Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumownik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumownik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2026

Rok 2025 w streszczeniu, czyli postscriptum #2206.

Jestem, jestem, Mania już mnie lizała, Bronia ma focha, że mnie nie było :D Zanim jednak wrócę do dzisiaj, powiem, jak to wszystko leciało.

W roku 2025 odbyłam 11 lotów nad Europą (luty, marzec, kwiecień, maj, październik & grudzień; publikuję to będąc w Irlandii, z grudniowego wyjazdu wróciłam tuż po sylwestrze). Raz polecieliśmy w trochę innym kierunku (marcowy weekend w Niemczech), bardzo się nam podobało.

Wyjścia kulturalne: opera w marcu (Latający Holender) i we wrześniu (koncert Verdi, Viva Wagner), w czerwcu spotkanie z Mariuszem Szczygłem w ramach festiwalu O'Czytani, we wrześniu koncert folkowy w augustiańskim kościele oraz przedstawienie Makbeta w dublińskim the Gaiety. Kino, bogowie, tylko raz, niedawno, bo jednak skoro Smarzol, to wiadomo (w zeszłym to samo, poprawy nie widać). Ogólnie, chcieliśmy wszystko częściej, ale jakoś nam nie wychodziło, bardzo jesteśmy zapuszczeni :)

Czytelniczo: założenie było podobne jak w zeszłym roku, potencjalnie książka na tydzień, wyszło wszystkiego razem 64, w tym: 18 po angielsku, 24 w czytniku (epuby i pdf-y), 8 audiobooków oraz 8 wypożyczonych z biblioteki (irlandzkiej i polskiej zusammen do kupy). Mam kilka pomysłów na nowy rok, w tym projekt irlandzki (chęć zapoznania się z pewną ilością lokalnej literatury współczesnej).

Ogrodowo: narcyzy jako tako, tzn. rosły, choć już się nie fascynowałam, a nawet zapomniałam wysadzić kilka cebul. Ale był pomysł, aby zrobić w ogródku info o tym, że jest to memorial garden kota Ryszarda i nie mogliśmy się z tym pozbierać. Żaden koncept nie był dość dobry, nie motywował do natychmiastowego działania, finalnie portret Rysia na desce przywieziony przez Kochanego z Polski wylądował w domu, za szybką. Czyli idea przeniesiona na rok obecny. 

Czkawka w ogólnym grafiku była mocno związana ze zmianami pracowymi. Tak jak w poprzednim roku, gdy zmiana pracy u Freda wpłynęła na to, jak spędzamy czas, tym razem roszady u mnie pociągnęły za sobą zmiany obyczajowe. Z Centrum na stałe przeszłam do Jamy w kwietniu, drugi awans zaliczyłam we wrześniu. W nowym roku chciałabym ponownie zmienić pracę, muszę więc skończyć z wymówką, że "mnie to męczy i dlatego inne rzeczy się nie wydarzają".

Dynamika rodzinna: rodzice stracili ukochanego psa w piętnastej wiośnie życia, Malineczkę, oraz kota Macieja, którego czas zatrzymał się na szesnastej jesieni; w ciągu roku przybyło im za to kilka kociąt, czarnych dyjabłów, które robią na chacie rozpierduchę totalną. U nas też dzieci się pojawiły: w połowie roku zaadoptowaliśmy dwie koteczki z lokalnego schroniska, sądząc początkowo, że to chłopiec i dziewczynka. Od tego czasu mamy okazję obserwować etapy rozwoju kocóreczek ;) Matkobosko, jakie to dwie różne osobowości, szczególnie Mańka trafiła się nam taka, że klękajcie narody. Kochamy je obydwie, takie decyzje zmieniają tory codzienności.

Skończyłam pięćdziesiątkę. Nie wiem, co o tym myśleć.

środa, 1 stycznia 2025

Postscriptum #1841.

W minionym roku zaliczyłam 12 lotów nad Europą w tę i z powrotem (styczeń, marzec/kwiecień, czerwiec, sierpień/wrzesień, październik, grudzień). Nareszcie wróciłam do ukochanych Karkonoszy, i to na trzy glorious days (czerwiec), poza tym spotkaliśmy się z kolejnym blogerem (Pan Od Espresso, super gość). Było też sporo mniej wysiłkowego łażenia (Czarna Góra w marcu, testowanie nowych butów), wykorzystaliśmy w tym celu nawet naszych gości (klify Moheru w styczniu, Grobla Olbrzyma w maju), usilnie też wracałam do dublińskiego ogrodu botanicznego (trzy razy). Wylot wrześniowy był związany z chęcią zobaczenia na scenie Jerzego Stuhra i Braciaka (nic z tego nie wyszło).

