Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack Russell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack Russell. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2025

2015. Trzeci dzień lata.

Obudziłam się na dźwięk dzwonka i przestawiłam go na kolejne 45 minut. W końcu jednak trzeba było wstać i zacząć dzień. Pracowniczo czas minął mi ekspresowo: poniedziałek spokojny, szary, Szef wpadł na dwie godzinki zmachany jak koń po westernie; po godzinie zrobiłam sobie przerwę na kawę i z kawiarni przedzwoniłam do tatki, gdyż życzenia z okazji dnia ojca; na lunch dykta z bananami; trochę słuchałam Telemanna, trochę czytałam Europejkę Gretkowskiej (W.A.B., 2004).

Kochany odebrał mnie z pracy; owinięta w jego dużą bluzę czytam, potem śpię, potem zostaję obudzona na obiad. Wracam do książki, którą kończę wieczorem (gdzieś w trakcie nieomal dostaję ataku serca z przekonania, że zhakowano mi telefon). Mleczaki zostały okazane przechodzącemu Dżejmiemu, korzystając z okazji zapytałam go niewinnie, czyim psem jest coraz brudniejszy jack russell, przychodzący do nas, ale też niebezpiecznie włóczący się po całej okolicy (Anne już chce dzwonić po służby). Pies jest rzekomo jego chrzestnej, sąsiad wziął psa pod pachę i zniknął za zakrętem. Może.

czwartek, 5 czerwca 2025

1997. Koniec, afirmacje, dobroci.

Mieliśmy zupełnie zwyczajne pożegnanie, żadnych ozdobnych głupot, chwila na rozdanie papierów, ostatnie żółwiki, kilka uścisków, ale było wzruszająco; pierwszy raz chcę zapamiętać wszystkich kursantów i wiem, że często będę myślała o Li. Niech się rozwijają, niech nie wpadają w kłopoty. Dostałam prezent od Afganki (słodycze, dziwna figurka, biżuteria z tombaku) oraz od trawelerki (słodycze).

Pogoda grzebała się, a ja mimo to miałam świetny dzień. Mieszkam we wspaniałym kraju i jestem wartościową osobą, która ma dużo szczęścia w życiu, o!

Fred zabrał mnie z parkingu (padliśmy sobie w ramiona) prosto do domu. Na początek wysłuchaliśmy dwóch płyt przywiezionych z Polski (Kochany postanowił się jednak rozpakować ;)):  Grzybnię (2024) jazzowej grupy Błoto, następnie album z muzyką organową, kupiony w kościele w Świdnicy 

Przekąsiliśmy coś "na teraz" (śledzie w sosie kurkowym), mąż zabrał się za lepienie kotletów mielonych, a ja w kimono. Pobudka i prawie godzinna rozmowa z mamą. Kochany zaserwował obiad. Wieczorem wbił do nas mały, brudny sąsiad (i słusznie, dostał saszetkę z okazji, że tak dawno go nie było). Jeszcze później zadzwonił Ka, było rozmawiane także o tym, że szukamy zwierzaka.

poniedziałek, 31 marca 2025

1931. Z pamiętniczka opatulonej starowinki.

Rozpoczęłam dzień od siedzenia w Kuchniosalonie w … czapce. Już wczora z wieczora zaczęła mnie pobolewać głowa informując o chęci zapalenia zatok. Ach. Opatulona wyszłam na przystanek, a w mieście oczywiście zaszłam do Czarnej. Pani Stempelek 3 zapytała, czy dwie kawy. Poinformowałam ją, że mąż już w pracy (była przecież 8:30, u Freda zaś nowe zwyczaje: niektóre szychty mąż będzie zaczynał o szóstej, tak jak dzisiaj). Nie spieszyło mi się. Miało mi się spieszyć, ale zmieniłam plany. I dobrze zrobiłam, wprowadziłam w ten sposób spokój i ład. Saren znowu sama po weekendzie, rozmawiałyśmy chwilę, potem do roboty; czatowanie z młodzieżą minęło nie wiadomo kiedy. Czapa na łeb i wychodzę. Właśnie byłam na schodach, gdy zadzwonił Kochany z propozycją, że może mnie podwieźć w czasie swojej przerwy w pracy (czy ja wygrałam męża na loterii?); po kwadransie wjeżdżał na parking obok polskiego sklepu, a po kilku następnych minutach zostawiliśmy Babcię na kolejnym parkingu, Kochany do pracy na dodatkowe dwie godziny, ja na chwilę do Lidla, po sos na dzisiejszy obiad, potem do Costy na przegryzkę i zieloną herbatę. O trzeciej spotykamy się ponownie, i razem myk do domu.

