nareszcie, po wielu dniach, że wygrał Biden. Nie znam go, więc raczej cieszę się z porażki Pomarańczowego, bo to daje nadzieję na schyłek rodzimych cudaków. Anne w końcu może odetchnąć z ulgą — nasza jogo-wege sąsiadka z pewnością nie jest letnia, poglądy ma wyraziste i czekała na ogłoszenie oficjalnych wyników ze starganymi nerwami.

środa, 4 listopada 2020

323. Wczesny początek.

Było gdzieś przed siódmą, gdy zaspana jak zimowy świstak dostałam buzi i Fred wyfrunął do Północnej z plecakiem i pracowniczą mycką na głowie. Nie mogłam już spać. Wrzuciłam pranie do pralki, przeczytałam kilka wierszy Bursy z Dzieł (prawie) wszystkich Znaku i nastawiłam wodę na spaghetti. Na śniadanie będzie pesto i pierwszy odcinek (w zasadzie dwupak) starego serialu kryminalnego Campion (1989-90). Poranek jest na razie niesamowicie jasny, klarowny, dojmująco zimny, taki jak czasami zdarzał się na zachodzie Polski, gdy wychodziłam na przystanek. Zdecydowałam, że tom Bursy w najbliższym czasie doczytam do końca. Nie zdecydowałam jeszcze, czy pójdę na spacer po śniadaniu
___
edit o poranku dnia następnego: to się chyba nie stanie regułą :) Po południu nie działo się nic szczególnego. Na spacer faktycznie nie poszłam, a Fred wrócił aż przed ósmą, nawet się trochę martwiłam. Anne przygotowywała się do oblewania/żałoby po wyniku wyborów prezydenckich w USA już we wtorek, tymczasem kuriozalny klincz pomiędzy Pomarańczowym i Bidenem trwa do teraz.