A skoro mowa o kulturze, byliśmy w tym roku na jednej operze (Salome), oraz sześciu koncertach o dużej rozpiętości stylów (w marcu Bach, w kwietniu PMJ czyli XX-wieczne retro, w czerwcu Damo & Big John oraz Spółka, obydwa w plenerze, obydwa folkowe, październik kameralnie z Voo Voo, listopad nieomal stadionowo z Nickiem Cavem). Nie pojechaliśmy na kolejny festiwal O'Czytani, mieliśmy wówczas gościa, ale jeszcze bardziej plan wydarzenia był dla mnie raczej nieciekawy.

Książki to bardziej udany fragment minionych dwunastu miesięcy. Na początku roku postanowiłam sobie, że przeczytam przynajmniej z pięćdziesiąt pozycji, wyszło 62, w tym 15 po angielsku. Czytnik listy nie zdominował (10 książek w czytniku + 11 audiobooków), ale niesamowicie zaostrzył mi apetyt. Wróciłam! :)

W temacie ogrodowym: straciłam mnóstwo cebul narcyzów i nie mam ochoty na kontynuację tego ryzykownego hobby (serce mi pękło po utracie Pipitów, poddałam się), ale cebule zostały zaopiekowane na zimę. Nowy rok jest pod tym względem niewiadomą. 

2024 był również rokiem ważnych zmian kawowych. Kochany przerzucił się prawie w całości na aeropress, na dodatek we wrześniu szwagry przywiozły nam ręczny młynek do mielenia. Czyli ęą i alternatywa, prawie w całości kupowane kawy to single origin w ziarnach.

W pracy nieuchronnie ekscytacje, bo tak jak od początku roku wiedziałam, kontrakt kończył mi się w sierpniu (u Kochanego też zmiana pracy, z tych niespodziewanych okazji). Od sierpnia pracowałam wyłącznie w nowym zawodzie, najpierw w Jamie, potem doszły mi godziny w Centrum, wszystko to za mało, żeby mnie satysfakcjonować. Finansowo dwa dołki, pierwszy na początku roku: musiałam naruszyć oszczędności i wziąć kredyt, bo na amen padła nam stara Honda i w to miejsce pojawiła się Babcia (jesteśmy kontenci z tej kosztownej podmianki). Kolejny dołek we wrześniu, zaczęłam się z niego wydobywać dopiero w drugiej połowie października (zmiany nie idą tak, jak chcę, może za mało się starałam, ale powiadam sobie dziś, że będzie lepiej :)). 

Na 2025 życzę sobie zdrowia w domostwie. Wszystko inne da się zrobić.

poniedziałek, 1 stycznia 2024

Postscriptum #1476.

Rok 2023 w perspektywie:

W ostatni weekend października straciliśmy kota Ryszarda i końcówka roku ugięła się pod ciężarem smutku. Już nie możemy snuć mrzonek, jak to kupimy odpowiedni dom, bo rysiowy. Inne rzeczy się natomiast układały, zazwyczaj nie same, bo bardzo im pomogłam odpowiednimi decyzjami (np. żeby brnąć dalej). I tak: nie wiem, jak i kiedy, ale w minionym roku skończyłam studia i obroniłam dyplom, który odebrałam w czasie ostatniej wizyty w Polsce. Oprócz dyplomu zakończyłam pozytywnie trzy kursy okołozawodowe, dwa TT i kurs języka irlandzkiego na poziomie drugim. Kiedy teraz o tym piszę, uświadamiam sobie dobitnie, co tak wstrzymywało mój rozwój bardziej prywatnych zachciejstw. Czytałam tyle co nic (pomimo szczerych planów z początku roku) i ani razu nie byłam z Kochanym w górach :( Leciałam nad Europą 10 razy (marzec, wrzesień, październik, listopad, grudzień). W zasadzie były to wyjazdy rodzinno-uczelniane, w okolice, które znam, ale raz wspólnie z Fredem zjechaliśmy z utartego szlaku, żeby spotkać się z kimś, kogo znaliśmy tylko z sieci (FrauBe!). Poza tym kilka razy rozmawialiśmy live przez messengera z Celtem (super fajnie jak ludzie, których znam ze świata pisanego dostają twarze).