Dzień był raczej bury, ale dość ciepły, więc pogoda nie pogłębiła mojego zagilenia. Kochany zaraz zajął się dokarmianiem ptaków, a potem zajrzał do Anne z darami, ostatkami puszeczek Rysiowych. Zaczęłam robić sos do makaronu, najpierw w towarzystwie Slayera, potem The Cure (ich ostatnia płyta będzie moją płytą roku'25, teraz już mam pewność), gdy się okazało, że Kochany wrócił w towarzystwie tego małego paddy'ego (który pokazał mi język):

Dobrze. Somsiod dostał cały zestaw wołowinki. Na deser pogłaskałam go po brudnym łebku. Wzruszyła mnie ta wizyta. Za każdym razem przy tak długim niewidzeniu się, zaczynam się zastanawiać czy jeszcze żyjemy, czy się nam zmarło. Jak zwykle bardzo ostrożny, zaglądał na prawo i lewo, czy ruda pantera nie wyskoczy na niego z pazurem zza domu. Nie wyskoczyła. Mówiłam mu już kiedyś, że pantera nie żyje, ale mały paddy mi nie wierzy.

Wczoraj późnym wieczorem zaczęłam czytać … Filonka Bezogonka. Zamierzam zabrać książkę z powrotem do domu, więc czas najwyższy. Oczywiście, też wzrusz. Starzeję się, jak nic; dzisiaj będzie kontynuacja.

Plany na jutro mniej więcej rozpisane; słucham jednym uchem rozmowy Freda z Mrzygłodem (wynoszę się do sypialni, klikam przy otwartym oknie, ptaki jeszcze gwarzą).

czwartek, 16 maja 2024

1610-1612. Aliści, konstans.

Wtorek
Kochany pracował po południu w Drołdzie. Początkowo miałam nadzieję, że spotkamy się na chwilę po mojej szychcie, ale zapomniałam, że jakiś czas temu dostałam bilet na lokalne wydarzenie, które jest akurat tego wieczora. 

Wracając z przystanku natknęłam się na psiego sąsiada, dość czystego i mającego mnie w dobrej pamięci. Wyniosłam mu karmę, która czekała na niego w schowku. Cieszę się, że nadal żyje, mały paddy (miał nawet obróżkę, może ktoś zaczął w końcu o niego dbać). A skoro pojawiła mi się w głowie kwestia psia, podczas robienia obiadu zadzwoniłam do mamy i akurat zastałam ją czekającą na wyjście tatki z Maksiem od weterynarza. Pies ma jakieś torbiele, lekarz próbuje się ich pozbyć w mniej inwazyjny sposób (jeśli codzienne wizyty nie pomogą, konieczna będzie operacja).

Wieczorne spotkanie w Drołdzie trwało ok. dwie godziny (od siódmej; zadziwiająco dużo lokalesów wylało się na ulicę). Saren przywiozła mnie i odwiozła. Katriona była przebojowa, ale ponieważ mówiła o uzależnieniach (coś, na czym się trochę znam i mam niejedną opinię), nie urzekła mnie aż tak.

Środa
Poranek chłodnawy, potem środa całkiem ciepła. W ciągu dnia krótko rozmawiałam z Gronją (chyba mała robótka się szykuje). Kochany wrócił późno (nad ranem) i pojechał na kolejne popołudnie/nockę, więc ponownie się rozminęliśmy. Obiad, ogarniam papierologię, słucham popowych staroci.

Czwartek
Kochany wrócił jeszcze później niż wczoraj, gdy położył się do łóżka miałam tylko godzinę snu przed sobą. Truskawki na śniadanie (potrzebuję przejść na dietę truskawkowo-małosolną, już czas). Małżonek przyjeżdża po mnie do miasta, spotyka mnie w Czarnej, już na niego czekam, pijemy płyny, rozmowa podąża w różne nieskoordynowane strony.

