Dzień zapowiadający się na bezwydarzeniowy, na początku przy śniadaniu zrobiłam taki kolaż z randomowych zdjęć grudniowych:
To w zasadzie nie jest prawdziwy kolaż, ale tak to nazywają, więc niech będzie. Ulżyło mi trochę, że Ryszard zjadł śniadanie, 2/3 saszetki. Wypuściłam go, żeby zażył trochę ruchu, pojadł trawki. Kochany wrócił przed dziewiątą i nadal śpi (kot do niego dołączył).
Jeszcze przed południem zadziała się dziwna akcja z sadzeniem tulipanów. Wyjrzałam bowiem przez okno na ogródek i zauważyłam, że w podłużnych doniczkach szaleją grube, zdrowe kiełki (co tam kiełki, toż to kły!) narcyzów. A biedne queenslandy nadal nie wysadzone! Wyszłam więc w domowych spodniach (w jeże) i lisim szaliku (od rodziców) na mżawkę i wysadziłam cebule do dwóch starych, brzydkich donic (z braku lepszej opcji). Naści, rośnijcie. Zajęło mi to od 5 do 8 minut i dla osób postronnych musiałoby głupio wyglądać (osób postronnych nie widziałam, sąsiedztwo w głębokiej śpiączce świątecznej). Przy okazji ślizgania się na rozciapanej brei zauważyłam, że (chyba) jest ciepło. I już nie mogłam nie pójść na ostatni w tym roku spacer nad morze (w drodze poczułam, że jest raczej trochę zimno, ale decyzja została podjęta, więc nie mieszajmy).

I bardzo dobrze. Akurat, gdy dochodziłam do morza minęłam Larry'ego z jego mamą. Cieszę się, że nadal żyje (nie widziałam go już szmat czasu). Zima przynosi na wybrzeże różne dary, w tym roku duże muszle. Robię zdjęcie i odkładam, bo czuję, że krabom przydadzą się bardziej. Oczywiście czasami trudno jest je zostawić w spokoju:
Ale z tym kawałkiem kwarcu to się już nie krępuję, ląduje w lewej kieszeni:
W drodze powrotnej mgła zamieniła się w intensywną mżawkę i wracałam do domu z wodą kapiącą mi z daszka czapki. W taki sposób stało się południe i była kawa południowa (dopiero wczoraj zauważyłam, że dripper idealnie pasuje do mojej filiżanki i mam lepszą opcję niż parząchew). Miałam szczęście, że nie wyszłam kwadrans później, bo wracałabym w regularnym deszczu. Szaro, mokro, sennie.
___
edit 16:30 Kochany został na dobre rozbudzony telefonem od Ka, przyjaciel wybiera się jutro z rodziną do Polski, ale chciał jeszcze porozmawiać z kimś normalnym o rzeczach dziwnych i ulotnych. Zjedliśmy po lidlowskiej zupie i dopiero wtedy powoli doszła do nas świadomość, że jutro sklepy są zamknięte z okazji na okoliczność, więc jeśli pragniemy coś na obiad, wypada upolować to teraz. Fred szykuje się do rajdu sklepowego. A tak w ogóle to Benek the Pope umarł. Poświęciliśmy kilka chwil na analizę jego osoby i Fredowi przypomniało się, że dzisiaj mija 7 lat od śmierci kuzyna.
___
edit 22:00 Fred wrócił ze sklepów z prowiantem i bukietem róż. Kontakty różne: rozmowa była z moim tatą, rozmowa była ze Stu (Fred ma teraz zamówienie od bratanka, że ma mu zagrać na "szalonej gitarze", cokolwiek to znaczy). Rysio nadal mnie martwi, bo jak zjadł rano, tak ponownie dieta odchudzająca (a to nie jest normalne u tego kota) i wydaje się mieć objawy podobne do sytuacji z września (ech). Obejrzeliśmy Śniegu już nigdy nie będzie (2020) Szumowskiej. Ma klimat. Chyra wielkim aktorem jest. To teraz chyba pizza noworoczna ;)
___
edit 00:05 I tak z Gotta Feeling i herbatami przywitaliśmy nowy rok. Ale potem już Buzzcocks ...