Ryszard leżakował gdzieś niedaleko, zjawił się zaraz po moim powrocie do domu, z głową wygrzaną na słoneczku. Słusznie potraktowałam jego zachowania jako wróżbę pogodową, kot zjadł obiad i jeszcze chwilę medytował z Fredowego biurka zerkając przez okno na niebo, następnie poszedł spać. Za kilka minut lunął deszcz.
Kochany wrócił na obiad z bukietem róż (dla mnie), zestawem puszek z kocią karmą (dla Ryśka oczywiście) i płynem do mycia naczyń (dla siebie, ale to w zastępstwie, ponieważ w Tesco nie było czarnej pasty do butów). Nie wiadomo kiedy zrobiło się późno. Nie napisałam niczego mądrego. Zielenina rośnie w oczach a skrzydlaci sąsiedzi już chyba uczą młode fruwać, bo wrony rzucają wyjątkowo głośne kalumnie na widok naszego kota.
Gdy się okazało, że nie ma dla mnie czarnej pasty do butów, poczułem silny przymus zakupienia czegoś dla siebie, padło na płyn do mysia naczyń. Cholera, jutro znów w brudnych glanach do roboty!
OdpowiedzUsuńCzyścioszek :D
UsuńJaki miły małżeński dyskurs.😄
OdpowiedzUsuń@MaB, sama go sobie wybrałam ;)
Usuń