Urządziłam się, rzekłam.
Ciekawe, jakby tak wszystkich Twoich chłopaków postawić obok siebie ...
I've improved.

W polskim sklepie kupujemy dziwne rzeczy: pierogi z kapustą i pepsi (mój obiad), racuchy z jabłkami (Fredowy obiad, do pełni zadowolenia potrzebny mu jeszcze tylko cukier puder szczęśliwie w szafce odnaleziony), ogórki małosolne, hummus z Warszawy. Gdy już jesteśmy w domu, na nasz ogród spada rzęsisty, letni deszcz (stoimy w drzwiach, patrzymy jak leje i wspominamy Rysia). Telefon do rodziców był po naszej ósmej (mięso się robi, mama je ogórki, Maksio zdrowieje).

Gra Variété, Zielonookie Radio 'Romans'.

sobota, 15 kwietnia 2023

1216. Żona niewydarzona.

Nici z mojego wczorajszego rojenia, że rano pójdę pobiegać, jak ludzie sukcesu. Pierwszą pobudkę (bardzo kuriozalną) miałam około piątej rano (przy okazji wyrwałam i Freda z barłogu), ale wyturlałam się z łóżka punkt dziewiąta, gdy słonko stało wysoko. Kochanego mam tego męża, ignoruje dziwne wydarzenia.

Na spacer nad morze poszłam dopiero po śniadaniu, gdy Fred też już wstał. Piękna pogoda, wskoczyłam w sportowe rajtki i wcale nie było mi w nich zimno. Już skręcając na nasze osiedle poznałam spaniela o imieniu Ted. Przeczytałam wpis-kuriozum, fusion wyobrażenia, co robi feministka, z męskim łkaniem konfederacyjnym w tle. Pokazałam Fredowi, pośmialiśmy się, zrobiłam nam naleśniki na drugie śniadanie; w głośnikach Homo Twist, Cały ten seks (1994), potem praca w ogródku. Gdy mnie zauważył nasz sąsiad-brudasek, przysiadł się i zjadł dwie porcje psiej karmy oraz dał się pogłaskać i chwilę nam towarzyszył.

Pogoda sknociła się po południu. Kochany wsadził jedną hebe (rabarbarową), na drugą na razie nie mamy pomysłu (i tutaj robi się ścisk). Nie obyło się bez sąsiedzkich pogaduszek — Katlin opowiedziała nam o wyścigach konnych w których coś wygrała, ale nie wie co (wygrany kupon dość ryzykownie dała do spieniężenia Majkelowi, który i tym razem wyglądał jak z krzyża zdjęty), a Ryszard przy okazji wbiegł do niej na górę sprawdzić, czy się jej myszy nie zalęgły. Nie chciało się nam gotować, więc Fred podgrzał gulasz i placki ziemniaczane ze sklepu (= placek po węgiersku był na obiad, bardzo słusznie). Grzebię w statystyce, szukam materiałów na temat gerontologii i takie tam. Klapnięci jesteśmy oboje, mieliśmy oglądać film, ale odkładamy to na inny dzień. Za oknem siąpi deszcz.

środa, 7 września 2022

995-996. Złoto teściowej.

Jest z Niedrzwicy Kościelnej. We wtorek rano do pracy założyłam kolczyki sprezentowane przez mamę Freda. Bo Kochany wrócił do domu z darami o pierwszej po północy. Długo sobie nie pospał, rano z kotem do weta (Ryszard dostał zastrzyk i tabletki na później; nie miał temperatury). Gdy oglądanie kociej osoby się skończyło, wróciłam do pracy, mąż pojechał do domu i ponownie przyjechał do miasta po południu. Trochę szuraliśmy po sklepach (zapowiedź zakupu półki na książki), ale najważniejszym wydarzeniem był obiad w Aishy, rocznicowy, chociaż z jednodniowym wyprzedzeniem. Jako pierwsi klienci dostaliśmy po nadprogramowym, zielonym falafelku.

