Wtorek w pracy był dość męczący. Nie miałam czasu, żeby skoczyć na kawę, oburzające, doprawdy. Wyjechaliśmy z Kochanym na zakupy spożywcze, ale bardzo ograniczyliśmy szwendactwo. Zjedliśmy obiad dopiero o siódmej; prawie od razu po posiłku wskoczyłam pod prysznic i do łóżka. Potrzebowałam odpocząć, nawet audiobook nie wchodził tak, jak powinien (marne półtorej godziny nasłuchu trwało całą zimę), uwaga mi gdzieś ulatywała, po południu wymyślenie prochu było zadaniem zdecydowanie ponad siły, zamiast tego rozwiesiłam na suszarce wełniane swetry do przewietrzenia.
Środa przebiegła pod hasłem siła spokoju. Lekki deszczyk, gdy wychodzę kupić kawę na wynos. Kawa się przydała, sączyłam ją sobie flegmatycznie asystując przy meltdownie jednego z uczniów. Podziałało.
Trzeba się uczyć i uczyć, człowiek nigdy nie przestaje (przynajmniej niektóry). Dowiedziałam się dzisiaj, co to FOMO. Poza tym, taka drobnostka, fajnie jest zobaczyć twarz behind the blog, dzięki temu wszystko lepiej się rozumie.
Mąż jest mistrzem gulaszu i bigosu. Zaraz po pracy był test Fredowego bigosu z wolnowaru. Kochany kupił sobie również nową maciejówkę, bardzo mu w niej do twarzy (poprzednią zaanektowałam do własnych celów). Bigos i herbata z cytryną, herbata z cytryną i bigos.
* Co Ty na to, Hebiusie? :D
W tytule szybciej bym dał coś w stylu "Żyje się zwyczajnie".
OdpowiedzUsuńI osobiście nie uważam ani takiego życia za nudne, ani tekstów opisujących takie życie i pisanych w takim stylu, jak twój, za nudne.
Ale spoko luz, nie będę narzucał własnej ocenie i pozostawiam ci w tym zakresie pełną swobodę - chcesz, uważaj to za nudę :P Ja zostaję przy swoim zdaniu.
@Dariusz, no widzisz, czyli jesteś zdolny do interpretacji niezwiązanej z tekstem autora, tylko stosujesz to wybiórczo :)
Usuń