Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarrousky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarrousky. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2022

822. Paddy's Day Three.

Z rana pranie ręczne kilku delikatnych ubrań. Fed rozmawiał z ojcem, który nadal jest w szpitalu i czeka na zabieg na sercu. Teść brzmi nie tak najgorzej i czeka na nasz przyjazd w tym roku (to dobrze, że ma plany, plany są dobre).

Dzień zapowiadał się na śliczny, ale już po śniadaniu na wybrzeżu pojawiło się wietrzysko (chociaż dla prania to nawet lepiej). Fred mimo to poważnie wziął się do ogrodniczej roboty, skosił trawnik i zasadził dwie jabłonki.

Ja bardziej jak nasz kot, poskubałam trochę trawy i pokręciłam się po obejściu. Bo oczywiście nasz rudy trufelek wstał, leniwa menda. A w zasadzie obudziło go pojawienie się brudnego jacka russella, który przyszedł wyszuflować co tam mu podałam do jedzenia. Koniec końców elstar i golden delicious mają korzenie w ziemi na stałe, liczymy, że im się tutaj spodoba.

A skoro już jestem w ogródku, to kilka dni temu rozkwitł Lucky Number:


Ten narcyz ma mięsiste, odporne kwiaty, fajnie byłoby mieć więcej jego cebulek. Niestety narcyzy mają w tym roku pecha, nie da się ich pokazać światu nie narażając ich na uszkodzenie (wiatr najczęściej powiewa nam od frontu). Jeśli jutrzejsza wyprawa dojdzie do skutku, najrozsądniej będzie pojechać w głąb lądu. A na razie to jest tak, że łeb mi pęka, bo za długo stałam na wietrze rozmawiając z Katlin. Miałam czapkę, ale widać czapki się nie liczą. I nucę kawałek z Partenope śpiewany przez Jarrousky'ego, Ch'io Parta. Niedawno byliśmy na małych zakupach (przy okazji kupiliśmy chleb i mleko Annie, która nadal jest w izolacji). A teraz parówki, przeterminowany paracetamol, okład z oparów herbaty na głowę i Ojciec chrzestny II (1972) będzie oglądan.

poniedziałek, 29 marca 2021

468. Ukryta głębia.

Stabat Mater Pergolesiego w wykonaniu m.in. Jaroussky'ego dyrygowanego przez Nathalie Stutzmann. Całkiem dobry kawałek, dobry początek dnia, prawda?

Nad morzem dokonaliśmy ciekawego odkrycia meteorologicznego — wiatr był porywisty, ale zadziwiająco ciepły, w kurtce upociłam się jak nieszczęście.

Po spacerze i obiedzie rozłożyłam się z prasowaniem i obejrzałam przy tym Murder In Three Acts z Ustinovem (1984), inną wersję Tragedii w trzech aktach. Tony Curtis i wogle, ale jednak nie, zresztą to był przypadkowy, pochopny wybór i nie wiem dlaczego marnuję czas na takie rzeczy. Za to po takim nijakim preludium obejrzeliśmy wspólnie (Fred wrócił z miasta z chlebkiem i bukietem róż) dwa pierwsze odcinki Czarnej żmii II (1986) ...

... i końcówkę zwieńczyłam kompletną głupawką — ze śmiechu się popłakałam, a Fred (miast pytać, co głupią babę tak śmieszy) chichrał się ze mną. Potem robiąc kotu kolację podśpiewywał o kebabie w cienkim cieście i że zabrakło baraniny, żona zaś układała pasjansa online, więc jest zrozumiałe, że utwór Stabat Mater Vivaldiego polecon przez Hebiusa musiał być odłożon na inny dzień. Zamiast tego płyta Zaciera Konfabulacje? (2005) i dzierżenie w dłoni podręcznika Bęzy. Przed północą Fred odkrył, że krewetki się zepsuły i trzeba je wyrzucić, wydarzenie wyrwało ze snu kota i poruszyło go do głębi.