Ach, i puzzle zostały złożone (po pokazaniu mężowi jakie są gładkie, jak każdy fragment jest na swoim miejscu). Nowe płyty w domu, brzmi więc Nocny Patrol Maanamu (1983/2011), próbowaliśmy też obejrzeć Karierę Nikosia Dyzmy, ale byłam zbyt senna, żeby dokończyć.

Jeszcze dorzucę do wtorku, że w mojej pracy kolejne zmiany, Lorejn od dzisiaj już nie jest główną menadżerką projektu, będziemy się rzadziej widywały.

Pół środy dojadałam obiad z Aishy (morszczuk w brokułach i kartofelki w ziołach) słuchając Duchów ludzi i zwierząt Waglewskiego, Fisza i Emade (2020). Ryszardowe kichanie na razie nie przechodzi. Futrzak większość dnia śpi, apetytu za bardzo nie stracił, sika, czyli organizm funkcjonuje, ale i tak po matczynemu martwię się. Od dzisiaj ma być podawanie antybiotyku w tabletkach, co zazwyczaj jest dramą, więc pierwszą porcję aplikowałam zanim Fred wyjechał do pracy, żeby były cztery ręcę do przekonywania kota. Tymczasem Ryszard do tego stopnia stracił węch, że wylizał antybiotyk do czysta i obeszło się bez rękoczynów. Rewelacja!

Po długiej przerwie, w porannym deszczu przyszedł mały brudasek, jack russell sąsiadów. Nie odwiedza nas tak często, jak wtedy, gdy żył jego stary, głuchawy kolega. Pies dostał swoją dolę, zawsze jest tu mile widziany. Pod wieczór widziałam także Bána, przyszedł powęszyć na Rysiowym terenie.

Wieczorem umówiłam się wstępnie na urodzinowy obiadek z Anne (za trzy tygodnie, kiedy wróci z trasy). Turla się wrzesień. Przesuwam kota na łóżku, ale i tak przyłazi się przytulić

wtorek, 14 czerwca 2022

910. Wtorek, dzień zwykły.

Ziu, ziu, ziu ... czy to już wtorek? Ja nie wiem gdzie te dni, tygodnie, miesiące znikają. W pracy miałam spotkanie z Catriną i Bridżet. W piwnicy. Biznesowe spotkanie, bo mi się przecież za kilka miesięcy kontrakt kończy. Może będę miała jakieś praktyki interesujące, byłoby miło. A tymczasem posiedziałam z Piterem, poszłam na kawę do Caffè Nero, pochichrałam się z paniami (Lorejn wracała z wakacji francuskich dwa dni, opowiadając o tym machała rękami i zaśmiewała się do rozpuku), żeby na końcu Fred mnie przestraszył stojąc na schodach budynku w którym "pracuję". 

Lubię to miejsce. Dla cudaków jest.

Sprawę czynszu trzeba nam załatwić, więc poszliśmy na przełaj do Intreo (wcześniej, w przerwie w pracy, jeszcze przed kawą, upewniałam się w okienku u Pani Wytrzeszczającej Oczy jakie papiery są potrzebne, nie ufam jej jednak, może to była wersja na wtorek, a jak wiadomo jutro jest środa). Strasznie brudne jest miasto z tej naszej Drołdy, mimo to wędrując tak na szago wypatrzyliśmy ciekawy zakątek. Potem Tesco, powrót do domu, kot wyłazi z krzaków, mąż robi obiad, w międzyczasie Katlin wpada do ogródka zobaczyć, że się naszym jabłonkom jabłuszka pokazały. Na razie małe jak pypcie, ale liczy się. Potem trzy godziny CBT i awaria odbioru sieci (którą cały czas miałam, tylko moja karta sieciowa jej nie widziała, w takiej sytuacji raz powiedzieć "kurwa" się nie liczy w zasadzie, więc nie doprowadzam do takiej sytuacji). A teraz Kochany robi coś, co może będzie żurkiem. I mi obwieścił, że mały brudas, który od czasu do czasu dostaje od nas jedzenie, żyje jednak. Fajnie, smuciliśmy się. Ryszard jest niepocieszony.

