Ostatnie zajęcia z irlandzkiego. I bardzo dobrze, bo męczyły mnie te wtorki. Zarzucenie nas zdaniami nawet dla Irlandczyków było dość traumatyczne. Za tydzień egzamin ustny, zdam/nie zdam, w każdym razie ten etap będzie odhaczony. Kurs dał mi jako taką podstawę do samodzielnej nauki. Okazało się dzisiaj, że z jedną ze studentek (jesteśmy zebrani z całego kraju) wymieniałam ostatnio zawodowe emilki.
Kochany wrócił w nocy i ponownie wyruszył tuż po południu, tym razem do Kilkenny. Podjadłam mu trochę łazanek, skończyłam kurs i poszłam nad morze, daleko, daleko. Osiedle pachnie schnącym sianem (okoliczne place zostały skoszone en masse, ale nie ma tu zwyczaju zabierania trawy, ptaki brodzą po kolanka w źdźbłach i polują na jedzenie).
Nad morzem bezludnie. W piasku ślady końskich kopyt, z dźwięków głosy drobnych ptaków, czasami daleki mruk samolotu lecącego na Dublin, poza tym wiatr ledwo szepcze. Nie wiem kiedy postanowiłam dojść aż do jaskółczego osiedla, nogi mnie niosły wartko. Osiedle zajęte było karmieniem młodych, oczywiście znowu nie miałam przy sobie normalnego aparatu, żeby zrobić sensowne zdjęcia. Kalkulator był za to dobry w foceniu bliskich, martwych obiektów:


Piękne tam macie krajobrazy. Nad morze chodziłabym codziennie. Czy wszędzie są przydomowe trawniki, czy są też ogrody? A jak są, to co się uprawia?
OdpowiedzUsuń@MaB, nie zawsze jest odpowiednia pogoda (bardzo u nas wieje). Poza trawnikami zwyczajowo są ogródki na tyłach domu, ale nie znam nikogo, kto uprawiałby tam np. własne warzywa. U nas rośnie trawa (jak było widać na jednym z postów u kota :D).
UsuńJa tu nie zostawiłem żadnego komentarza?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, dwa razy sprawdziłam, nic, null, nada ;)
Usuń