Wczoraj wieczorem Fred kupił dla nas obojga bilety na listopadowy ślub (szybko będzie, mierzymy siły na zamiary do tego stopnia, że karkołomnie postanowiliśmy podróżować przez Lublin).
Rano wstawać się nie chce, Ryszard za to wstawać nie za bardzo zamierza. Okazuje się, że w nocy przyłaziła do nas Amber (przynajmniej tak zrelacjonował godzinę temu Kochany, ja spałam jak martwa). To by wyjaśniało, dlaczego Ryszard zmęczony i zdeterminowany czuwa na posterunku. Z pracy wróciłam tym razem ekspresowo i w oczekiwaniu na Freda zrobiłam dla siebie biały ser z rzodkiewką. Kot w tym czasie zwlókł się z łóżka, coś przekąsił, wykonał szybki patrol wokół domu i znowu mam go w sypialni ... intrygujące.
___
edit 19:45 Kochany wrócił wcześniej niż zwykle w tym tygodniu. Uraczyłam nas oboje raczej kiepskim obiadem. Po oreo pocałunku małżonek pod prysznic i pod kołdrę, żeby odespać nockę, a ja tracę czas, rozmawiając np. o tym jakie są kiepskie obrony i ile ludzi oblewają (terminu dalej nie ma; no good).
Listopad to trochę ponura pora na ślub.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, ale dla kogo? Bo dla świeżo upieczonych małżonków chyba nie ma ponurego miesiąca :)
UsuńDla świeżo upieczonych małżonków nie byłaby ponura chyba tylko wtedy, gdyby czekali z konsumpcją związku do ślubu :D
Usuń@Dariusz, chodziło mi raczej o to, że świeżo upieczeni małżonkowie jeszcze się raczej lubią i chwilowo nie wstydzą się tym cieszyć :)
Usuń