Pobudka o trzeciej (w zasadzie kwadrans przed). Fred sobie uświadomił, że musimy przecież nadać duży bagaż, więc nie mieliśmy czasu na śniadanie, w zupełnej ciemności ruszyliśmy z kopyta (słowo daję, nuciłam Don't stop me now Queenu). Na lotnisku szybki uścisk z rodzicami i patataj do szeregu. We Wro mgła na zmianę, z każdym kilometrem lotu robiło się jaśniej i bardziej chmurzasto. W samolocie odsypiałam noc, półgodzinna drzemka pomogła mi odzyskać jako taką równowagę (przynajmniej w pierwszej połowie dnia).
A to już mielizny podczas odpływu w okolicach Howth, przy podchodzeniu do lądowania:
Józef przywitał nas pachnąc Calvinem Kleinem :D, dom zastaliśmy czystszym niż go zostawiliśmy. Był czas do jego wyjazdu, więc najpierw pojechaliśmy na śniadanie do Forge Field ...
... potem rajd po okolicy (Annagassan, Monasterboice, widok na grobowiec), żeby rzutem na taśmę pokazać zakątki gościowi, który nie skorzystał z możliwości używania samochodu w czasie naszej nieobecności:
Wszystko to raczej szybko, bo Józef naprawdę musiał już zmykać w przeciwną stronę. Kochany zabrał go na lotnisko i wrócił dopiero po dziewiątej wieczorem (w międzyczasie odhaczył jeszcze jedną przysługę: do Irlandii przyleciał Wojtek i Fred odstawił go do miejsca przeznaczenia). Za oknem deszcz, kota długo nie było w domu (nie zastaliśmy go po powrocie, ale wiemy, że zawsze wracał na noc i spał z opiekunem w łóżku; Ryśku wrócił po siódmej, wytarłam go ręcznikiem, dałam mu jeść i głaskałam, gdy zapadał w sen). Poza tym robiłam pierwsze pranie i trochę pisałam. Poza tym gardło mnie boli (mam nadzieję, że nie będę chora, bo nie mam na to czasu).