piątek, 10 czerwca 2022

906. Dużo miziania.

Zapach mielonej kawy o poranku. Kawa nie dla mnie, bo o tej porze dla mnie za wcześnie, ale Kochany tak ma, że kawa przed śniadaniem musi być. Przy tym moim zatrudnieniu wytworzył się nam rytuał: jeśli Fred ma wolny dzień, to nastawiam budzik na 6:30 zamiast szóstej, rozbudzam się gmerając w laptopie i godzinę później robię mężowi kawę, po czym go budzę i jem śniadanie. Wyjeżdżamy do miasta ok. 8:30, Kochany czasem potem robi zakupy, albo wraca do domu, zajmuje się swoimi sprawami. 

Wygasiłam wszystkie komputery, pozamykałam drzwi i wybyłam do polskiego sklepu, z którego zwinął mnie Fred. Poszliśmy do Il Forno na pizzę i na spacer nad kanał Boyne:





Katlin akurat kosiła trawę, gdy parkowaliśmy pod domem, więc przystanęliśmy chwilę pogadać. Fred zastanawiał się kilka dni temu, dlaczego stary, głuchy labrador nie wydeptuje nam ostatnio ścieżki w ogródku. Już wiemy, że nie żyje, zmarł ze starości, albo co. Jego małego kolegi, jacka russella, też nie widujemy, karma psia na niego czeka. 

Potem weszliśmy do domu, dwie minuty później lunął deszcz na świat.

Inne: teść ma pomnik, Fred partycypował w kosztach. Rozmawiałam z mamą, trzeba jej było pomóc w aktywowaniu pakietu DNA. Kochany ma plan na jutro, a na razie ogląda klipy Ralpha Kamińskiego. Czy ja nie powinnam się uczyć? Idę.

piątek, 18 marca 2022

822. Paddy's Day Three.

Z rana pranie ręczne kilku delikatnych ubrań. Fed rozmawiał z ojcem, który nadal jest w szpitalu i czeka na zabieg na sercu. Teść brzmi nie tak najgorzej i czeka na nasz przyjazd w tym roku (to dobrze, że ma plany, plany są dobre).

Dzień zapowiadał się na śliczny, ale już po śniadaniu na wybrzeżu pojawiło się wietrzysko (chociaż dla prania to nawet lepiej). Fred mimo to poważnie wziął się do ogrodniczej roboty, skosił trawnik i zasadził dwie jabłonki.

Ja bardziej jak nasz kot, poskubałam trochę trawy i pokręciłam się po obejściu. Bo oczywiście nasz rudy trufelek wstał, leniwa menda. A w zasadzie obudziło go pojawienie się brudnego jacka russella, który przyszedł wyszuflować co tam mu podałam do jedzenia. Koniec końców elstar i golden delicious mają korzenie w ziemi na stałe, liczymy, że im się tutaj spodoba.

A skoro już jestem w ogródku, to kilka dni temu rozkwitł Lucky Number:


Ten narcyz ma mięsiste, odporne kwiaty, fajnie byłoby mieć więcej jego cebulek. Niestety narcyzy mają w tym roku pecha, nie da się ich pokazać światu nie narażając ich na uszkodzenie (wiatr najczęściej powiewa nam od frontu). Jeśli jutrzejsza wyprawa dojdzie do skutku, najrozsądniej będzie pojechać w głąb lądu. A na razie to jest tak, że łeb mi pęka, bo za długo stałam na wietrze rozmawiając z Katlin. Miałam czapkę, ale widać czapki się nie liczą. I nucę kawałek z Partenope śpiewany przez Jarrousky'ego, Ch'io Parta. Niedawno byliśmy na małych zakupach (przy okazji kupiliśmy chleb i mleko Annie, która nadal jest w izolacji). A teraz parówki, przeterminowany paracetamol, okład z oparów herbaty na głowę i Ojciec chrzestny II (1972) będzie oglądan.

piątek, 15 października 2021

668. Pole świadomości.

Przez część dnia głównie Sziwan i dwóch uczniów, na zewnątrz słoneczny ziąb, w Centrum z każdego kąta wyzierają trupy, nietoperze i nagrobki. Po południu po raz pierwszy włamywałam się do domu (od strony ogródka). Za łatwo mi poszło, trzeba zamykać okno, bo trochę strach.

