Strony

wtorek, 1 grudnia 2020

350. Pierwszy grudnia.

Po naleśnikowo-powidłowym śniadaniu, z butami zawiązanymi metodą Krisa, poszłam z Fredem za rączkę na spacer. Było chłodno, ale spokojnie, na horyzoncie trzy statki, których ruchy zupełnie się mi pomieszały.

Gdy po południu siedziałam sobie w kuchni, małżonek wyszedł z sypialni z seledynową koszulką w rękach i oświadczył mi, że to miał być prezent dla mnie kiedyś tam z jakiejś okazji, ale prezent zapomniał się zapakować — koszulka z tyłu ma markowane guziczki, jest lniana i śliczna (Tahari), będzie czekała na nowy sezon letni.

Kot Rysio tymczasem bezczelnieje z dnia na dzień. Małżonek dłuższy czas obserwował przez okno samochód Anny, zaniepokojony, że bagażnik otwarty na oścież, a nie ma nikogo krzątającego się naokoło. W końcu Fred założył kaszkiet, opatulił się szalem i postanowił zapytać, czy sąsiadka nie zapomniała zamknąć samochodu. Spotkał ją jak wychodziła z ogródka. Nie zapomniała — do bagażnika wpakował się nasz kot, a Anna jest bardzo miła i nie chciała go przepędzać.

Zagadała do mnie dziś Martaszka, mówiąc mi to, co już wiem o Nerindze i Viki. Prędko się nie zobaczymy nad kawą i ciastkiem. Mąż nakarmił mnie stekiem, teraz reszta wieczoru będzie spędzona nad książką. Fred bębni w klawisze laptopa, kot Rysio śpi w moich nogach, cieszę się, że jest grudzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.