Pracowniczo constans: główne zatrudnienie nadal to samo, ale w drugiej części roku rozwiązałam umowę z Gronją i podpisałam umowę na prowadzenie kilku godzin zajęć w Centrum (czyli pstryk, i płynnie zmieniłam zawód). 

Skoro już napisałam, że czytelnictwo miałam równie słabe jak rok wcześniej: idzie ku lepszemu, bo bardzo bardzo poprawiłam się w grudniu (prawie połowa dokończonych w tym roku książek przypada na grudzień), a podchoinkowy prezent (czytnik PocketBooka) jest zapowiedzią dużych zmian. Muzycznie-wyjściowo tak sobie — byliśmy z Kochanym na jednym koncercie muzyki współczesnej (Van Morrison) i dwóch operach (Kawaler srebrnej róży, Aida) w pierwszej połowie roku (i tu widać, że końcówka pracy nad magisterką kładła się cieniem na życiu kulturalnym, ale koniec z tymi bzdurami! :D). Ach, i byliśmy też z Kochanym na spotkaniach autorskich w ramach festiwalu książek (na pewno powtórzę doświadczenie).

Poza tym: założenie drugiego konta bankowego zaowocowało oszczędnościami, niewielkimi wprawdzie, ale system działa (brawo ja!). Na początku listopada chyba znowu przeszłam covida, w sumie trudno powiedzieć (przez to odkładam szczepienie, ale w styczniu trzeba się będzie tym zająć). Brałam udział w wyborach i jak to się skończyło dla pisdzielców, wiadomo ;D. Niestety, wojna w Ukrainie trwa drugi rok :I

niedziela, 1 stycznia 2023

Postscriptum #1111.

Jaki był ten rok odejszły, przywitany herbatami (u męża yerba, u mnie czarna z cukrem i cytryną)?

Straciliśmy dwie osoby: Fred tatę, ja babcię (ergo smutek, refleksja nad przemijaniem, i nasze podróże do matczyzny nie były związane wyłącznie z przyjemnościami). 12 razy przeleciałam nad Europą wte i wewte. U rodziców tym razem nie ubyło żadnego zwierzaka (chociaż malizny chorowały i czasem było ciężko), a nawet przybyła kotka, która właśnie się aklimatyzuje, oraz stały koci żebrak, o którym wiadomo, że oficjalnie jest kotem sąsiadów. Do starej pracy doszło mi kilka godzin nowej z którą łączę umiarkowane (ale jednak) nadzieje na zmiany zawodowe w nowym roku, a przede wszystkim na rozwój. Czytelnictwo ostatnich 12 miesięcy miałam słabe i w zasadzie nie ma się co usprawiedliwiać studiami, po prostu tak wyszło, w większości czytałam urywki artykułów naukowych lub fragmenty podręczników (mam mocne postanowienie poprawy, albo raczej bardzo mnie kusi myśl, żeby nadrabiać naprawdę stare starocie). Zainteresowanie językami podtrzymywałam raczej niesystematycznie, w efekcie nie czuję, że mi ubyło, ale przybyło też niewiele. Byliśmy z Kochanym osobami własnymi na dwóch operach (Carmen, Tosca), trzech koncertach (niezła rozpiętość: jazz, alternatywa, barok) i jednym przedstawieniu muzycznym (Riverdance). Zdrowotnie jest to rok dużej, chociaż mało zauważalnej zmiany. Nazywa się to menopauza i w sieci wygląda strasznie, koleżanki z pracy też nie pomagają opowiadając o swoich nieprzespanych nocach, potach i mgle umysłowej. U mnie nic z tych rzeczy, jak zwykle jestem w jakiejś niszy, i jeśli czegoś się boję, to osteoporozy (przeguby rąk mam jak patyczki, a patyczki lubią się łamać). Jak jest mi z tą zmianą? Do końca nie wiem, chociaż not too shabby (zauważam pozytywy) i zaczęłam monitorować swoją wagę (bo nie zaszkodzi). Raz oficjalnie przeszłam covida (a Kochany oficjalnie nie). O stanie świata w 2022 nie będe się zanadto rozwodziła, bo jak widać, mam swoje życie i mam co robić. 

sobota, 1 stycznia 2022

Postscriptum #745.

