Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2023

1379. Grafik poniedziałkowy.

6:00 budzik wrzeszczy, wyłączam go, bo już wiem, że nie muszę dzisiaj jechać. Wstaję tylko po to, żeby pójść do toalety i przy okazji powiedzieć Fredowi (szykuje się do wyjazdu), że zostaję w domu.

8:30 w roli budzika występuje Ryszard, który nie może się już doczekać, kiedy otworzę drzwi do Kuchniosalonu i podam szamę. Otwieram, podaję.

9:45 jakimiś algorytmami dziwnymi przed śniadaniem kilka razy słucham Polski Kultu; gotuję dwa jajka na miękko, jem trochę gziku, skroluję internet.

10:15 korzystając z lepszej pogody wychodzę na spacer. Wracam lekko po jedenastej. Miałam rację, że nie wzięłam aparatu. I tak szłam patrząc pod nogi, nastawiając głowę do wiatru, który wprawdzie nie był zimny, ale i tak dość nieprzyjemny.

12:15 obejrzałam vloga Bernadette o przeróbkach okładek pseudohistorycznych książek. Już wychodziłam na ogródek, gdy tatko zadzwonił i pół godziny rozmawialiśmy przez messengera o tym, że był w szpitalu na pobraniu krwi, że ogólnie jest dobrze i jest zadowolony (tatko zazwyczaj jest zadowolony). 

Pomysł na przyjrzenie się cebulom Golden Bells i Little Princess był pomysłem ostatniej chwili - bulwy źle znoszą zbyt mokre podłoże w wielkiej donicy przed drzwiami. Wyciągam je z gleby, może kilka uda się uratować. Wstrzymuję się z pierwotnym planem wysadzenia w tym miejscu innych narcyzów, bo muszę przemyśleć, czy to w ogóle dobry pomysł. Ryszard zwleka się z łóżka i chwilę mi "pomaga". Gdy wracam do domu, Fred dzwoni, bo ma przerwę w pracy.

14:00 nie chce mi się o tym gadać, ale praca mgr i tak mnie dopada: Ilona ponownie pyta o program antyplagiatowy, dziękuje za pomoc (wczoraj podpowiedziałam jej, jak sformatować pierwsza stronę), więc trochę rozmawiamy (pisząc) i dzielimy się swoimi wynikami.

Jem coś w rodzaju lunchu. Robię sobie kawę, przeglądam net, usuwam martwy naskórek z pięty, którą przytarłam w czasie pierwszego dnia wyprawy do Polski (nowa skóra jest taka gładziutka). 

Z nadzieją szukam krindżowego, starego filmu do obejrzenia, w typie, którego w innej sytuacji nie wysiedziałabym do końca (mam stos rzeczy do prasowania). Zamiast tego znajduję dwudziesty drugi sezon Midsomer Murders i oglądam pierwszy odcinek. Kochany zapowiedział się na siódmą wieczorem, więc powoli przygotowuję obiad.

18:35 Fred wraca wcześniej. Rozmawiamy, jemy, rozmawiamy, walczymy z drukarką. Nie wiadomo jak robi się wpół do dziesiątej. 

poniedziałek, 12 lipca 2021

573. Frastrejszyn.

Dzień trochę okropny, bo zaczęty negatywnym monologiem wewnętrznym. Nowego planu pracy na razie brak.

Małżonek mnie ratuje wolnym spacerem nad morze. Po drodze spotykamy Paula. Spacer jest dobry, pomimo prognoz przez cały dzień nie spadła kropla deszczu i w powietrzu utrzymuje się letnia duchota pod zachmurzonym niebem, co przez większość popołudnia Ryszard wykorzystuje na chrapanko w ogrodowych chaszczach.

Pocieszył mnie też późniejszy czat z Katlin, która się zachwyca nowym-starym beetlem mającym niedługo przybyć na lawecie na naszą ulicę. Brązowy z kremowym wnętrzem, Majk spać nie może, bo myśli o tym cudzie kupionym gdzieś na prowincji Limerick. Inny Majk, biber od Morrisa Minora 1000, będzie im beetelka lakierował, a nasi sąsiedzi już myślą o zrobieniu tym samochodem charytatywnej trasy the Ring of Kerry.

Pocieszyła mnie Gosia przymierzająca tandetne sukienki ślubne i Lisa obchodząca 37 urodziny. W zasadzie pod koniec dnia jest lepiej, wyżej nerek nie podskoczę, coś wymyślę, później. A skoro Fred mówi, że z powodu frustracji własnej zaraz będzie prasował swoje koszula, to włączę piąty sezon Midsomer Murders, żeby się dowiedzieć kto zabił w Market For Murder (2002). I chleb z pasztetem. Za oknem słoneczko zachodzi.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

258. ajdontlajkmandejz.

