Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Howth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Howth. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 września 2023

1367. Przemieszczenie.

Pobudka o trzeciej (w zasadzie kwadrans przed). Fred sobie uświadomił, że musimy przecież nadać duży bagaż, więc nie mieliśmy czasu na śniadanie, w zupełnej ciemności ruszyliśmy z kopyta (słowo daję, nuciłam Don't stop me now Queenu). Na lotnisku szybki uścisk z rodzicami i patataj do szeregu. We Wro mgła na zmianę, z każdym kilometrem lotu robiło się jaśniej i bardziej chmurzasto. W samolocie odsypiałam noc, półgodzinna drzemka pomogła mi odzyskać jako taką równowagę (przynajmniej w pierwszej połowie dnia). 

A to już mielizny podczas odpływu w okolicach Howth, przy podchodzeniu do lądowania:


Józef przywitał nas pachnąc Calvinem Kleinem :D, dom zastaliśmy czystszym niż go zostawiliśmy. Był czas do jego wyjazdu, więc najpierw pojechaliśmy na śniadanie do Forge Field ...


... potem rajd po okolicy (Annagassan, Monasterboice, widok na grobowiec), żeby rzutem na taśmę pokazać zakątki gościowi, który nie skorzystał z możliwości używania samochodu w czasie naszej nieobecności:



Wszystko to raczej szybko, bo Józef naprawdę musiał już zmykać w przeciwną stronę. Kochany zabrał go na lotnisko i wrócił dopiero po dziewiątej wieczorem (w międzyczasie odhaczył jeszcze jedną przysługę: do Irlandii przyleciał Wojtek i Fred odstawił go do miejsca przeznaczenia). Za oknem deszcz, kota długo nie było w domu (nie zastaliśmy go po powrocie, ale wiemy, że zawsze wracał na noc i spał z opiekunem w łóżku; Ryśku wrócił po siódmej, wytarłam go ręcznikiem, dałam mu jeść i głaskałam, gdy zapadał w sen). Poza tym robiłam pierwsze pranie i trochę pisałam. Poza tym gardło mnie boli (mam nadzieję, że nie będę chora, bo nie mam na to czasu). 

piątek, 23 września 2022

1012. Życie wsiowe.

Wracając do wczorajszego wieczoru, chłopcy rosną jak na grzybach (czy nie powinnam napisać, że jak grzyby po deszczu? się nagle zastanawiam ... drożdże to też grzyby, mówi Fred; ach, czyli o to mi chodziło, no dobra, zostawiam to w spokoju), pokazali nam zadania na literowanie z angielskiego i irlandzkiego. Rozśmieszyło mnie, gdy jeden z nich zaanonsował nas jako "our friends". Chyba nie mają nic przeciwko naszym wizytom, Ka kupuje wówczas ciasto czekoladowe :D

W głowie zaczynam robić plany "na Polskę". Rozmawiałam rano z mamą (jeśli weźmie urlop, pojedziemy razem do Wro szwendać się po mieście). Podbiję legitymację studencką, pójdę do fryzjerki i kosmetyczki, będzie grzebanie w domowych archiwach.

Po śniadaniu wyszliśmy z Kochanym na spacer, żeby zobaczyć różne rzeczy, np. to szpacze radio:

Na plaży zaczął się odpływ, morze było bardzo spokojne, duże stado mew spało na skałach przy drodze na klify, a za migoczącą taflą wody na południu widać było półwysep Howth:


Drepcząc tak bez celu na południe znalazłam szkło morskie niecodziennej urody:

Ponieważ "na plażę" noszę zazwyczaj tę samą kurtkę, oto aktualizowana zawartość mojej kieszeni:

Od lewej: kawałek interesującej skorupy z bliznami, najprawdopodobniej po pąklach, kawałek taniej ceramiki, nadłamana muszla przegrzebka podniesiona z plaży z powodu różowego koloru, mleczny kwarc, szkło morskie w seledynowym odcieniu z poprzedniego zdjęcia, za nim szkło znalezione kiedyś tam wcześniej (zielone), krzemień, skorupa kraba znaleziona tydzień temu. Doszliśmy z Fredem dalej niż zazwyczaj:

Niektóre posiadłości wyglądały bardzo dobrze, inne niekoniecznie. Brzeg jest nieźle umocniony, miejsce na dom letniskowy jak najbardziej do zaakceptowania. To zaś jest Ned:

Tym razem byłam tak rezolutna, żeby zapytać także mamę o imię i zrobić nowofunlandowi zdjęcie. Bo jest to nasze drugie spotkanie, rozmawiałam z Megs w lutym, przypomniałam sobie o tym dzięki blogowi. W tym czasie wiedzieliśmy już z małżonkiem, że trzeba szybko wyciągać nogi w drugą stronę — do Freda zadzwonił elektryk, który właśnie krążył po okolicy. A to kanarek:

Dzięki kanarkowi poznałam Andrew z Dundalk, który pracuje w Cash & Carry. Niestety kanarka nie udało się nam złapać, a Fred już musiał gonić do elektryka, więc się rozdzieliliśmy. Andrew zobaczyłam ponownie z kwadrans później — mijał mnie w środku wsi zasuwając pod górkę na rowerze, pewnie w stronę Dundalk, a ja rozmawiałam z Patricią. Patricia, której do dzisiaj nie znałam, ma we wsi domek na kółkach, mieszka w Drołdzie, więc wpadłam na nią, gdy czekała na autobus. Jej zięć umarł rok temu, u córki kilka miesięcy później zdiagnozowano raka. Patricia uważa jednak, że trzeba się trzymać i żyć dniem dzisiejszym. Poleciła mi kiążkę The Spy and the Traitor Bena Macintyre'a i chwilę rozmawiałyśmy o bezsensie wojny. Gdy tak stałam, Katlin z Majkiem do mnie zamachali. Życie wsiowe.

Tymczasem elektryk z czarną brodą miał na imię Art. Dobry znak. Chyba powymienia nam to i tamto (na tyle był rozgarnięty, że zauważył problem z korkami). Zrobiłam obiad, zjedliśmy go, Fred zadzwonił do mamy, a ja udałam się na drzemkę. Wieczorem obejrzeliśmy kolejne dwa odcinki Zmienników, 5 i 6. Czy czas cwanego chama powrócił? Ech, w głośnikach Waglewski gra żonie (1991/2020). Umarł Pieczka.