Kiedy byłam w pracy, zawitał do nas elektryk, z relacji Kochanego wynika, że elektryk-idiota (bez drabiny, bez wiertarki, bez głębszego pojęcia), ale inszallah, był. Mamy nowe czujniki dymu i innych atrakcji.
Popołudniowy relaks domowy rozkładam pomiędzy Gosią przygotowującą niejadalne paskudztwo, mieciem kontynuującym wiwisekcję III części Dziadów i końcówką Żon nazistów, wszystko z laptopika ustawionego na stole obok którego leżakowałam (przyniosłam z sypialni gruby koc zainspirowana Kochanym — mąż w ciągu dnia nadal udręczon bólem nogi spał pod kotami na tapczanie w Kuchniosalonie). Takie to są małe, ale oszałamiające radości dnia powszedniego. Dzień jasny i cierpki, z rana musieliśmy chwilę poczekać, aż warstewka lodu spełznie z Babcinych szyb; na horyzoncie Donard z dobrze widocznym, białym przedziałkiem muru granicznego.
Skoro sobie poradził i zainstalował czujniki bez wymienionych sprzętów, to czy one na pewno były niezbędne?
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, gdyby miał wymienione sprzęty, czujnik tlenku węgla wisiałby tam, gdzie ma wisieć, a nie leżałby przy bojlerze.
UsuńAaa... Jasne :D Ale może nikt mu nie płaci za montaż? :D
Usuń@Dariusz, w poście wyraźnie jest napisane, że to elektryk, nie listonosz.
Usuń