Z samego rana zestresowałam się sprawami finansowymi. Musimy zapłacić ubezpieczenie samochodowe, a to znaczy, że opróżnię swoje konto do dna, na tyle, abym jeszcze tylko mogła w czwartki płacić czynsz. Nie lubię nie mieć własnych pieniędzy na głupoty takie jak np. dokończenie studiów, bo właśnie mam kaprys, i leciuchno mnie to zdołowało. Żeby zyskać pewną perspektywę, obejrzałam sobie vloga Lisy Lansing, która właśnie cieszy się z podłączania toalety. Nie, że inni mają gorzej, tylko, że inni też funkcjonują w alternatywie i dobrze jest. Tak więc, ponieważ przed południem było słonecznie, mąż wyciągnął stolik, żebyśmy napili się herbatki. Pomimo tego, że narzuciłam sobie na plecy kocyk, cały w Rysiowym futerku, zimny wiatr owiał mnie dokumentnie. Konieczna była drzemka antyprzeziębieniowa. Zachciało mi się fish and chips z portu, niestety po dojechaniu do sklepiku okazało się, że rybę musimy upiec sobie sami, bo kanciapa fiszenczipsowa nieczynna. Fred upiekł rybkę i frytki, zrobił surówkę, ja posiorbywałam gorącą herbatę, a mąż patrzał i patrzał na to swoje nieprzydatne do niczego burrito siedzące obok. Czuję się dzisiaj marniutko, przeziębiona, biedna i odcięta od części rodziny. Za to kot miał fajnie, ponad dwie godziny spaceru, bo wyszedł na herbatce, oddalił się w czasie koszenia trawy i wrócił, gdy z piekarnika zaczęło waniać lunchem. Fred pracuje w Drołdzie, siedzę sama i strasznie mi siebie żal. Pocieszam się najpiękniejszym widokiem świata, kocim pyszczkiem z którego wydobywają się spokojne, zrelaksowane pochrapywania.

sobota, 1 sierpnia 2020

228. Medytacyjny początek sierpnia.

Medytacją było prasowanie poszew i bielizny oraz mycie kuchenki uskutecznione przez słomianą wdowę (Fred wyjechał do Dublina bladym świtem). Z przyjemnością przy tym wysłuchałam wczorajszego vloga Lisy Lansing. Cel życia — poświęciłam temu dzisiaj sporo rozważań, podzieliłam się myślami z mężem, gdy wrócił i odespał poranek. Drugi temat to wszystkie obsesje Rory'ego Gallaghera. Siedzimy i gadamy.

niedziela, 3 maja 2020

137. Niespodziewanie długi spacer ...

... zaczął się od tego, że po śniadaniu i kawie uciekaliśmy przed własnym kotem. Plan był, żeby dojść do plaży i z powrotem, tymczasem obeszliśmy Głowę, spotykając po drodze kormorany suszące skrzydła, Dereka (mojego klienta z byłej pracy) i Anne (to już za portem), która robiła tę samą trasę, tylko z drugiej strony. Fred uświadamia mi, że słodkawa woń żółciejącego na skałach kolcolistu przypomina zapach mirabelek.



— Jasna cholera! W okularach źle widzę, bez okularów jeszcze gorzej! 
   Starzeję się ...
— Może więcej chodź bez majtek?





Małżonek przygotował obiad, ja na kolację doprawiłam rosół, i w to spokojne popołudnie miałam czas się zastanowić, dlaczego czuję narastającą złość. Wczoraj (czyli w piątek) ogłoszono w jaki sposób kraj będzie wracał do normalności. Jak dla mnie bardzo wolno — nie mogę cieszyć się z zabukowanego wylotu do Polski, bo wisi nad nim niepewność, straciłam pasję do nachodzących wyborów. Dzień był wspaniały, ale potrzebuję już zmiany rytmu, większej wolności, możliwości snucia odległych planów. Stagnacja bardzo mi doskwiera, a zmiana zakazu poruszania się z 2 km do 5 km od domu nie robi na mnie wrażenia, to i tak za mało, żeby dojechać do naszych przyjaciół. Having said that, włożyłam nogi do wodnego masażera i spędziłam przyjemne kilkanaście minut słuchając Lisy Lansing. Zastanawiam się czy nie dołączyć do jej płatnego kanału na yt. Po dłuższych problemach technicznych Fred w końcu odpala Thelmę i Luise (1991) na swoim komputerze.

— Nie mogę oglądać takich filmów, zrobiłem się jak dziecko. (...) Chcę krzyczeć "uważaj, wilk!"

Tak wyszło, że pierwszy raz oglądałam Thelmę .... W porządku, Scott chyba jednak trochę sam się wystraszył zakończenia. Siedzimy, gadamy o filmie, o Wu, perspektywach, kołtuństwie ... siedzimy tu po północy, rosół chyba już zjemy jutro, czyli dzisiaj. Najpierw sen.

sobota, 21 marca 2020

95. Islands in the Stream.

Do regularnie oglądanych przeze mnie vlogów dołączyłam kanał Lisy Lansing, należący do Amerykanki mieszkającej na Mazurach. Podoba mi się jak opowiada o sobie. Po południu dostałam lekkej gorączki i nie pojechałam z Fredem do Ka&Jot — siedzę więc teraz pod kocem i gmyram paluszkami stóp w poszukiwaniu zaginionego ciepła. Nie słucham country (w zasadzie), ale dotknęła mnie informacja, że zmarł dzisiaj Kenny Rogers, islands in the stream, i takie tam.