Podróż z/do miasta była nietypowa. Kochany miał szychtę w Drołdzie, więc rano zabrał mnie sporo przed czasem i mogłam sobie pozwolić na Czarną w zupełnym relaksie. Po pracy postanowiłam podejść do naszego samochodu, bagatelka, ponad 3 km. Zupełnie niechcący śledziłam przy tym Panią Stempelek, która doprowadziła mnie aż do ulicy Cementowej, w której mi zniknęła jak kamfora. Poza tym po drodze widziałam pana i psa: grubiutki, starszy pan niósł wielki bal, za nim grubiutki, starszy pies niósł duży patyk. Po drugiej stronie drogi minął mnie Chris z kijami golfowymi w plecaku, migający do mnie przewrotnie, że pewnie idę w złą stronę. Po dojściu do celu zakupy w Lidlu z którego wyszłam powiewając bagietką, potem Costa, gdzie przycumowałam w oczekiwaniu na małżonka. Kochany dołączył po piątej (szybka kaffka mężowska), po czem wyruszyliśmy do domu. Obiad (stek, kartofle z wody, brokuły łodygowe w sosie jogurtowo-ziołowym), lenistwo, towarzyszenie Mieciowi oraz cukiernikowi Bartkowi w tworzeniu pavlowej; nie wiadomo kiedy zrobiła się godzina dziewiąta.
Ja chcę tort Pavlovej!!! Natychmiast!!!!!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, nie pomogę :D
UsuńA cóż to za zastój w codziennym pisaniu?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, streszczenie weekendu już się pisze (ściągnę tytuł od Ciebie, będzie "przelotem").
UsuńNie pamiętam, czy to moje oryginalne, czy może u kogoś czytanego podpatrzyłem.
Usuńwysłałam Ci zaproszenie bo widziałam, że chciałaś wpaść choć powinnaś posłuchać Darka, że to nie koniecznie jest dobry pomysł :D
OdpowiedzUsuń@Polly, ja nigdy nie słucham Darka :D Już wlazłam o poranku dnia tego, jakże pięknego.
Usuńja go słucham ale nie zawsze się zgadzam :)
Usuń