Ryszard dojadał przegapione posiłki. Na szamę przyszedł też nie za często widywany przeze mnie jack russell. Jeśli już się pojawia, potrafi długo i cierpliwie czekać na trawniku.

Kochany wrócił jak zwykle w tym tygodniu, po obiadku gadamy sobie o tym i owym, np. o Łomnickim Tadeuszu, słuchamy tego i owego, np. Cave'a Nicka. Mąż przywiózł mi z TK Maxxa dziwną koszulę Levisa, niby oversize i nie wiadomo do czego, gruby, roboczy materiał, łączka na białym, krótka, a w szerz weszłyby dwie mnie, ale im dłużej na nią patrzę, tym bardziej widzę zastosowanie. Chyba pole świadomości mi się poszerza, albo co.

sobota, 1 maja 2021

Postscriptum #501.

Siedzę z nogami w górze i się delektuję nieróbstwem. W ciągu dnia pracowaliśmy z Fredem w ogrodzie. Jeszcze zostały dwie skimmie do wsadzenia, ale wszystkie pozostałe kwiaty kupione kilka dni temu znalazły swoje miejsce. Na łyse placki po roślinkach, które obumarły zimą, wysadziłam też parę krzaczków męczących się w donicach. Na brak pracy nie będziemy narzekali, Fredowy projekt zrobienia żywopłotu od strony Judżina wymaga zrywania darni — dzisiaj ledwo zaczęliśmy, a znamy temat z zeszłego roku. Po drodze małe radości: pogadanki z sąsiadami i obietnica pomocy (Majkel, mąż Anne, zainteresował się naszym rozklekotanym zamkiem do drzwi), pogaduchy messengerowe z Aś i Kaś Matką Kotom (jedna spaceruje z psami, mamą i maleństwem, po szlaku sprzed tygodnia, druga oczywiście robi kocie sesje fotograficzne), wizyta jacka russella, którego mogliśmy nakarmić po długim niewidzeniu się, herbatka w przerwie prac na wystawionych przed domem krzesłach.

Pierwszy dzień irlandzkiego lata i święto pracy w jednym — ze swoim grzebaniem się w ziemi i sennym łażeniem po włościach nie byliśmy jedyni. Katlin i jej koleżanki z naprzeciwka w większości pracowały w swoich ogródkach, u Katlin był nawet jej pomocnik, Alkoholowy Paddy, który po tym jak pożyczył od nas sekator, zatrzymał się przy Fredzie na irlandzki small talk o tym, czy u nas w Polsce jest więcej krów czy świń. Podobnie nasi sąsiedzi z tyłu poświęcali się ogrodowo-domowej grzebaninie, a teraz słyszę ich głosy za płotem, pewnie inaugurują letnie posiaduchy pod zadaszeniem, które wybudowali na początku roku. Lubię takie oddalone odgłosy przyjacielskich pogaduch. Ryszard z ostatniej nocki wrócił z zadrapanym uszkiem, dzisiaj pomagał nam w ogródku, o tej porze zaś jest już w domu i przygotowuje się do snu.

sobota, 25 kwietnia 2020

Postscriptum #130.

Fazy pieska.
Dzień dobry. No jestem, fajnie, że też jesteś.


Teraz nie będę na Ciebie patrzał, bo tam się coś dobrego otwiera.


Mniam mniam.


Fazy kotka.
Siedzimy. Możesz mnie pogłaskać.


Ale jakbyśmy poszli t a m, to by było ciekawie.


Dobra tata, ja za Tobą, mama za mną.


Ale tu to już wiem, pokażę wam, follow me.


Najpierw sadzisz, potem wyrywasz, to bez sensu.


To pogadajcie z Anną, ja tu sobie w słonku poczekam.

130. Even lovelier weather.

Wpis poranny: Od kilku dni nie przychodzi do nas mały mieszaniec jacka russella, który normalnie, jeśli kursował, to w ciągu dnia widzieliśmy go kilkakrotnie. Dostawał od nas raz na jakiś czas porcyjkę pedigree pal. Nie wpadał codziennie, ale byliśmy jego znajomymi ludźmi. Martwię się, chociaż nawet nie wiem czyj to pies. Może jest chory, albo nie żyje.

