W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E
Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.
Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).
Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.