Porządkując po śniadaniu papiery wybrzuszające etui telefonu, znalazłam odręczne notatki z zeszłorocznej przygody karkonoskiej. Włożyłam je tam, skąd je wyjęłam, żeby nadal wybrzuszały rzeczywistość :D
Na polach wielkie bele siana.
Po pracy rozważyliśmy z Kochanym różne opcje pizzowe; znaleźliśmy się w końcu w Il Forno, ale ze średnią satysfakcją — obsługa jak zwykle bardzo spoko, niestety coś się dzieje z jedzeniem w tym miejscu, pizzom też nie zostało oszczędzone.
Popołudnie domowe. Pełna ciasta, dużo czasu spędziłam drzemiąc. Dopiero po szóstej stanęłam na nogi; wyszliśmy z Mleczakami do ogródka i skończyliśmy tę przygodę, gdy Mańka zaczęła pokazywać, że coś ją ugryzło w łapkę. Była też długa rozmowa z rodzicami (przede wszystkim z mamą) rozciągnięta poza wyjazd Kochanego do miasta. Odgrzewam sobie właśnie kawałek pizzy we frajerze rozważając różne możliwości wieczorne.
___
edit 21:50 jeszcze nie chce się spać. Przed snem zapewne książka (nie skończyłam Jansson, a bardzo już ostrzę sobie zęby na Hjorth). Obejrzałam ciekawy vlog na temat problemów niektórych internetowych nauczycieli irlandzkiego z wymową (różnice w sposobie wymawiania, zbytnie zanglicyzowanie języka irlandzkiego to utrapienie, przynajmniej dla mnie; lubię uczyć się od ludzi, którzy wiedzą, co robią). Koty się pobudziły, dostały jeść i angażują się w kocie zapasy.