Po śniadaniu: poszliśmy na półtoragodzinny spacer, nie był długi, po prostu się nam nie spieszyło. Nad morzem odpaliłam messengera i pokazałam tacie wybrzeże. Całkiem sporo ludzi o tej porze biega lub wyprowadza psy. Wyszliśmy akurat na zbliżającą się pełnię przypływu, dobrze, że założyłam nieprzemakalne buty. Widzieliśmy w oddali na pastwisku krowy w galopie, a przy wejściu na plażę spotkaliśmy starego znajomego, Trzyłapka, który wyszedł podelektować się okolicznościami przyrody. Fajny piesul, taki trochę w manierach do nas podobny.




Wpis popołudniowy: Fred zrobił obiadek, gdy ja serfowałam sobie po świecie. Po uczcie, gdy poirytowana przygotowując przemowę zerkałam przez okno (Fred trajlując z Katlin nie przestrzegał 2m odległości), zobaczyłam psią "zgubę". Od razu wyszłam z saszetką i pogłaskałam włóczęgę po brudnym łebku. A Fred dopytywał się, gdzie można kupić lawendę (ma gorączkę lawendową) i w poniedziałek podjedziemy w jedno miejsce, gdyż Katlin wie wszystko. Niech sobie Anglicy ze sklepu online swoje znikające krzaczki lawendy wsadzą w rzyć! Po takich rozważaniach poszliśmy na spacer i tu okazało się, że idziemy na spacer z kotem Ryszardem, który najpierw przysiadł z nami na ławce, a potem becząc jak niezadowolona owieczka zaproponował przechadzkę po osiedlu. Poszliśmy naokoło sklepu, potem trochę w głąb naszej ulicy, i naokoło wróciliśmy do punktu wyjścia. Po powrocie wyrwaliśmy kilka chwastów z trawnika i zagadałam Annę, która wyszła z ogródka umazana farbą. Okazało się, że dzisiaj pomalowała swoją całą szopkę. Pani około osiemdziesiątki.

Jeszcze ciepło, kocilla po kolacji leży na parapecie, prawie letni dzień powoli zniża światła. Popołudniowo gra nam wszystko The Sugarcubes ... Life's Too Good (1988), Here Today, Tomorrow Next Week! (1989) i Stick Around for Joy (1992).
___
edit 22:39 Hannah i jej siostry (1986) Woody'ego Allena to jeden z jego lepszych filmów. Do dobrego scenariusza dodaję wspaniałą muzykę (Bach), kostiumy i fakt, że Allen nie gra tu głównej roli ;) Film, który chcę mieć na dvd.

niedziela, 12 kwietnia 2020

117. Easter time.


Przez cały dzień na zewnątrz utrzymywała się szarość i wilgoć. Zrobiliśmy wielkanocną ucztę nie tylko dla siebie. Znajomy jack russell, który po naszym śniadaniu okazał się cierpliwie czekać na trawniku przed domem, dostał swoją porcję mokrej pedigree pal. Po obiedzie obejrzeliśmy film, który od lat odkładałam, Wielki chłód (1983) Kasdana. Opowiada o spotkaniu dawnych przyjaciół na pogrzebie jednego z nich. Dobrze zagrany, nieźle napisany, Close i Hurt tacy młodzi, że aż miło popatrzeć :). Jak teraz o tym filmie myślę, to bawi mnie, że jego bohaterowie są młodsi ode mnie i już sądzą, że ich życie zostało zdefiniowane. Mam 35 lat, jestem w czarnej dupie i do końca jakoś się trzeba przemęczyć (takie tam drobne 50 lat) wspominając na osłodę jak było super, gdy byłem nastolatkiem. Doprawdy ...

