Jeszcze przed południem zadzwonił do Freda Ka z zapytaniem, czy do niego wpadamy, dość wcześnie mieliśmy więc plany na wieczór. Dzień był jasny, ale nadal nieprzyjemnie mroźny, poza zapowiedzianym wyjazdem nie wychylaliśmy nosa z domu. Wybraliśmy się do przyjaciół bez sprecyzowanych planów filmowych, z łapanki obejrzeliśmy dokument Keith Richards: Under the Influence (2015) — na kolana mnie nie powalił, uzmysłowił natomiast ogrom inspiracji muzycznych Rolling Stonesów, tu i ówdzie podobnych do inspiracji Rory'ego Gallaghera. Wróciliśmy do domu nucąc kawałki The Pogues z gwiazdozbiorem Oriona nad nami. Ryszard czekał pod domem Anny, mam nadzieję, że nie spędził tych kilku godzin tylko na zewnątrz odmrażając sobie kocią dupinkę. Nie zdążyła wybić północ, a podgrzewanie rosołu dla męża prawie na finiszu. Sama się powstrzymam, bo przeżyłam dzisiaj szczyt obżarstwa (na obiad gnocchi z Lidla z sukcesem akompaniowały łososiowi w ilościach ponadprzyzwoitych).
Witam, bardzo się cieszę, że zamieściłaś komentarz na moim blogu, bo dzięki temu mogłam trafić do Ciebie. Rosół, to pyszna zupa, ale szybko przelatuje, więc spokojnie mogłaś go zjeść. Jak wiadomo jest to "środek" leczniczy i szczególnie wskazany w mroźne dni. Teraz, gdy już Cię znalazłam, będę zaglądała częściej. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
UsuńDzisiaj powtórka z rosołku, tym razem w porze obiadowej.
Rosół o północy? Dziwnie tak jakoś. Mnie by wystarczyła kanapka i ciepła herbata.
OdpowiedzUsuńŚwiat pełen jest dziwowisk :)
UsuńBo rosół to tak się wyjątkowo mocno kojarzy z obiadem :D
UsuńA bywa, że ja go odmrażam i jem na śniadanie, albo raczej piję z kubka, taki "bez niczego". Obserwujesz dziwadła ;)
Usuńłosoś smaczna rybka.
OdpowiedzUsuńTo prawda :)
Usuń