Było normalnie. Nasza wizyta nie pozwoliła Ka spać, więc Jot była zadowolona (moja mama ma zwyczaj przesypiania nowego roku i bardzo mnie ta jej autystyczna cecha wkurwia). Było normalnie w tym sensie, że przy Fredowej sałatce porozmawialiśmy sobie w miłym towarzystwie na kontrowersyjne tematy, toastu alkoholowego brak, a gospodarz domu nie miał parcia na latanie z fajerwerkami pomimo obecności dwóch dzieciaków na "gospodarce". Czyli da się, wiele rzeczy jest kwestią indywidualnych wyborów. Po północy wybywając do domu mijaliśmy jeszcze grupki wystrzałowiczów. Szkoda, że udało się "naszym" przywlec tego strupa.

Rok 2021 był spoko rokiem, udało mi się zaczepić w pracy innej, niż zazwyczaj przypada imigrantom i wróciłam na studia w dobrym czasie. Przeleciałam nad morzem tylko cztery razy. Projekt czytania Biblii padł z nudów, nie wykonałam też w całości zamiaru przeczytania 53 książek, ale moje czytelnictwo zdecydowanie się poprawiło i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej. Włosy mam już prawie zupełnie odrośnięte na siwo. U rodziców zmarł kolejny pies, za to niezliczoną ilość razy udało się im uratować kocie życia. Wyrzucam sobie, że za mało param się językami, czy tak będzie za rok? Oby nie. Nowy dzień za oknem, jasny i wietrzny.

piątek, 1 stycznia 2021

Postscriptum #380.


Byliśmy rozpieszczani. Aś podała przegrzebki, gulasz z żołądków, szpinak ze skwarkami, szynkę na gorąco — zestaw uznaję za wart zapisania dla potomności. Zadzwoniłam do domu na Dolnym Śląsku  i chwilę porozmawialiśmy z tatą, mama w czasie polskiej północy spała. W tle randomowe nagrania Rory'ego Gallaghera i płyta The Man Who Sold the World Bowiego. Toast wzniosłam czarną herbatą z miodem i cytryną, a wejście nowego roku przywitaliśmy godnie i głośno, alarmem przeciwpożarowym.


Podsumownik za pamięci? Niekoniecznie mam chęć. Ten rok, wbrew czarnemu PR-owi, nie był dla mnie zły. To właściwe miejsce, dobry czas.

wtorek, 31 grudnia 2019

Postscriptum #14.

Podsumownik za pamięci. Rok rozpoczęłam jako konkubina, kończę będąc certyfikowaną żoną ubogaconą kotem i trójką szwagrów, których lubię wcale nie dlatego, że mieszkają daleko. Ślub był "po naszemu", podobnie jak poślubna podróż na wschód — okazało się, że życie wcale nie tak trudno jest upraszczać, a wschód Polski, zwiedzany tak jak my chcemy, mnie oczarował. Późną wiosną zobaczyłam na żywo obraz Caravaggia i weszłam (również na dość żywo) na Donarda. Osiem razy przeleciałam nad morzem irlandzkim. Niezliczoną ilość razy robiłam mojemu Fredowi kawę o poranku. W rodzinnym domu ubyło jednego psa (śmierć Bobisi w sierpniu) i przybyło jednego (w listopadzie pojawił się Maksiu). Pod koniec roku zakończyłam bywanie w dwóch miejscach pracy. Dowiedziałam się (a nawet przypomniałam sobie) przy tej okazji, że środowisko, które jeszcze do niedawna było moim chlebem powszednim męczy mnie i nudzi jak cholera, ale radość z bycia z młodzieżą nadal się we mnie tli, czeka, aby zająć się ogniem. Od trzech miesięcy zapuszczam siwy odrost. To był dobry rok.

rok 2019. 12 zdjęć.


herbata po libańsku na Dereniowej, za oknem Warszawa w śniegu (styczeń)


mężczyzna i kot mojego życia (luty)


zaręczyny w porcie Carlingford (marzec)


jeszcze nie wiem, że tu będzie nasza sesja przedślubna (kwiecień)


Caravaggio w Dublinie (maj)


na Slieve Donard, góry Mourne (czerwiec)


jesteśmy rodziną, wszędzie chodzimy razem (lipiec)


to był dobry wybór (sierpień)


moja miłość, podróż poślubna, przystanek w drodze na wschód (wrzesień)


tort urodzinowy w Dundalk (październik)


irlandzka jesień (listopad)


nowa fryzura (grudzień)