Strony

sobota, 4 maja 2024

1600. Sobota w Dublinie.

Sobotę zaczęliśmy spokojnie, oczywiście mieliśmy w głowie ogólny plan, ale obyło się bez pośpiechu (czyli nic nowego sub sole). Podczas robienia śniadania zauważyłam, że do Anny przyjechał ten sam facet, który wczoraj grzebał przy rynnach. Gdy Fred wyszedł do ogródka, gość nie omieszkał go natychmiast poinformować (w bardzo ugrzecznionej formie), że coś tam odetkał i wszystko jest w porządku. Nie wnikam, albowiem ... gdy ludzie mnie w ten sposób rozczarowują, ma to dla nich dalekosiężne konsekwencje i pfe ze mną pozostanie.

Po śniadaniu wyjechaliśmy do Dublina; na początku mżył na nas lekki deszczyk, ale w drodze wszystko się wyklarowało. Kochany zaparkował pod stacją Connolly i stamtąd ruszyliśmy we trójkę na bardzo długą przechadzkę po stolicy. 

Weszliśmy na moment do Merrion Square, żeby przywitać się z Oscarem, i na dłużej do galerii narodowej:



Znalazłam przyjemność w tropieniu malowanych piesków, zauważyłam też Nano Reid :) Niestety, nie mogliśmy zobaczyć Caravaggia (aktualnie jest w Belfaście). Wizyta miała Hanie unaocznić Dublin od strony kulturowej, ale nie zamierzaliśmy jej dręczyć i rzecz nie była przeciągnięta ponad miarę.

Spacer (i pewnie też chłód) zaostrzył nam apetyty; zdecydowaliśmy, że na obiad pójdziemy do Milano na 38 Dawson St (na talerze wjechały pizze, które zostały wymiecione do czysta):


Zamiast rozejrzeć się w Milano za deserem, w celach poglądowych przeszliśmy do Bewley's na Grafton St. Kawiarnia z witrażami zrobiła na Hanie wrażenie :)


Po deserze był dalszy spacer, odwiedziny u Zielonego Stefana i powolny powrót przez miasto, z zaglądaniem w okna wystawowe i zakupy w Tower Records. 




Hana kupiła kilka płyt, Kochany dodał jej kilka kolejnych, oboje z małżonkiem zrobiliśmy sobie wzajemnie prezenty kubkowe z cytatami z Ojca Teda. W nogach ponad 10 km :)

Po powrocie do wsi, pod domem napatoczyliśmy się na Katlin, która podekscytowana wprowadziła nas w ostatnie wydarzenia oraz swoje przemyślenia związane z Majkelem, jego groźbami w kierunku Anne (coś się zadziało w czasie naszej nieobecności) i próbą sąsiedzkiej pomocy. Mamy być grupą wsparcia; będziemy na tyle, na ile możemy. 

Obyło się bez kolacji, przeważyło zmęczenie. Przysłuchując się rozmowie trwającej w Kuchniosalonie za ścianą z przyjemnością stwierdzam, że nastolatka się nam zrelaksowała i poczuła pewniej.

5 komentarzy:

  1. Piękny dzień, piękny spacer. Jak dla mnie bardzo egzotyczny. Tylko trochę chyba chłodnawo - widać po ubiorach przechodniów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @JKK, u nas temperatura zawsze nieco chłodniejsza, taki klimat (zdążyliśmy się przyzwyczaić :)).

      Usuń
  2. Na spokojnie i nie za dużo - popieram! U mnie było wręcz przeciwnie, bo koleżanki znajomej chciały zobaczyć WSZYSTKO, a czas był ograniczony zarezerwowaną na 19:30 knajpą, w której miały jeszcze świętować kolacją zakończenie długiego weekendu.

    Młoda słucha podobnej muzyki jak Woland, czy mąż dal jej coś pod swój gust w celach apostolskich?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariusz, wszystkiego nigdy się nie da, poza tym takie zwiedzanie wyczerpuje zasoby i tak naprawdę niewiele się z niego pamięta.

      Młoda słucha muzyki dość zaskakującej (po wyglądzie, nie powiedziałabym) i dostała od Freda porcję cięższego brzmienia, którego nie zna, bo mąż uznał, że w takim razie może się jej to spodobać.

      Usuń
    2. Dokładnie tak, jak mówi @Monika, najpierw sondowałem co lubi, a potem sprawdzałem, czy zna zespoły warte według mnie posłuchania, ale z gatunku, który ona lubi, żeby zaoferować jej coś, co ma się szanse jej spodobać, a nie to, co podoba się mnie, bo nie mnie ma się podobać.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.