Złożyłam rodzicom życzenia przez messangera, Fred zadzwonił do swoich wieczorem, i tu wieści są mieszane, teść nie czuje się za dobrze, pogorszyło się też u Wu, choć do końca nie wiemy, co to znaczy. Nie widzieliśmy go ponad 6 miesięcy, a ci, którzy odpowiadają teraz za jego zdrowie, nie bardzo mają ogląd całości. Z drugiej strony mam taką refleksję, że ludzie po 2-3 tygodniach lekkej niewygody dobrowolnego zamknięcia w swoim domu piszą w sieci takie brednie, że wszystko opada grawitacyjnie. Wu siedzi w nie swoim domu już piąty miesiąc. Wiadomość o tym, że miał/ma być przewieziony na leczenie potwierdził w kolejnej rozmowie Stu. Kochanemu jest z tym wszystkim ciężko, ja z kolei jakoś lepiej się poczułam, gdy wiadomość potwierdził szwagier — potraktowałam to jak zaklęcie na dobrą zmianę, zaczęłam sobie wizualizować, że Wu już jest w lepszym, bezpieczniejszym dla niego miejscu. Niech z tej sytuacji koronawirusowej, gdy służby są zesrane ze strachu, wyniknie choć jedna dobra rzecz. Ale dość o tym. Dwa dni temu zaczęłam czytać Dwóch panów w łódce nie licząc psa. Wiktoriańskie dykteryjki umilają mi traumę kolejnych rozdziałów Sagi Puszczy Simony. Przez dłużej niż jeden rozdział czytałam je bez świadomości, że Montmorency to pies :E.

czwartek, 16 stycznia 2020

30. Dzień bluesa.

Absolutny soundtrack dnia: The Best of Peter Green's Fleetwood Mac (2002).

Taki dzień, że rano kot zapukał nam do okna w sypialni. Pogodowo, bo ogólnie nie jest źle, mnie odpuścił brzuch, małżonkowi po rzucie gorączki jeszcze wczoraj nagle przeszło, gdy czekał w samochodzie aż zrobię zakupy w Tesco. Pies-nie-nasz dostał saszetkę i błyskawicznie pochłonął zawartość przydeptując łapkami w zacinającym deszczu. Fredowi przełożono w ostatniej chwili pracę na godzinę wcześniej, więc prawie wybiega z domu z kawą i kanapkami. Pewnie właśnie zaczyna. I to ma swoją dobrą stronę - wróci wcześniej. Słucham bluesa. Kot leży mi w nogach. Feels like późny listopad w Polsce.

czwartek, 26 grudnia 2019

Postscriptum #9.

O jedenastej, w mżawce, pan w pomarańczowej kurtce, który wcale nie wyglądał na rycerza św. Kolumby, ale najprawdopodobniej nim był (The Knights of St. Columbanus, poważnie), zapukał do naszych drzwi, rzekł Happy Xmas, wręczył Fredowi torbę i poszedł do naszego sąsiada, Judżina, z drugim takim samym pakunkiem. Dostaliśmy mnóstwo słodyczy i dinksów, mnie najbardziej olśniła szczoteczka do zębów, Freda dwa męskie grzebienie kieszonkowe. Skąd wiedzieli? Chwilę później to my zrobiliśmy niespodziankę: brudnawy jack russell przechodzi obok nas nawet kilka razy dziennie, więc zawsze czeka na niego saszetka pedigree pal. Nie zawiedliśmy — pewnie sobie pomyślał, że warto było się wybrać na osiedle w to bure, deszczowe przedpołudnie.

Po południu Fred zajął się pisaniem nowego tekstu na bloga, Rysiu spaniem w naszym łóżku, ja czytaniem Sodomy F. Martela przy cichym akompaniamencie Weihnachtsoratorium BWV 248 J.S. Bacha (Nikolaus Harnoncourt, 1982). Zakończyłam rozdział o Trujillo. Przebrzydła persona. Czy Karol Wojtyła, znany jako Jan Paweł II, miał choć jednego sympatycznego protegowanego? Ze złości aż mi się zachciało spać i nasłuchując prawym uchem w półśnie doszłam do 2/3 oratorium. Po trzeciej pojechaliśmy po chleb, wróciliśmy z czterema nędznymi bułeczkami, a najdroższym zakupem była karma dla psa, który nawet nie jest nasz.

Wieczorem Ścieżka strachu (1990) braci Coenów. Sprytny pastisz. Na sen album Blood Sugar Sex Magik Red Hot Chili Peppers (1991).